Czy USA ingerują w wewnętrzne sprawy Polski?

Dla większości z naszych czytelników powyższy tytuł wyda się tak niesłychanie lapidarnie naiwny, że nie trzeba go ani komentować, ani uzasadniać. Znowu jednak się dzieje i donosi o tym najpoważniejsza prasa drukowana na świecie, otóż rzekomo rząd RP ma być pod presją administracji pana Baracka Obamy w sprawie przywrócenia standardów demokratycznych w Polsce. Chodzi o implementację zaleceń Komisji Weneckiej w sprawie zmian w funkcjonowaniu Trybunału Konstytucyjnego i podobno kilku innych spraw.

Rzekomą stawką w grze ma być ochłodzenie stosunków z Warszawą, przy czym w zakres „sankcji” mają nie wchodzić relacje militarne. Plany rozmieszczenia amerykańskiego uzbrojenia i wojsk nie ulegają zmianie, albowiem są przecież głównie w interesie samych Stanów Zjednoczonych budujących w Polsce elementy tzw. tarczy antyrakietowej. Jakie inne relacje miałyby ulec ochłodzeniu – trudno stwierdzić, ponieważ najpierw musiałyby one istnieć. To brutalne, ale bardzo prawdziwe i realnie oddaje istotę naszych asymetrycznych z istoty swojej natury stosunków z USA.

Jeżeli doniesienia prasy amerykańskiej są prawdą, to mamy do czynienia z autentycznie jawną ingerencją zagranicy w wewnętrzne sprawy Polski. To już o wiele więcej niż zwykłe połajanki w ramach Unii Europejskiej, które można zrozumieć, albowiem podpisaliśmy Traktat i zarówno Komisja jak i Parlament, mają nie tylko prawo, ale wręcz obowiązek wskazania nam kwestii, które uważają za szwankujące w mechanizmie wewnętrznego systemu demokratycznego państwa. Nie ma w tym w przypadku Unii niczego złego, bo się na pewne standardy zgodziliśmy i ogół naszych przyjaciół ma prawo oczekiwać, że będziemy trzymać się standardu. Jeżeli natomiast mamy do czynienia z połajanką ze strony Stanów Zjednoczonych, to zupełnie zmienia sytuację. Proszę sobie wyobrazić, że to np. Rosja zaprotestowałaby przeciwko łamaniu standardów demokratycznych w Polsce i zagroziła rządowi w Warszawie ochłodzeniem stosunków, jeżeli nie przywróci wcześniejszych standardów, o które upomniała się Komisja Wenecka. Przecież natychmiast mielibyśmy taki krzyk, wrzask i bicie piany, że media wyszłyby z siebie i stanęły z boku! Tymczasem nic się nie dzieje, a po pewnych przeciekach ze spotkania Waszczykowski-Kerry, wiadomo że sprawa była poruszana, chociaż Amerykanie traktują ją jako wewnętrznie polską. Prawdopodobnie to normalne zachowanie w relacjach wasal – suweren? Jak to inaczej nazwać?

W przypadku, gdy te doniesienia prasowe się potwierdzą, będziemy mieli do czynienia z totalnym skandalem, a zarazem z zupełną klęską polityki Prawa i Sprawiedliwości, albowiem cała idea międzymorza, w dowolnej permutacji (formatu rozmów, sojuszu klina zaporowego wobec Rosji i Niemiec itd.), – jako swoją oś zwierającą ma obecność USA w regionie. Bez ich wsparcia, w ogóle nie ma mowy o tym, żebyśmy militarnie cokolwiek znaczyli, co zwłaszcza w przypadku nieobliczalności zachowania się Niemiec, w ogóle czyni koncepcję fikcją budowaną na fikcji, definiowaną przez fikcję i dla fikcji.

Jak niewiele trzeba, żeby z „uprzywilejowanych stosunków”, czy też „strategicznych stosunków”, wylądować gdzieś pomiędzy Wenezuelą a Białorusią! Mniej więcej tyle są warte nasze zachodnie Sojusze, w których jak widać liczy się możliwość trzymania naszego państwa na smyczy, która jest o wiele krótsza niż nam wszystkim się do tej pory wydawało.

Pomimo wszystko jednak nie ma, co przywiązywać uwagi do międzynarodowego znaczenia tych rzekomych połajanek, o wiele ważniejsze jest to, co się będzie działo w kraju w wyniku ich potwierdzenia. Przede wszystkim, bowiem sam wielki obóz rządzącej prawicy, będzie musiał zweryfikować swoją błędną politykę międzynarodową już w samych założeniach. Dla USA jesteśmy jednym z elementów europejskiej układanki i nie przeszkadza im, aby od czasu do czasu wykorzystać nas do profilowanych interesów, które niekoniecznie muszą być zgodne z interesem unijnym, nie mówiąc już o naszym. Przykłady to udział w okupacji Iraku oraz poparcie dla dramatu na Ukrainie, o Szymanach lepiej jest milczeć, albowiem to sprawa wręcz abstrakcyjnie hańbiąca.

Cała sytuacja jest chora i nie powinna się nigdy wydarzyć, miejmy nadzieję, że to tylko kaczka dziennikarska, aczkolwiek marne są na to szanse. Jak taki cios wpłynie na politykę rządzących – nie wiadomo, ponieważ wcale nie jest powiedziane, że przejrzą na oczy. W wyniku szoku, że król jest goły i nie ma żadnych uprzywilejowanych stosunków, ani żadnych realnych gwarancji – mogą pogrążyć się w budowanej z pietyzmem rzeczywistości równoległej.

6 myśli na temat “Czy USA ingerują w wewnętrzne sprawy Polski?

  • 7 marca 2016 o 06:22
    Permalink

    Ale jeszcze kolejny raz musimy zrobić “łaskę” naszemu suwerenowi z za wielkiej wody popierając dozgonnie TTIP, pan Morawiecki już zapowiedział jakie będzie stanowisko naszego grajdołu.

    Odpowiedz
  • 7 marca 2016 o 08:20
    Permalink

    Oj, nie nie nie – na pewno nie ! No co ty autorze! USA ingerujące w polskie sprawy? przecież to nasz najbliższy sojusznik, który co najwyżej udziela nam dobrych rad!

    Odpowiedz
  • 7 marca 2016 o 16:46
    Permalink

    Musimy słuchać i wykonywać.

    Nie ma postanowień/rezolucji Biura Politycznego KC PZPR – są zalecenia TTIP, które oczywiście dobrowolnie przyjmiemy.

    Nic się nie zmieniło, poza językiem.

    No i sojusznik o wiele dalszy, nie do końca rozumiejący istotę problemów środkowej Europy.

    Odpowiedz
  • 7 marca 2016 o 19:37
    Permalink

    Nie, nie, nie było żadnych pieniędzy w kartonach 🙂

    Odpowiedz
  • 7 marca 2016 o 23:13
    Permalink

    Franklin Delano Roosvelt zapytany dlaczego USA popierają notorycznego dytktatora Anastasio Somoza (w Nikargui) miał powiedzieć: “He may be a son of a bitch, but he’s our son of a bitch.” czyli “może on jest sk…..em ale on jest NASZYM sk….em”. A przenosząc na dzisiejsze czasy to Pisiory/Kaczory to nie są “sk……ny” Obamy/Clinton i całej paczki jaka rządzi USA od dłuższego czasu a szczególna kulminacja ma miejsce od prezydentury Wilusia Clintona. Charakterystyczny jest felieton na unz.com: Is It Time to Turn Reagan’s Picture to the Wall? (http://www.unz.com/article/is-it-time-to-turn-reagans-picture-to-the-wall/?highlight=Reagan ). Kiedyś był “konserwatyzm”, “liberalizm” a potem sie urodziły “neokonserwatyzm” i “neoliberalizm” i ZAWSZE za tym stoją określone środowiska. W USA był dość specyficzny rys polityki: “republikanie” byli za skupieniem się na sprawach “wewnętrznych” i np. za kadencji republikanów (Nixona) KOŃCZĄ SIĘ WOJNY!!! No jest jeden przypadek: GW Bush ale tego wszyscy uważają za idiotę. Dzisiaj Amerykanie MAJĄ SERDECZNIE DOSYĆ rządów “neoliberałów” a szczególnie niejaką Hilary Clinton za którą lobbuje całe dośc specyficzne środowisko i kiedyś odczytałem tytuł w jakimś portalu amerykańskim: Kto rządzi polityką zagraniczną USA: Obama czy Natanyahu?? Dzisiaj demokraci “wystawili” (jest coś co się nazywa: Democratic National Committee: a co myślicie, że w USA nie ma “partyjności”) kandydatów na prezydenta: Hilary Clinton i Bernie Sanders ale Sanders jest Żydem, a “niepisaną” zasadą amerykańską jest, że amerykanin żydowskiego pochodzenia nie będzie prezydentem (Tony Ludt, żali się na to w swoim Rozważania o wieku XX). Stąd szanse Sandersa (skądinąd rzetelnego “lewicowca” amerykańskiego) były zerowe od początku stąd kandydatura Hilary Clinton (bo “kobieta”!!). Przedstawiciela “mniejszości” (czyli Obamę) już Amerykanie mieli i się sparzyli. Dzisiaj im się “podstawia” Hilary Clinton i jak się ktoś zapyta o co chodzi, to oczywiście CHODZI O PIENIĄDZE a narzędziem jest KORUPCJA. I stąd takie “postępy” Trumpa w USA – bo w razie wygranej przez niego wyborów, to ta jaczejka stojąca za Hilary Clinton będzie mieć przerąbane. Zawiłe to choć “proste jak myśl Lenina”.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.