Kultura

W góry, hej w góry II

 Wczasowanie

Po obiedzie wracamy na kwatery. Wiemy jedno – jutro na obiad idziemy absolutnie gdzie indziej. Gorzej już być nie może. Kończymy rozpakowanie. Idziemy na trochę do góry, do znajomych, na pogaduchy. Dostali mieszkanko dwupoziomowe. Na dole znajomi, na górze chłopaki mają swoje łóżka. Do dyspozycji aneks kuchenny. Jest jeszcze pies, z którym przyjechali. Kot został w domu. Właśnie z powodu kota nasi znajomi wracają wcześniej niż my.

Dość późno padamy zmęczeni z nóg i idziemy w końcu spać. Mały o dziwo zasypia bez protestów, nieomal od razu. I tak każdej nocy właściwie. To dobrze, to bardzo ułatwia nocne z nim wojaże. Idzie spać dość późno i niemal od razu śpi. Mnie też wiele nie trzeba. Wciąż jestem bardzo osłabiony po tej grypę. Cały pobyt męczy mnie też gardło. Po prawdzie to sporo tym winy teściowej, która –  aczkolwiek nie wolno – to jednak popala nocą w łazience. I za dnia tez. A mnie dusi i dusi. Jak człowiek nie pali, to smród na całego i męczarnia. Z oczu łzy same cisną się od dymu. Ale co zrobić. Rzucić ciężko…

Rano mały wstaje po piątej już jakoś. Zwlekam się, niechętnie. Biorę go na ręce, idziemy do kuchni. Tam robię herbatkę. Mleczko będzie dopiero potem, jak je kupię, jak znajdę w końcu jakiś sklep. Dziś jeszcze nie ma, bo nie wiem gdzie są te tubylcze sklepy jakieś, a na pewno nie ma ich tu, gdzie mamy kwaterę. Młody wciąga napój herbaciany, na jednym wdechu. Zmieniam mu pieluchę i kładę się z powrotem. Ten kończy picie i snuje się po pokoju. Sięga po zabawki. Włazi i złazi z mojego łóżka. Czasem spadnie, wtedy ryk… Nic mu nie jest po prawdzie, ale się wystraszył… Zaczepia mnie niekiedy. Włazi na mnie. A że ślina kapie mu z japy, bo ząbki rosną, po chwili mam ją i we włosach i w uchu i na policzku, błe… I tak męczymy się do około ósmej, gdy w końcu wstaje cała reszta. Ubieramy się i idziemy robić śniadanko. Po śniadaniu ubieramy się solidnie. Pójdziemy pożyczyć sanki i narty.

Pogoda przepiękna. Słonecznie, przejrzyście. Nocą po kilkanaście stopni mrozu. W dzień ledwo kilka na minusie. I tak do środy włącznie  – ze słońcem znaczy. Dopiero w czwartek się pogarsza, przychodzą mgły i robi się pochmurno. Lekko prószy, ale niespecjalnie mocno. Poprawi się w sobotę. Pojawią się przejaśnienia, ale i będzie popadywać w drodze powrotnej. Mróz cały czas jednaki.

Zanim na dobre wyruszymy, idę na krótki rekonesans po najbliższej okolicy ze starszym. Idziemy zajrzeć pod wyciąg i troszkę tu i ówdzie. Robię nieco zdjęć. W sumie przez cały wyjazd zrobiłem ich bardzo mało. I ani razu jednak nie wybrałem się nocą. Żałuję, ale zdrowie i siły mi na to nie pozwoliły. Musiałem zrezygnować jednak. Czasem trzeba odpuścić.

Idziemy po sanki. Mamy takie z oparciem. Zapięcie słabo trzyma, na szczęście mam pas i nim w następnych dniach przywiązuję malucha. Może nie jest to zbyt wygodne, ale przynajmniej go nie gubię, nie spada z sanek. Tu się rozdzielamy. Ja z małym idę na dół, na rozpoznanie okolicy, a reszta idzie na stok, na narty. Stok niestety okazał się słabo przygotowany, mocno oblodzony, niebezpieczny. Udaje mi się znaleźć sklep spożywczy. Robię zakupy, ale brakuje mi gotówki, a kartą nie da rady. Cześć towarów odkładam – wrócę po nie w południe jakoś tak i odbiorę.

Ładnie fajnie, zakupy w plecaku, maluch na sankach – mogę wracać. Jest kłopot innego rodzaju: mam odcinek do pokonania asfaltem, bez śniegu. Sanki ciężko szorują. Podobnie jest jak się zejdzie na dół do centrum, tam tez z sankami człowiek nie pospaceruje, bo śniegu brak. Przedzieram się zatem przez ten odcinek jakoś. Potem jest owszem śnieg, nawet pięknie wyślizgany, ale non stop pod górę. Różnica wzniesień naprawdę znacząca. Nawet nie kilkanaście, a kilkadziesiąt metrów. Na stosunkowo krótkim odcinku. Dość stromo. Na szczęście mam na butach nakładki z kolcami. Świetnie się sprawują. Niewygodnie w nich jedynie jest, jak idzie się po kamieniach, chodniku czy jakichś płytkach – wtedy but się wykręca, nieco ślizga, dziwnie się chodzi. Na śniegu i lodzie trzymają natomiast super. Ani razu się nie wywalam. Z małym to ważne, bo szkoda by było na niego paść. I bardzo niebezpiecznie.

Wracam na lokum niezłe zmęczony, spocony, zziajany. Ten podjazd będzie dawał się we znaki dzień po dniu, za każdym powrotem. Nigdy nie przywyknę. A innej drogi nie ma. Znaczy jest, ale bardzo dookoła. Nawet nie próbowałem sprawdzić. Brak mi sił, osłabienie wywołane niedawną jelitówką, brak kondycji poza tym. Wszystko daje mi w kość. Dobrze chociaż, ze sanki plastikowe dobrze się suną po śniegu, gdy ten już jest pod nimi. I tak lepsze to, niż noszenie małego na rękach w tę i we w tę.

Popołudniem schodzimy na dół. Tam znajdujemy restauracje „Pod Lipą”. Fajne miejsce, choć cały czas oblężone. Udaje nam się jakoś doczekać własnego stolika. Będziemy tu powracać na obiad dzień po dniu. Smacznie, choć drogowo. Ale tu wszędzie drogowo. W końcu mamy sezon. I ludzi multum. przeładowana miejscowość po brzegi. Opychamy się po uszy. Smakuje nam. Mały pałaszuje z zapałem. Oczywiście awanturzy się, zanim w końcu nam cos podadzą do jedzenia. Czas wracać. Mordęga pod górę. Koszmar. Co prawda następnego dnia znajduję objazd, ale i tak ciężko. Bardzo ciężko.

I tak nam mijają dni. Ja do południa z małym na spacer. Reszta na narty, na wyciąg. Tylko wyciąg zmienili z dużego na oślą łączkę. A to z powodu porządnego oblodzenia stoku. Nikt tam specjalnie nie dba o ten stok i jest niebezpiecznie. Zero naśnieżania. Totalna olewka. Ślisko bardzo. Za to ośla łączka niedaleko i w miarę bezpieczna. Nawet starszy dawał radę. Załapał bakcyla. W przyszłości będzie warto zafundować mu szkółkę jazdy i wypożyczyć porządne dziecięce narty.

Pewnego razu wybrałem się ze starszym na opony. Uciechy miał co niemiara. Ogólnie on z naszej całej ekipy bawił się najlepiej. Najwięcej doznał radości. Biegał, gdzie się dawało. Wskrabywał na każdą kupę śniegu i zjeżdżał z niej na tyku. Wyszalał się przednie na tych oponach.

Znajomi wyjeżdżają. W ostatniej chwili mają problem. Jeden z chłopaków nie rusza się z kibelka. Daję im Smektę. Jakoś pomaga i mogą w końcu odjechać. Wieczorem docierają do domu. Kot wita ich z radością. My zostajemy do soboty. Przed nami jeszcze czwartek i piątek. Pogoda co prawda nieco się popsuła, ale jest nadal znośnie. Po prostu nie ma słońca. Trochę szwendam się ze starszym, w piątek, po mieście, na dole. Kupujemy jakieś drobiazgi.

Raz poszliśmy na górę na obiad. Nie chciało nam się złazić na dół. Kolejny błąd. Udało nam się dostać do tej pizzerii, do której nie dało rady wbić się pierwszego dnia. Obsługa owszem miła, ale jedzenie kiepskie. A pizza choć najprostsza przysypana jakąś ostrą przyprawą. A miało być dla dzieciaków, łagodnie… Słowem kiepsko. Nie polecam. Stanowczo wręcz odradzam. Jednak lepiej schodzić na dół się żywić. Przynajmniej człowiek zje ze smakiem.

W piątek zeszliśmy na dół, ale poszliśmy nieco dalej. Nie bardzo jest miejsce, ale w końcu dostajemy stoliczek. Jedzenie owszem niezłe. Wybór gorszy jednak niż „Pod Lipą”. Bardziej pod dorosłych, niż dzieci. Miejsce ogólnie fajne. Spokojniejsze. Ma swój własny klimat. Na dole ogólnie cała masa restauracji, tylko że na chodnikach nie ma śniegu, więc problem z sankami, a mnie nie staje sił na dźwiganie maluszka. Na szczęście jemu tam obojętne, gdzie jada – byleby dużo i oczywiście smacznie. Wszystko smaczne, jeśli świeże i dobrze przyrządzone. Najada się po same uszy.

Ogólnie bardzo udany mimo wszystko wyjazd. Lokum bardzo sympatyczne, klimatyczne, warte polecenia. Wyżywienie – trzeba szukać – da się znaleźć w każdym razie. Łatwiej jak ma się chodzące dzieciaczki. Ośla łąka ratowała narciarskie zapędy, bo stok nie spisał się najlepiej. W całym mieście pełno turystów, miasto przesycone. Wszędzie tłok. Ogólnie – jednak nie warto. Nie tutaj w każdym bądź razie. lepiej szukać ciekawszego, spokojniejszego i bardziej zadbanego miejsca (stoki narciarskie).

Powrót

Przychodzi sobota. Zleciało. Wstajemy jak zwykle koło 8-9. Pakujemy się. Wyjadamy co się da na śniadanie. Przenoszę bagaże do auta i upycham jedno po drugim. Ledwo wchodzą.

Chciał nie chciał, trzeba wracać. Objedzeni, spakowani wsiadamy i wyruszamy. Jako tako wydostajemy się z miasta. Pogoda taka sobie. Czasami prószy śnieg. Niekiedy nawet mocniej, ale ogólnie nie jest aż tak źle. Tyle, że ruch większy niż jak tu jechaliśmy. I nie razi słońce.

Jedziemy, jedziemy, jedziemy i ciach. Skończyło się. Kraksa jakaś. Okazuje się, że jakiś wypadek był. Na szczęście już po. Na naszych oczach laweta odjeżdża z autem. Powoli korek się rozładowuje. A tymczasem przed nami stacja jakaś. Postanawiamy zatrzymać się, dotankować i wysiusiać. I to była dobra decyzja, bardzo nawet dobra, bo potem jedziemy i jedziemy i jedziemy i nic. I nigdzie. Dopiero w Kościanie wyczajam na mapie restaurację i pod nią własnie podjeżdżamy. Zmiana pieluchy u małego. My do ubikacji za swoimi potrzebami. Miejsce takie sobie. Dziewczyna za ladą miła, uśmiechnięta, ale bez daru, niezainteresowana, nie ogarnia interesu, nie ma totalnie drygu do tej pacy. W końcu udaje nam się zamówić. Po kolejnych 30 minutach zaczyna spływać jedzenie. Starszy się najadł. Mały je mało, przesycony, dla niego za wcześnie na obiad, poza tym zmęczony jazdą. Ja zamówiłem sobie pizzę. Ostrą. I o dziwo – naprawdę ostra. Godziwie ostra. Zjadam połowę, reszta na wynos. Podjadam nieco tego, co po reszcie pozostało. Frytki też zabieramy do domu.

W domu jesteśmy późno, bo jak zwykle źle dobieramy wjazd do miasta i zamiast szybko dotrzeć do celu, nadrabiamy objeżdżając kawał Poznania i wjeżdżamy z drugiej zupełnie strony. Ważne że w końcu jesteśmy. Zmęczeni niemożebnie, ale w domu. Z grubsza się rozpakowujemy. Padam. Tylko spać. Nic więcej.

Poznań, 2019.02.04
Autor: Adam Gabriel Grzelązka

2 komentarze

  1. Wierny_Czytelnik

    Mistrz powrócił i mam nadzieję że znowu będzie Pan regularnie publikował.

  2. No i bardzo dobrze.

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.