Paradygmat rozwoju

Trzecia droga

 Charakterystyczne dla polskiego dyskursu popularnego jest utrwalenie się w ludzkich umysłach jakże wygodnego dla egoistów przekonania, że podatki to haracz na rzecz władzy. Wprawdzie, gdy rzecz zgłębić, każdy wie, że to nieprawda, ale ów demagogiczny argument co i rusz jest podnoszony w dyskusjach. Więc się przez zasiedzenie w ludzkich głowach utrwalił. W Polszcze utrwalił się on nie tylko dlatego i ma swoje racjonalne korzenie.

Będę trywialny, ale nigdy dość powtarzania pewnych prawd w naszym kraju.

Człowiek, by żyć, musi jeść, a w naszym klimacie także mieszkać i ubierać się. To warunek minimum przeżycia. By jednak nosić dumne miano człowieka, powinien też uczestniczyć w kulturze wspólnej innym ludziom, a więc między innymi uczyć się. Czasem musi się leczyć, jeśli chce żyć dłużej, choć nie wiadomo po co. Jeśli przyjmujemy za naturalne i niezmienne, że wszystko to człowiek otrzymuje za pieniądze, nie może być społeczeństwu obojętne, skąd poszczególne pełne godności podmioty ludzkie, poczęte a nawet narodzone, mają te pieniądze brać. I społeczeństwo wymyśliło sobie, że każdy (he, he) na życie będzie pracować, za pracę zaś każdy otrzyma jej ekwiwalent (he, he) w postaci pieniędzy właśnie.

Są dwa możliwe sposoby funkcjonowania społeczeństwa, które nie jest dziką hordą lub luźną grupą zbieraczy runa czy myśliwych, lecz pracuje, zarabia i wydaje pieniądze na życie.

Pierwszy – skrajnie zrównujący – zakłada, że wszyscy pracują we wspólnym gospodarstwie, za pracę płaci się mało, ale pokaźną część wypracowanych środków przeznacza się na spożycie zbiorowe. Dotując żywność, mieszkania, ubrania, transport publiczny, energię elektryczną i gaz, szczoteczki do zębów i co tam jeszcze, prócz samochodów osobowych, dotować trzeba, by ludzie żyli i nie marudzili zanadto.

Drugi – skrajnie różnicujący a przez to o wiele prostszy, czyli mniej zaawansowany umysłowo – zakłada, że każdy dostaje wypłatę w wysokości ekwiwalentnej do włożonej pracy, a więc pozwalającej mu samodzielnie decydować, co i kogo będzie dotował swymi konsumenckimi wyborami.

Który sposób obrała Polska, wstając od słynnego a osobliwego? Odpowiedź nasuwa się zatrważająca – żaden z powyższych.

Polska wybrała sobie trzecią drogę, o której nawet filozofom, a co dopiero ekonomistom, się nie śniło. Otóż powiedziała swym obywatelom tak: odtąd państwo przestaje dotować cokolwiek, a wy sami sobie płaćcie za pracę ile kto uważa i ile tam kto komu wyszarpie, na umowę lub bez. A żeby nie było tak, że korzystacie wszyscy z niesłusznego dorobku swych ojców i dziadów, państwo co ma to sprzeda, by już nikt nigdy nie pracował na wspólnym, dzieląc się wypracowanym dochodem. Wszystko to potwierdziła złotousta aktor, pani Sz., po czym natychmiast pobiegła po pensję do państwowego teatru.

By jednak mieć podstawę obliczeń środków na utrzymanie aparatu przymusu, państwo pookrągłostołowe wyznaczyło tzw. płacę minimalną, która na nic nie wystarcza, bo i nie taki jest jej cel. Trudno się jednak dziwić, znając naturę ludzką, że płaca minimalna stała się wkrótce podstawą wszelkiego wynagrodzenia, bo po co płacić więcej, skoro nawet państwo uważa, że tyle wystarczy.

2 komentarze

  1. Wierny_czytelnik

    W naszych realiach podatki to tylko i wyłącznie haracz na rzecz elit – zwykli ludzie nie mają od państwa niczego

  2. Bardzo dobry artykuł. Pozdrawiam autora!

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.