Paradygmat rozwoju

Unia Europejska też może się czasem mylić!

 Przyzwyczajeni traktować zachód i wszystko co zachodnie jako ostateczne źródło odwołania i najczęściej prawdę objawioną zapominamy o tym, że za wszystkimi decyzjami stoją ludzie, to ludzie formułują decyzje i je podejmują a następnie przez ludzi są one wcielane w życie. Nie ma możliwości zatem, żeby proces decyzyjny był wolny od błędów. To niemożliwe i to wynika z samej natury i istotnych czynników decydujących o przeprowadzaniu tego procesu.

Jednym ze szczytnych zamiarów eurokratów popartym przez wielu europejskich polityków, wiele środowisk oraz rozumianym jako cywilizacyjna konieczność przez rzesze obywateli jest postulat ograniczania emisji szkodliwych substancji do atmosfery w tym w szczególności gazów cieplarnianych, powodujących – jak twierdzi część badaczy przyśpieszone zmiany klimatu na ziemi, wynikające z ocieplania się przeciętnej temperatury na naszej planecie.

Postulaty te są szczytne, słuszne i z pewnością warto je uznać za dogmat – cel nadrzędny, a zarazem jako bardzo wydajny miernik jakości realizowanego rozwoju, czy wręcz transformacji w ramach kolejnej „subrewolucji” przemysłowej, w trakcie której dochodzimy do sytuacji w której opłaca się myśleć ekologicznie – projektując zmiany z poszanowaniem ilości emitowanych szkodliwych substancji. Całość ma się sumować jako wielkość kwot emisyjnych dopuszczalna rocznie dla danego kraju, dzięki czemu Unia zamierza realizować swoje cele klimatyczne.

W praktyce jednak z rzeczywistością bywa różnie, stabilne i tłuste lata nihilizmu, życia w świadomości końca historii – dzięki finansowaniu wydatków publicznych z niekończących się pożyczek i kredytów już przeminęły. Dzisiaj państwa muszą oglądać każdy grosz, bo albo mają zbyt mało pieniędzy w stosunku do potrzeb, albo w wyniku decyzji politycznych muszą część dysponowanych środków wydzielić żeby pomóc biedniejszym.

W bieżącej sytuacji, gdy na naszych oczach postępuje zmiana globalnego paradygmatu energetycznego – nie możemy pozostać bierni wobec wyzwań, z którymi mamy do czynienia i których ujawnienie się w formule problemów może na trwałe zachwiać naszą pozycją konkurencyjną.

Musimy sobie uświadomić, że z punktu widzenia Unii Europejskiej jesteśmy krajem buforowym, gdzieś na dalekim wschodzie rubieży jej imperium. Główne państwa europejskie mają zabezpieczone źródła dostaw energii i właściwie zdywersyfikowane od lat. Absolutnym wzorem jest Francja, która jest praktycznie niezależna energetycznie dzięki własnej technologii gwarantującej zarazem niską emisję gazów szkodliwych. Jednakże nawet Francja ma ten sam problem co inne kraje, tj. stajemy przed problemem – wyzwaniem obniżki źródeł energii, która przyjdzie do nas z zewnątrz – czyniąc nasze dotychczasowe sposoby zaopatrywania się nieefektywnymi i bardzo drogimi. W momencie gdy w USA spełnią się zapowiedzi rewolucji cen gazu i ropy wydobywanej ze źródeł niekonwencjonalnych, a administracja Obamy pozwoli na eksport nastąpi szok podaży. Bez tego także, nawet w przypadku gdyby były podtrzymane regulacje dotyczące pozwoleń na wywóz gazu i ropy z USA za granicę – to ten kraj stanie się miejscem odrodzenia zachodniego przemysłu, na skalę jakiej nawet nie możemy sobie wyobrazić. Bezwzględnym warunkiem realizacji współczesnych przedsięwzięć przemysłowych jest dostęp do dużych zasobów energii, jeżeli jeszcze tak się składa że będzie to energia stosunkowo tania, a na pewno tańsza niż w innych destynacjach inwestycyjnych – wówczas możemy mówić o boomie inwestycyjnym, który na pewno nastąpi (chyba, że kraj popsuje warunki inwestycyjne jakimiś głupimi przepisami lub nie ma wystarczającej ilości i jakości kapitału ludzkiego). W przypadku USA nie ma żadnych z tych obaw, za 10 lat ten kraj może przeżywać drastyczny rozwój przemysłu, zwłaszcza tego opartego na przetwarzaniu gigantycznych ilości energii.

Z perspektywy świata oznacza to, że Chiny zawdzięczające swoją pozycję taniej sile roboczej i zupełnemu brakowi jakichkolwiek ograniczeń z zakresu norm ochrony środowiska (czy raczej praktycznego przymusu ich egzekwowania) – stracą pozycję fabryki świata, ponieważ znaczną część produkcji (stopniowo – dlatego inwestują we własne innowacje) można realizować w reżimie zautomatyzowanym, co wyklucza problem z kosztami pracy. Podobny problem będziemy mieli także i my, albowiem nie będziemy w stanie konkurować z wieloma klasami produktów, zwłaszcza po wprowadzeniu wolności transatlantyckiego handlu – co z pewnością nastąpi niebawem.

Produkcja w Europie, produkcja w Polsce – będzie droga albo nawet bardzo droga, oczywiście w odniesieniu do konkurencji z USA. W przypadku niektórych branż może to oznaczać absolutną dominację tego kraju nad resztą świata, szczególnie dotyczy to zaawansowanej technologicznie chemii. Będzie to oczywiście miało poważne konsekwencje globalne m.in. dla rolnictwa, albowiem (w uproszczeniu) żywność pozyskiwana dzięki tańszym nawozom może być zauważalnie tańsza od innej żywności. Tego typu bodźców będzie więcej w ekonomii i tylko i wyłącznie od nas zależy w jaki sposób ustawimy się względem spodziewanych zmian.

Już dzisiaj dzieje się śmiesznie, albowiem uwolnione na rynku amerykańskim nadwyżki ich węgla, jak również węgla od potentatów eksportujących ten surowiec np. z Australii – już dzisiaj chętnie są kupowane w Europie, w tym u nas, albowiem oznaczają lekką ulgę w „miksie” energetycznym. Oczywiście konsekwencją zwiększenia ilości spalanego węgla jest zwiększenie emisji szkodliwych substancji a zwłaszcza gazów. W ten sposób koło się zamyka i Europa nie realizuje swoich celów dotyczących ochrony środowiska, płacąc za energię i tak dużo więcej niż bogate USA – dzięki dokonanej rewolucji technologicznej.

Powyższe nie jest bezapelacyjnym hołdem na rzecz gazu niekonwencjonalnego i nie powinno być w ten sposób odbierane. Musimy się zacząć liczyć z tym, że w najbliższych latach może dokonać się i jak wszystko na to wskazuje prawdziwa rewolucja energetyczna, w której realiach musimy się umieć odnaleźć już teraz – umiejętnie antycypując spodziewaną sytuację. Przy odrobinie dobrego myślenia i kilku sprawnie przeprowadzonym inwestycjom oraz eliminacji złego prawa – możemy wiele, ale naprawdę wiele skorzystać. Z pewnością nie staniemy się tak konkurencyjni jak USA, ale korzystając z przywileju bycia w niebycie, możemy bardzo wiele zyskać samym umiejętnym ustawieniem się lub handlem politycznym – coś za coś. Dzisiaj mamy nic za wysokie rachunki.

Oczywiście nie oszukujmy się, Amerykanie nie są dobrymi wujkami i nie podarują światu taniej energii – cena nowych nośników (z nowych źródeł niekonwencjonalnych) zetrze się na światowych giełdach z cenami nośników ze źródeł konwencjonalnych. Cena wypadkowa wcale nie musi być szokująco niższa i nie musi oznaczać rewolucji z dnia na dzień. Tutaj raczej trzeba liczyć oszczędności w długiej perspektywie czasowej, czyli jako procent składany z kilkunastu lat przyszłej inwestycji. W tym czasie, my nadal będziemy klientami tego samego dominującego dostawcy, którego polityka cenowa w kontraktach długoterminowych jest na dłuższą metę szkodliwa i dla sprzedawcy i dla odbiorcy, albowiem utrzymywanie i kontynuowanie takich kontraktów, jak się wydaje z powodów geograficznych optymalnych – politycznie i ekonomicznie staje się trudne do uzasadnienia. Jeżeli do tego dodamy jeszcze sztuczne ograniczenia narzucone przez Unię, to może się okazać że sami się wyeliminujemy ze starań o poważne inwestycje.

Wniosek – koniecznie trzeba inwestować w rolnictwo, rozwój produkcji i przetwórstwa rolnego. To pewne inwestycje, ludzie zawsze będą potrzebowali żywności, która już dzisiaj, zwłaszcza ta „powtarzalna” i zestandaryzowana jest produktem strategicznym chciwie pożądanym w wielu miejscach świata.

2 komentarze

  1. Niestety, ale UE myli się “częściej ” niż czasem.A moze w tym szaleństwie jest metoda ??? Kto ich wie.

  2. Nie tyle UNIA, ile jej urzędnicy, których inspirują międzynarodowe korporacje, bo to tak działa.
    Zawsze wygrywa interes silniejszego w unijnych ustaleniach.
    Dlatego RÓBMY SWOJE, ile się da.

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.