Upadek narodu i państwa? A co to właściwie znaczy?

Przeważnie parszywe ryje prawicowych publicystów stale przekłamują rzeczywistość przy pomocy dwóch słów kluczy – upadek narodu i upadek państwa, naprzemiennie traktując je jako synonimy. To się podobno dzieje teraz, a moment kulminacyjny był 10 kwietnia 2010 roku, kiedy to jak wiadomo premier wspólnie z prezydentem sąsiedniego mocarstwa „zabił w zamachu” ich prezydenta naszego kraju. Od tego momentu wszystko upada, jest pełen rozkład – zarówno narodu, na który atakuje się w sposób ultra perfidny, oraz państwa którego rozkład jest oczywistością która się dzieje na naszych oczach i to pomimo mszy ofiarnych do których służą posłowie-cudzołożnicy (zdolni do napierdalania krzesłem mężów swoich partnerek)!

Abstrahując zatem od bełkotu prawicowych publicystów – przeważnie o parchatych ryjach, zastanówmy się czymże jest współcześnie upadek narodu i upadek państwa, czy to się rzeczywiście dzieje i przede wszystkim w jaki sposób możemy określić kierunek rozwoju jako ujemny, no bo tak należy rozumieć upadek.

Upadek narodu można rozważać na co najmniej dwóch płaszczyznach – biologicznej oraz społecznej, opisywanej przez jego rozwój ogólno-cywilizacyjny. Biologicznie nie ma dyskusji, liczy się liczba, długość życia, ilość noworodków zmarłych podczas porodu, chodzi generalnie o zachowanie i rozwój tkanki narodu, rozumianego tak jak w naszym przypadku jako wspólnota obyczajów i języka. Do wskaźników ilościowych można też dodać wskaźniki jakościowe, badające coś takiego jak jakość kapitału ludzkiego, w tym przede wszystkim poziom wykształcenia, znajomość języków obcych, ilość zgłaszanych patentów itp.

Patrząc zatem na nasz naród w kategoriach biologicznych rozumianych jako ilościowo-jakościowe kryteria badawcze, widać że nie ma czym się zachwycać. Co prawda z jednej strony mamy fenomenalne wskaźniki jeżeli chodzi o wykształcenie wyższe, jednakże w ogóle nie ma wynalazczości – innowacyjności, co pokazuje że edukacja wyższa może być i zapewne jest w wielkiej części czymś fasadowym i sztucznym. Emigracja także swoje świadczy i swoje zrobiła, oczywiście złego. Dokonaliśmy bowiem „mimochodem” pięknego ograniczenia ludności, a zarazem nie podnieśliśmy znacząco jakości kapitału ludzkiego – o czym najlepiej świadczy krajowy rynek pracy, gdzie ciągle brakuje zawsze takich specjalistów jakich nie ma! Dodatkowo zapłaciliśmy cenę nienarodzonego pokolenia i już zaczynamy płacić odsetki od kolejnych pokoleń, które nie będą miały szans się narodzić – głównie z powodów ekonomicznych. Prognozy ludności dla naszego kraju wyglądają porażająco, społeczeństwo poddane traumatycznemu doświadczeniu transformacji społeczno-gospodarczej – dostosowuje się do nowych warunków w ten sposób, że ogranicza swoją liczebność, ponieważ w czasach niepewności nie myśli się o „produkowaniu” dzieci.

Można zatem przyjąć, że w kwestii narodu rozumianego tak jak zaznaczono nie dzieje się dobrze, jednakże nie jest to jeszcze upadek! Nie upadliśmy pod względem cywilizacyjnym, nie z alkoholizowaliśmy się! Jest tak jak nie raz w historii bywało, kiedy to – na skutek wojen, kontrybucji, czy też pobytu obcych wojsk postępował generalny upadek wszystkiego i zwijanie się państwa, a tym samym ograniczenie ludności. Co prawda obecnie ograniczenie ludności dzieje się w okresie – okrzykniętym – absolutnym prosperity – niesamowitym okresem w historii narodu i państwa, ale jednak nie da się zaprzeczyć faktom. Dwa miliony ludzi wyjechały na stałe, milion jest w rozjazdach – kolejny milion myśli o tym samym, nie rodzą się dzieci, zamyka się szkoły, przedszkola, nawet porodówki w szpitalach! Nie można tego nazwać sukcesem, ale też nie da się tego zakwalifikować jako upadek. Jest to straszna cena jaką płacimy za transformację zainicjowaną przez pana Mazowieckiego, Balcerowicza i innych, a kontynuowana do dzisiaj przez pana Tuska. Nazwijmy więc że to nie jest upadek, ale zapaść narodu, którego tkanka została naruszona w sposób znaczący i bolesny.

Co do upadku państwa kwestia jest o wiele bardziej skomplikowana, albowiem niezwykle trudno jest zmierzyć w sposób obiektywny – tj. wolny od polityczno-ideologicznego osądu stan państwa. Jeżeli bowiem popatrzymy na kwestie związane z zadłużeniem – to jest bardzo źle, albowiem nie wiadomo kto i kiedy będzie je spłacał, gdyż jak wiemy – społeczeństwo ma problem demograficzny, a skoku cywilizacyjnego o jakim wszyscy marzyli od początku transformacji – tak jak nie było, tak nie ma i niestety nie zapowiada się, żeby miał się pojawić.

Jeżeli jednak weźmiemy pod uwagę takie kryterium jak stabilność funkcjonowania państwa, to odnieśliśmy absolutny sukces, to znaczy mało jest państw zapewniających równie stabilne warunki życia jak nasze. Owszem jest biednie, mizernie i często byle jak, ale jednak jest to bieda stabilna, wręcz stabilizacja pewnego poziomu niedostatku, który jednak pozwala na w miarę racjonalne funkcjonowanie, oczywiście kosztem nienarodzonego pokolenia lub ambicji własnych, jeżeli takowe się pojawi. No ale nie da się zaprzeczyć, jednak Polska zapewnia pewien poziom stabilizacji ogólnej, który jest wartością samą w sobie.

Co do rozwoju, bo to powinien być miernik stanu kraju, z pewnością nie mamy do czynienia z degrowth, czyli ze zwijaniem się państwa, jego funkcji i jego przestrzeni społeczno-gospodarczej. To nie ma miejsca, stale mamy rozwój, stale mamy poprawę, stale dzieje się lepiej, nawet jeżeli to mierzymy tak niedoskonałą miarą jak przyrost PKB – to nie da się zaprzeczyć, że ten przyrost jest. Oczywiście można mieć pretensje co do struktury tego PKB, w którym odzwierciedlają się wszelkie słabości i straty braku polityki gospodarczej w okresie transformacji, która doprowadziła do totalnego upadku przemysłu, a nawet likwidacji części jego działów. Usługi okazały się o wiele mniej płatne, ponieważ nie jesteśmy na ich końcu, tylko w środku lub na początku ich świadczenia, dlatego idea budowy gospodarki opartej na usługach to niestety błąd. Więc w tym zakresie, również nie można powiedzieć, żebyśmy byli państwem upadłym lub upadającym w kontekście rozwoju ogólnocywilizacyjnego i w szczególności społeczno-gospodarczego.

Reasumując – mówienie o Polsce i o Polakach, że jesteśmy upadli, upadliśmy, państwo upadło – to gruba przesada, od której nie stronią – prawdopodobnie życzący sobie tego parszywi prawicowi publicyści. Uwaga, współczesna Polska nie jest jednak rajem, a naród w rzeczywistości się dekapitalizuje (żeby już nie napisać że wyjeżdża i wymiera), więc nie ma się z czego cieszyć, ponieważ cena za transformację okazała się straszna, zwłaszcza że zapłaciliśmy też głupio i z własnej woli – jak 10% opłata za zarządzanie środkami w OFE, zdaje się czyj rząd się na to zgodził… no czyj… miejmy nadzieję, że ten pan i jego koledzy jak najszybciej spoczną w panteonie narodowym, czego im szczerze życzymy…

Na marginesie powstaje jednak pytanie, czy można było się nie transformować, czy można było to zrobić lepiej? Z pewnością można, jednakże w naszych realiach – pamiętajmy te słowa – już samo uniknięcie rzezi i wielkiej daniny krwi na początku zmiany to wielki postęp i wartość sama w sobie, więc jeżeli ceną Okrągłego Stołu jest ten bałagan jaki mamy dzisiaj i ta bylejakość, to chyba jednak był to mniejszy koszt niż koszt np. kolejnych 63 dni chwały Stolicy…

Może to naiwne, ale warto pomyśleć o zmianie hymnu. Wystarczy już tego, że Polska jeszcze nie zginęła, na razie odbudowuje się i rozbudowuje – może bez fajerwerków, z problemami ale jednak idzie do przodu.

Rosyjskie tłumaczenie [tutaj]

3 myśli na temat “Upadek narodu i państwa? A co to właściwie znaczy?

  • 8 stycznia 2014 o 22:47
    Permalink

    Już od dawna nie zdarzyło mi się czytać podobnego bełkotu.

    Odpowiedz
    • 8 stycznia 2014 o 22:58
      Permalink

      No i musi pan z tym jakoś żyć! Webmaster Józef

      Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.