Ekonomia

Trzy silniki naszej gospodarki – jak pobudzić wzrost?

 Trzy silniki naszej gospodarki to: eksport, inwestycje i popyt wewnętrzny. Co do tego nie mają wątpliwości ekonomiści, o ile ich opiniami jeszcze można się przejmować w dzisiejszych po kryzysowych realiach.

Eksport to wszystko to, co sprzedajemy za granicę, ten silnik działa nadal najlepiej. To eksport podtrzymał nasz wzrost, to od niego zależą w pierwszej kolejności możliwości generowania gotówki w gospodarce. Tutaj kłania się potęga Unii Europejskiej i dobrodziejstwo wspólnego rynku, nasz eksport jest czymś realnym, istniejącym i stanowi wartość samą w sobie. To niesłychanie istotny miernik naszej gospodarki – podkreślmy – realna wartość.

Inwestycje dokonywane w kraju mają szereg wymiarów, samo stymulowanie gospodarki funduszami unijnymi i środkami rozwojowymi państwa to tylko jedna cześć wielkiej puli inwestycyjnej. Inwestycje publiczne służą głównie do tworzenia warunków do funkcjonowania i rozwoju, jak również do poprawy efektywności ogólnej naszej przestrzeni społeczno-gospodarczej. Bardziej liczą się inwestycje przedsiębiorców lokowane w gospodarkę, albowiem one odpowiadają wprost za zdolności wytwórcze i mają kluczowe znaczenie dla rynku pracy. Inwestycje państwa uległy głupiemu samoograniczeniu przez nałożenie na samorządy pętli w postaci reguły wydatkowej. Ograniczanie inwestycji samorządów terytorialnych mści się na naszej gospodarce i długo będziemy odczuwać ograniczenie potencjału. Co do firm, to muszą czuć koniunkturę, część wymusi rosnący eksport, ale nie jest tajemnicą, że w bankach jest nadpłynność, której nie inwestujemy. Firmy przerażone doświadczeniami kryzysu wyostrzyły swoje metody walki o przetrwanie – nikt nie jest głupi i boi się utraty potencjału. Sytuację z pewnością odwróciłaby akcja kredytowa – na preferencyjnych warunkach, adresowana zwłaszcza do małych i średnich przedsiębiorców, których kryzys dotknął najbardziej. Łatwy pieniądz, na niski procent – w rękach tych przedsiębiorczych ludzi, mógłby zadziałać mnożnikowo i przynieść nadspodziewane efekty skali.

Popyt wewnętrzny, w rozumieniu popytu konsumpcyjnego to dźwignia całej gospodarki. To decyzje zakupowe konsumentów decydują o stanie koniunktury w gospodarce, albowiem praktycznie wszystkie firmy działają na rynku i są uzależnione od jego kaprysów. Działalność B2B jak również zamówienia z sektora publicznego w ostateczności też ma przełożenie konsumpcyjne, chociażby w postaci podatków ściągniętych z rynku przez państwo oraz marż przerzucanych na ostatecznych odbiorców przez firmy korzystające z usług firm B2B. Niestety nasz problem polega na tym, że społeczeństwo jest wynędzniałe i nie ma pieniędzy. Nie ma rezerw, nie ma oszczędności, nie ma możliwości zrezygnowania z czegokolwiek, ponieważ dominująca większość przeciętnych Polaków – ledwo wiąże koniec z końcem i żyje dosłownie z miesiąca na miesiąc lub nawet w perspektywie 2-3 dni, czyli tyle na ile mają swoją nisko płatną i na czarno pracę.

Właśnie stan naszych portfeli jest przerażający, ludzie naprawdę nie mają pieniędzy. Wolne środki osoby utrzymującej się z przeciętnej pensji przy rodzinie to kilkaset złotych miesięcznie. Wolne, w znaczeniu, że nie jest się akurat chorym lub nie trzeba zapłacić czesnego za studia – czy też ponieść innego równie poważnego wydatku jak np. nowe buty.

Jeżeli na ten stan – permanentnego kryzysu, gdyż brak pieniędzy to efekt ludobójczej polityki transformacji nałożymy dostępność do kredytu konsumpcyjnego, oprocentowanego nie wiedzieć czemu na kilkanaście procent (w dobrym układzie), jak również wysokie podatki pośrednie i akcyzę – skutecznie tłumiące konsumpcję, to nie ma o czym mówić. Polak nie pożyczy, a jak pożyczy to i tak straci jeszcze na rzecz państwa – płacąc podwójnie – bankowi odsetki, a państwu podatki. Oczywiście nie ma w tym niczego złego, jednakże biorąc pod uwagę wysokość jednych i drugich, systemu ekonomiczno-społecznego w jakim przyszło nam żyć nie można nazwać inaczej jak s………..m i jest to i tak delikatne określenie naszych realiów. Jeżeli to się komuś nie podoba, niech sobie przeliczy ile litrów paliwa i metrów kwadratowych mieszkania może kupić za swoją pensję. Dalsze funkcjonowanie w ten sposób nie ma sensu, ponieważ wynędzniałe społeczeństwo myśli o wyjechaniu do pracy w Niemczech, a po pracy o „nawaleniu się” piwem a nie o budowaniu rodziny, wymianie międzypokoleniowej itd.

Wnioski: kluczem do pobudzenia wzrostu gospodarczego jest konsumpcja indywidualna – wewnętrzny popyt konsumpcyjny, jednakże nie ma na niego szans w pożądanym potencjale, gdyż zarabiamy bardzo mało, jak również świadczenia społeczne są mizerne. Jest to efekt m.in. dramatycznej ścieżki transformacji, która wyrzuciła wynędzniałe przez PRL społeczeństwo na neoliberalny – ludobójczy kapitalizm. Przetrwaliśmy, ale za cenę degrengolady ekonomicznej, cenę zdrowia, cenę rozkładu rodziny polskiej, cenę nienarodzonych pokoleń, cenę emigracji. Nigdy więcej takich eksperymentów, teraz budujmy.

Jeżeli rząd na poważnie myślałby o stymulowaniu gospodarki poprzez naturalny wzrost całości, z równomiernym rozłożeniem korzyści z konsumpcji – powinien obniżyć podatki najuboższym i średnio zarabiającym, obniżyć podatki pośrednie oraz podwyższyć podatki od najbogatszych np. poprzez III próg, kataster i podatek od transakcji finansowych. Równolegle potrzebna jest akcja kredytowa dla MSP. Duże i wielkie firmy – przeważnie zagraniczne – sobie doskonale poradzą, zwłaszcza że mają dostęp do finansowania na warunkach i w zakresie nieosiągalnym dla większości podmiotów i osób w Polsce. Być może takie podejście ożywiłoby całość i rząd miałby więcej na redystrybucję – na kulejący socjal, co też byłoby w sumie pożyteczne dla gospodarki, bo emeryci albo wydają, albo ciułają. Uwaga – niestety nie ma alternatywy, ponieważ w obecnych realiach nie ma żadnej teorii ekonomicznej, która by się nie zbłaźniła. No może, gdyby EBC chciał nieco bardziej „luzować ilościowo” Euro i po prostu skupować długi poszczególnych państw – to byłby fantastyczny bodziec dla całej UE, ale tego nie osiągniemy bez porozumienia politycznego. O usuwaniu barier administracyjnych nie ma co pisać.

3 komentarze

  1. “(…) gdyby EBC chciał nieco bardziej „luzować ilościowo” Euro i po prostu skupować długi poszczególnych państw (…)”

    Marzenie ściętej głowy przy obecnym systemie rozliczeń w strefie euro, gdzie w różnych krajach obowiązują różne stopy oprocentowania pobierane banki centralne poszczególnych państw finansujące operacje rządowe i pożyczające pieniądze bankom prywatnym jako tzw, pożyczkodawca ostatniego resortu.

    Tylko system podobny do systemu Banku Rezerw Federalnych w USA gdzie obowiązuje takie samo oprocentowanie w całym kraju i gdzie w każdą środę wszystkie centralne banki stanowe muszą wyzerować swoje bilanse w transakcjach z bankiem federalnym.

    W strefie euro wciąż obowiązują, choć dobrze zamaskowane, rozliczenia wzajemne między poszczególnymi państwami Unii posługującymi się euro jako walutą.

    Jest to w rzeczywistości bardziej skomplikowane, niżby wynikało z mojego opisu, ale w zasadzie sprowadza się do tego. Tak naprawdę to Niemcy trzymają strefę euro w granicach wypłacalności podczas gdy Polska, Anglia, Szwecja i inne państwa, które wciąż drukują własne pieniądze mogą się pod nosem uśmiechać i regulować kursy wymiany ich walut poprzez operacje wolnorynkowe na Forexie dokonywane przez ich banki centralne.

  2. Polecam poczytać ekonomie w jednej lekcji Hazlitta, a nie się ośmieszać i eksponować ekonomiczny analfabetyzm.

  3. @observer48. 🙂

    WITAM, witamy …ile to już lat?? I cóż tam panie, za
    Atlantykiem, (w “skalistych” górach) Chiń…wróć!! Amerykany, trzymają się mocno?
    Ps. Gdzie zgubił dziadka “seniora” – byłoby intieresno czytać
    dywagacyje panów ? – a,aaaa do TWA rekomenduję “boba” i niegdysiejszą “ninę”, czy jak jej tam, nie mylić z kom. o nicku “Nana” – bardzo rozsądne treści przelewa na monitor wspomniany
    internauta.

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

one × 3 =