Kultura

W góry, hej w góry I

 Nieoczekiwanie

Nie planowałem tego wyjazdu w góry. Nie, żebym nie chciał, ale finansowo byłoby to nieco trudno udźwignąć, więc dawno zrezygnowałem na rzecz wiosennego ewentualnego wypadu na agro lub nawet dopiero wakacyjnego wypoczynku. Coś za coś. Trzeba wybierać niekiedy z czegoś rezygnując. Tak to już bywa.

Nieoczekiwanie, tuż przed terminem pojawiła się okazja. Ktoś miał jechać. Ktoś jechać w ostatniej chwili jednak nie mógł. A miejsce dawno już opłacone. Szkoda, aby przepadło. W zasadzie zatem pozostaje kwestia wyżywienia. A to da się jakoś od biedy ugryźć. Decyzję podjąć trzeba szybko. Tymczasem…

Tymczasem mam niespecjalnie zachęcające okoliczności. Właśnie jesteśmy w środku jelitówki. Przeczołgało nas wszystkich dokumentnie. Jeszcze nawet się nie skończyło. Jesteśmy bardzo nią osłabieni i czekamy, aż w końcu się wyciszy, zakończy, przestanie nami targać. No ale dobra, jedziemy. Chyba. Najwyżej w ostatniej chili po prostu nie pojedziemy, bo nie będziemy się w stanie od domu oddalić, ganiani w wiadome miejsce wiadomymi sensacjami…

Szybkie przygotowania. Na pierwszy rzut idzie pakowanie dzieciaków. Najpierw starszy. Potem młodszy. Upycham ich do jednej torby. W noc przed wyjazdem pakuję siebie. Dopiero. Kurcze, to by się chciało i tamto by się chciało zabrać. A miejsca w aucie mało. Chyba ze trzy razy się przepakowywałem. Redukcja za redukcją. Trudno, z wielu rzeczy trzeba po prostu zrezygnować i tyle.

Wyjazd

Niedziela. Wczesna godzina. Bardzo wczesna. Noc w zasadzie jeszcze. Jedziemy do teściowej. Żona nie może. Zostaje w pracy. Jadę ja, młodszy i starszy podopieczny. Prowadzi teściowa. Autko małe. Z trudem upycham bagaże. Jakoś się w końcu udało. Jedziemy jeszcze po znajomych na Dębiec. Drogi puste. Lekki mrozek. Ciut ślisko z zimna. Przelatujemy migiem przez miasto. Ci jeszcze nie gotowi. Czekamy. Na szczęście idzie im sprawnie i wkrótce wyruszamy. Powoli wydobywamy się z miasta. Wstaje słońce. Jutrznia przechodzi w świt. To słońce towarzyszyć nam będzie przez całą niemal drogę. Z jednym wyjątkiem. Na którymś odcinku – nie mogę już sobie przypomnieć, gdzie dokładnie to było – wjechaliśmy w całkiem gęstą mgłę. Nagle słońce rozmyło się. Mgła i mgła, nic tylko mgła. Pędzimy elegancko drogą, pustawą, szeroką, wygodną, wielopasmową. Ruch umiarkowany. A mgła nas oblewa dookoła. Niewiele widać na dalszą metę. A potem mgła zostaje z tyłu i znów mamy słońce.

Czasem przystanek na sikanie. Raz stanęliśmy na jakiejś wysepce koło jakiegoś niewielkiego budyneczku skrytego za kilkoma drzewami. Miejsce o tyle wygodne, że nie stoimy na poboczu, a na bocznej odnodze właśnie. Idealnie, aby wysadzić dziecka na siku. Dla niego to już ostatni gwizdek, więcej nie wytrzyma. No więc wysiadam. A tu jak nie walnie po nozdrzach. Normalnie szalet miejski. Taki dano niesprzątany, dobrze obryzgany, przegnity już czasem, uleżały. Ileż tu ludzi musiało dzisiaj jeszcze od rana się zatrzymywać w tym samym celu, co my i sikać po tych krzaczyskach dookoła. Ale nic – głęboki wdech, bieg pod drzewa i załatwiamy potrzebę. Spokojnie, acz pospiesznie, wracamy do auta i z ulgą odjeżdżamy od tego niemiłego, a niosącego mimo wszystko ulgę miejsca.

Śniadanko też gdzieś na trasie. Podjeżdżamy pod stację benzynową. W środku, obok mała restauracyjka. Jakaś kawa, herbata i wciągamy własne buły. Obowiązkowa wizyta w toalecie. Zmiana pieluchy u małego. I znów w trasę. Droga nadal daleka. Drugie śniadanie już bliżej celu. Parking przed nieczynną knajpką. Z sikaniem gorzej, ale jakoś sobie radzimy. Mała przekąska po bule z serem, rozruszanie nóg ścierpniętych jazdą i znów możemy jechać dalej.

Docieramy nareszcie do Szklarskiej Poręby. Dotąd jechało się wręcz komfortowo. Jeśli już na coś przyszłoby narzekać, to na zimowe niskie słońce, które potrafiło dawać po oczach. Ale tak zasadniczo – ruch niewielki, słonecznie, czyste drogi – słowem wyśmienicie. Zaczęło się dopiero w Szklarskiej. Jesteśmy już blisko celu tylko za cholerę nie wiadomo jak tam dojechać. Kluczymy na różne sposoby. I nic. Google się gubi na całego. W końcu zmieniam mapę i udaje się dojechać. Dobrą godzinę zmarnowaliśmy na znalezienie właściwego dojazdu. Kolejną z okładem przychodzi spędzić nam w korkach. Wleczemy się niemiłosiernie. Piesi mijają nas bez wysiłku. I tak niemal pod sam dom.

W końcu jesteśmy. Skręcamy w Narciarską. Kilkadziesiąt metrów i nasza stancja. Szefowa wita nas w drzwiach. Przekazuje klucze i prowadzi na lokum. Coś próbuje jeszcze objaśnić, tym czasem ja mam tylko jedno na uwadze – zająć się maluchem, zmienić mu pieluszkę i dać pić. Dopiero wtedy się uspokaja i mogę na spokojnie zająć się wszystkim innym. Znoszę bagaże z auta. Rozpakowujemy się co nieco. Łączę dwa łóżka – pod ściana będą spać dzieciaki. Teściowa z przodu, by nie pospadały na ziemię. Ja śpię na rozkładanej kanapie. Prysznic mamy własny, na miejscu. Pod nosem spora kuchnia. Lodówka do dyspozycji. Nie jest źle. Wystarczy.

Jest popołudnie. Trza by rozejrzeć się za jakimś obiadem. Najpierw idziemy w jedną stronę Turystycznej, w dół. Okazuje się, że tam to już zupełnie nic nie ma. Więc zawracamy i idziemy w drugą. Jest pizzeria. Ale pełna po brzegi. Kolejka oczekujących na miejsce. Nas tymczasem całkiem sporo. Bo i my i znajomi z chłopakami. Słowem potrzebujemy dużego stołu. Idziemy gdzie indziej. Może tam spróbujemy.

I to był błąd. No ale wiadomo. Zmęczeni podróżą, głodni, nie mieliśmy absolutnie ochoty na dalsze poszukiwania. Na auto nie ma co liczyć. Podejrzewam zresztą, że tu na górze, pod wyciągami to chyba wszędzie jednaki standard: drogi i na odwal się. Byle co za bardzo dużo. Liczy się kasa. Nikomu na kliencie nie zależy, skoro tych i tak ciągle pełno.

Czekamy aż zwolni się miejsce. I oto jest wolny duży stół. Obsiadamy go dookoła. Dla małego udaje mi się nawet znaleźć siedzisko dla maluszków. Przynoszę trzymając je wysoko nad głowami klientów. Nudzi się, więc wysadzam go, aby się rozchodził. Po chwili znów narzeka. Jest głodny. Coraz bardziej głodny, coraz bardziej marudny, coraz głośniejszy. Tymczasem siedzimy i siedzimy i nikt się nami nie interesuje. Po sali snuje się dwóch całkowicie na wszystko obojętnych chłopaków ubranych w czarne spodnie i eleganckie białe koszule. Na ustach zmęczony nieobecny leniwy uśmiech. Jedyne co robią, to od niechcenia sprzątają po spożytych już posiłkach. Zamówienia przyjmuje jakaś dziewczyna. W końcu udaje nam się przyciągnąć jej uwagę. Przyjmuje zamówienie. Znów czekamy. Dość długo. Zbyt długo. Gdy przychodzi w końcu nasza kolej i dostajemy posiłek – dopada nas kolejne rozczarowanie – zupy podają tu zupopodobne nie leżące ni trochę obok realnie przygotowywanych zup o danej nazwie, robionych od podstaw, ze świeżych produktów. Drugie danie też szału nie daje – ot zatopione w starym tłuszczu mięso i frytki. Mimo to zjadam – głód robi swoje. Ale mały nie chce. Nie smakuje mu. Doje dopiero w domu.

Poznań, 2019.02.04
Autor: Adam Gabriel Grzelązka

2 komentarze

  1. ŁADNIE.

  2. Mieszkaniec Polski Powiatowej

    Mistrz powrócił!

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.