Społeczeństwo

Tu wszyscy czekają na pomoc

 To słowa jednej z osób poszkodowanych w gradobiciu na terenie województwa dolnośląskiego. Prawdopodobnie prawdziwe, z tego względu, że patrząc po pokazywanym przez reportaż telewizyjny obejściu nie można było uznać tamtejszych „poniemieckich” domów za zamożne.

Tu wszyscy czekają na pomoc, jakie to szczere, oto Polska właśnie w prawdziwej postaci i w pełnej krasie. Oto Polska finansująca ze swoich głodowych pensji, mikroskopijnych rent i żebraczych emerytur misję w górach Afganistanu, liczne limuzyny swojej elity oraz pensje wszystkich korzystających na systemie. Prawdziwa “pogradowa” Polska czeka na pomoc, albowiem jest bierna, biedna i owdowiała lub w inny sposób upośledzona często jeszcze niezabliźnionymi ranami z okresu wojny i okupacji.

Dotarcie z takim komunikatem do ogółu jest niewątpliwie zasługą dziennikarzy, jednakże należy postawić głośno pytanie – jak to jest możliwe, że po 22 latach transformacji nie wypracowaliśmy automatycznych mechanizmów umożliwiających asekurowanie i amortyzowanie tego typu zdarzeń jak obszarowe gradobicie na terytorium nawet kilkunastu powiatów! Jak to jest możliwe, że nie działa żadna automatyka społeczno-państwowo-finansowa, umożliwiająca unikanie ludzkich tragedii.

Z jednej strony oczywistym jest, że osoby fizyczne posiadające własność powinny się ubezpieczyć. Jednakże biorąc pod uwagę specyfikę rynku ubezpieczeń własności w Polsce, a właściwie jego niewykształcenie się i przerzucanie nadmiernego ryzyka na osobę ubezpieczoną, należy zastanowić się nad innymi rozwiązaniami systemowymi. Jest oczywistym i to nie ulega żadnej wątpliwości, że ostatnim płatnikiem jest wspólnota państwowa, która powinna wkraczać automatem wszędzie tam gdzie społeczeństwu dzieje się krzywda, bez względu na zamożność poszczególnych osób. Z przyczyn oczywistych, niestety taka pomoc nie może być zupełna, w sensie odtworzeniowym, albowiem inaczej popsulibyśmy rynek ubezpieczeń, wyręczając wspólną sakiewką to, co powinien regulować rynek.

Można postulować jakieś rozwiązanie pośrednie, gdzie poszczególne samorządy ubezpieczałyby mienie swoje i swoich mieszkańców od następstw losowych klęsk żywiołowych płacąc składki bezpośrednio z budżetu, wcześniej zbierając je w ramach dodatkowego samoopodatkowania mieszkańców i podmiotów funkcjonujących w danej powiatowej przestrzeni społeczno-gospodarczej. Nie chodzi o zastąpienie państwa w przypadku poważniejszych tragedii, ale o gromadzenie kapitału na odtworzenie najważniejszych składników majątkowych decydujących o bytowaniu ludzi na danym terenie i ich zdolności do gospodarowania. Należy w tym celu dokonać odpowiednich zmian w ustawodawstwie. Sposobem może być np. fundusz samorządowych ubezpieczeń wzajemnych, już dzisiaj gminy mogą się wspierać zgodnie z ustawą. Jeżeliby to jeszcze powiązać z ogólnopolską giełda obligacji samorządowych, to z pewnością miałoby to sens i stanowiło silny element kotwiczący stabilność ekonomiczną naszych wspólnot terytorialnych.

Po powodzi 1997 roku potrzebujemy rozwiązań systemowych, tu nie ma żartów, albowiem chodzi o nasze życie. Należy pamiętać o kalendarzu klęsk żywiołowych, albowiem zaraz po sezonie gradobicia i deszczów czeka nas pora powodzi, a potem gołoledzi i wielkiego śniegu, w tym sopli spadających z dachów. Jeżeli uda się taki kalendarz w miarę dokładnie opracować, moglibyśmy jakoś funkcjonować, przecież starożytny Egipt działał dokładnie na tej zasadzie i osiągnął zdecydowanie więcej od nas! Aczkolwiek byłoby to trochę wstyd przed światem, zwłaszcza w kontekście dostępności licznych rozwiązań hydrotechnicznych i refinansowych, którymi cywilizowane społeczeństwa mogą nie tylko antycypować, ale także wykorzystywać tragedie losowe wynikające ze skutków klęsk żywiołowych do stymulowania rozwoju.

Można jedynie mieć nadzieję, że rząd dostrzeże szansę łatwego sukcesu medialnego a zarazem uregulowania ważnej społecznie sprawy i wreszcie coś z tym problemem zrobi, albowiem szkoda po prostu łez i nerwów, a nieszczęście może spotkać każdego.

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.