Wojskowość

Trzeba zapamiętać wnioski z rosyjskiej lekcji w Gruzji

Trzeba zapamiętać wnioski z rosyjskiej lekcji w Gruzji, tak, żeby być przygotowanym na to co jest możliwe i nieuchronne. Zarazem zapamiętać główny wniosek – nigdy nie można nawet dopuścić do sytuacji, w której Rosja miałaby sposobność do prowokacji.

W świetle przedstawionych światowej opinii publicznej informacji to Gruzja była stroną, która rozpoczęła konfrontację w 2008 roku, przy czym faktem były też zarejestrowane prowokacje ze strony separatystycznej wobec państwa gruzińskiego Osetii. Oficjalna polityka informacyjna Gruzji głosiła, że inwazja na Osetię miała zapobiec dalszym prowokacjom i aktom terroru kierowanym z separatystycznego terytorium.

Z punktu widzenia zewnętrznego obserwatora miała tam miejsce klasyczna prowokacja, której przyczyny, przebieg i charakter – a także co może być szokujące, także kierunek – nie miały żadnego, absolutnie najmniejszego znaczenia. Wszystko przestało się liczyć w świetle triumfalnego pochodu gruzińskich komandosów przez zajmowane terytorium. Dla Kremla był to wystarczający dowód na inwazję Gruzinów, a Federacja Rosyjska nie przywykła tolerować żadnych inwazji na swoje terytorium i ze względu na posiadane siły i środki – żadnych inwazji tolerować nie musi.

Polityczno-gospodarcze tło konfliktu nie ma tutaj też głównego znaczenia, to że Gruzini zostali – nazwijmy to „chłodno” potraktowani przez swoich zachodnich sojuszników to coś innego. To właśnie dwuznaczność fazy inicjacyjnej konfliktu zakneblowała zachodnią a zwłaszcza amerykańską dyplomację. To bardzo ważne i trzeba o tym pamiętać, zachód to nie FSB – jest dekadencki, biseksualny, zniewieściały i bez Coca-Coli lub dobrego wina czy też pachnącej markowej kawy z modnej sieciówki – nie jest w stanie działać. Oznacza to, że czas jest w przypadku konfliktu z Rosją naszym przeciwnikiem, ponieważ Rosja ma o wiele lepszy rozgłos – PR, soft power, do tego sieć szpiegów i agentów wpływu. My tego wszystkiego nie mamy, a to właśnie nagłówki w prasie, czy też portalach internetowych i przebitki pierwszych materiałów wideo – zdecydują o obrazie fazy inicjacyjnej, czy też pre-inicjacyjnej konfliktu w globalnych mediach. Jeżeli do tego dodamy, że przywódcy krajów sojuszników potrzebują co najmniej 48 godzin na oswojenie się z sytuacją (raporty własnych wywiadów i wymiana z NATO), żeby wymienić się depeszami i zając stanowisko – to w zasadzie jesteśmy zdani sami na siebie w razie konfliktu, ponieważ on nie będzie trwał dłużej niż 3 może 4 doby to maksimum.

Na tą chwilę obserwując nasze przygotowania do ewentualnej obrony, prawdopodobnie niechcący, czy też celowo – ale to świadczyłoby o absolutnym geniuszu naszych planistów – naszym głównym celem operacyjnym w pożądanym scenariuszu rozwoju ewentualnego konfliktu będzie elastyczne podejście do ochrony własnego terytorium. Inaczej bowiem nie da się wytłumaczyć faktu braku jakiejkolwiek na serio i poważnej jednostki wojskowej na wschód i na północ od Warszawy. Otóż prawdopodobnie nasza taktyka zakłada – luźną obronę opóźniającą działania nieprzyjaciela, gdzie zaakceptujemy militarnie – okresowe zajęcie części naszego terytorium przez obce wojska. Jest to generalnie dobra taktyka, albowiem potencjalny nieprzyjaciel nie będzie mógł przeinaczyć przez tubę propagandową kto kogo napadł i w świetle globalnej krytyki sam się zatrzyma. W ostateczności zatrzyma go tężejąca obrona NATO.

To ma sens, albowiem obrona linii od granicy wschodniej i północnej do Warszawy to gigantyczny wysiłek strategiczny, którego przy tak słabym potencjale jak nasz obecnie – bez załamania finansów i normalnego funkcjonowania państwa nie da się udźwignąć. Przy stanie rozwoju obecnej broni precyzyjnej oraz wojsk saperskich i inżynieryjnych – budowa jakichkolwiek nie zautomatyzowanych gniazd oporu nie ma żadnego sensu. To byłyby od razu grobowce dla swoich obrońców, co oczywiście nie wyklucza takich przedsięwzięć w miejscach szczególnego znaczenia. Jednakże czas fortyfikacji minął wraz z momentem gdy pierwsza bomba sterowana laserowo trafiła w cel.

Nie możemy przy tym polegać na przewadze własnego lub natowskiego lotnictwa, albowiem tu akurat potencjalny nieprzyjaciel ma totalną przewagę. Prawdopodobnie mielibyśmy remis ze wskazaniem na przewagę naszego lotnictwa nad naszym terytorium, przy absolutnej przewadze rosyjskiej i białoruskiej obrony przeciwlotniczej nad ich terytorium, chociaż biorąc pod uwagę najnowszej generacji uzbrojenie ofensywne – pokonanie zestawów obrony przeciwlotniczej S-300/400 i zniszczenie zaplecza nieprzyjaciela skoncentrowanymi uderzeniami lotniczymi to tylko i wyłącznie kwestia woli politycznej. Najnowsze pociski manewrujące, których oferty zakupu nasze Ministerstwo Obrony Narodowej dostaje przy okazji każdych targów mogą bez problemu spenetrować głębokie zaplecze nieprzyjaciela. Więc jeżeli będziemy chcieli, nie będziemy bezbronni w sensie konwencjonalnym, a F-16 uzbrojone w najnowszej generacji rakiety i nadzór przestrzeni powietrznej AWACS poradzą sobie z każdym zagrożeniem.

Rosyjskim i białoruskim wojskom pancernym i zmechanizowanym można tylko pozazdrościć, albowiem to groźne i potężne jednostki bojowe, jednakże nie trzeba się ich bać w erze cyfrowego pola walki – jeżeli tylko umie się odpowiednio takie zorganizować. W realiach dronów precyzyjnie naprowadzających inteligentną amunicję na celę oraz bezwzględnej przewagi wojsk pancernych wyposażonych w zmodernizowane Leopardy 2 – możemy nie tylko skutecznie powstrzymywać, ale i kontratakować sięgając na terytorium nieprzyjaciela.

Jednakże to byłby błąd, ponieważ dałby Rosji legitymację do powstrzymującego uderzenia jądrowego ładunkiem taktycznym w miejscu skoncentrowania wojsk. Dlatego też w naszym interesie jest takie prowadzenie wojny, żeby po pierwsze być jej ofiarą a po drugie przypadkiem nie doprowadzić nieprzyjaciela do ostateczności. Dlatego możemy mówić bardziej o odrzuceniu nieprzyjaciela i przejściu do negocjacji politycznych, jednakże w razie powodzenia będziemy musieli się powstrzymać przed chęcią wykorzystania zwycięstwa i pomaszerowania na wschód.

Reasumując – nie można dać okazji do przeprowadzenia prowokacji. Co więcej musimy się pogodzić z przegraniem pierwszej fazy konfliktu i przygotować na to własne społeczeństwo. Potem w razie militarnej odpowiedzi – nie możemy wykorzystać przewagi technologicznej i pokonać nieprzyjaciela zajmując jego terytorium, ponieważ to może dać mu pretekst do rozwiązań ostatecznych. Przykładowo użycia broni jądrowej na własnym terytorium. Generalnie nie byłby to atak na NATO, musimy o tym pamiętać.

Poza tym nie można popełnić podstawowego błędu Gruzinów – liczyć politycznie i militarnie na zachodnich sojuszników. Może tym razem pomogą, jednakże zanim się ruszą… Każdy w NATO ma świadomość, że ewentualny konflikt u bram sojuszu rozegra się właśnie na wschód za Warszawą.

5 komentarzy

  1. Jest to ciekawy, logiczny wywód dotyczący ewentualnego konfliktu na naszej wschodniej granicy. Oby nigdy do takowego nie doszło, ale… nigdy nie mów nigdy. Zachowanie Białorusinów z grubsza można przewidzieć natomiast graniczymy także z Litwą i Ukrainą. I tu reakcja, zachowanie się tych narodów w takiej sytuacji byłoby ciekawe. Jak zachowałaby się Litwa mimo ujawniających się niechęci Litwinów do Polaków i bycia członkiem NATO, ale bezpośredniego graniczenia z Rosją? Jak zachowałaby się Ukraina mimo flirtu z Unią Europejską i aspiracji do bycia bliżej Europy Zachodniej? Mam nadzieję, że prowadzone są prace analityczne w Sztabie Generalnym związane z przewidywaniem ewentualnego konfliktu i tego jak rozwinąłby się. Nie jest tajemnicą, że geografia rozmieszczenia jednostek wojskowych jest jeszcze zbliżona do tego co było w poprzedniej epoce. Wiele polikwidowano. Nie za bardzo widoczne jest rozmieszczenie na ścianie wschodniej elementów obronnych pierwszego i drugiego rzutu (Może to i dobrze). Ale generalne aby być silnym potrzebne są po trzykroć, jak mawiał Napoleon pieniądze.
    Swoją drogą, polską racją stanu jest rozwijanie takich stosunków z sąsiadami ze wschodu na płaszczyźnie politycznej, ale przede wszystkim gospodarczej, aby w razie jakiegokolwiek konfliktu mieli jako partnerzy wspólnej aktywności gospodarczej zbyt dużo do stracenia. Proponuję, abyśmy zabawili się na serio próbą wskazania przyczyn ewentualnego konfliktu w razie ochłodzenia stosunków międzynarodowych. Moim zdaniem może to być kwestia przemieszczania się obywateli obwodu królewieckiego do Rosji. Uderzenie wyszłoby z z tego obwodu następnie z Białorusi.

  2. Czy zdaniem panów rzeczywiście mamy jakiekolwiek szanse? leopard wygląda wspaniale, ale mało ich…

  3. jesli chodzi o zagrozenie Polski – wydaje mi sie, ze nie tyle gra w obecnej sytuacji dotyczyc moze agresji militarnej, co trudniejsze do przezwyciezenia sa zamierzenia w sensie oslabienia prestizu Polski czy przypisania Polakom wrodzonego jakoby atyrusycyzmu i tu niestety Macierewicz z Kaczynskim zrobili bardzo duzo zlego dla Polski (takze Gazeta Polska i wszyscy, co ten antyrusycyzm drzemiacy w Polakach obudzili)
    takze – jak bardzo nisko oceniam prezydenture Lecha Kaczynskiego – nalezy powiedziec, ze w sprawie konfliktu rosyjsko-gruzinskiego (wina Saakaszwiliego bezsprzeczna) zachowal sie odpowiednio i byc moze za jego czesciowa przyczyna – Zachod akurat zachowal sie odpowiednio i wyeprswadowal Rosji ostateczne rozwiazanie kwestii terenow spornych (do czego Rosjanie mieli prawo, bo Saakaszwili im to podal na tacy). Wiec dobrze, ze boisz sie prowokacji, ale powiedzmy sobie wyraznie, jaki charakter taka prowokacja – w przypadku Polski – moze miec. Przypomne tez, ze przed Smolenskiem wiatry akurat wialy bardzo niepomyslne dla Rosji – polska dyplomacja zdobywala kolejne punkty: obchody Wrzesnia 39 w roku 2009 to byl triumf polskiej strony (wystarczy przeczytac komentarze w prasie swiatowej, Putin wyszedl blado i dosc niezrecznie, eksponowano przy okazji wsparcie ZSRR dla polityki Hitlera), takze kolejne spotkanie w Katyniu z udzialem Putina bylo jak najbardziej po mysli polskiej racji stanu. Jesli Rosjanie planowali zamach na samolot prezydenta (wiemy, ze nic nie wskazuje na to) to bardziej, aby storpedowac polska polityke, ktora mogla stac sie dla nich niewygodna, niz ze wzgledu na to, ze bano sie Lecha Kaczynskiego. W kazdym razie na pewno obecna gra samolotem tudziez delikatne podsycanie opcji smolenskiej u nas w kraju wyraznie wskazuje, ze nasze wewnetrzne klotnie i spory prowadzone w sposob taki malo konstruktywny i w celu walki politycznej raczej niz w celu rozwiazania problemu jest zdecydowanie Rosji na reke. Po co by Rosjanie mieli wchodzic do Polski czy wytworzyc jakis konflikt ? Oni zawsze przede wszystkim probowali Polske oslabic, a pozniej rzucali sie na slabego i miotajacego sie ptaka bez potrzeby zakladania wnykow. Poza tym – demokratyzacja Rosji mogla by zdecydowanie zminimalizowac ryzyko zbrojnej agresji (choc z kolei ekspansja gospodarcza moglaby sie okazac dla Polski niedobra)

  4. @Autor zaciekawia stawianiem bardzo prawdopodobnych hipotez i próbuje na niektóre odpowiedzieć. Rozumiem, że skrótowo, bo to jest rodzaj felietonu, tylko nie żartobliwego – ale z troską o Nasze Państwo i Jego bezpieczeństwo.
    Powoli do naszych decydentów, w tym Pana gen. Kozieja dociera fakt, że nawet najgorliwsza służba u boku Wielkiego Brata (USA, jakby kto miał wątpliwości) – nie gwarantuje nam natychmiastowej jego pomocy. Wykazały to czary z TARCZĄ ANTYRAKIETOWĄ i ujawnienie, że dopiero od 2-3 lat zaczęto tworzyć tzw. PLANY EWENTUALNOŚCIOWE dla wschodniej flanki NATO.
    Niecały rok temu ukazała się w POLITYCE wypowiedź ważnego Pana z ich strategicznego think tanku, że NAJPIERW musimy stawić opór SAMI, żeby liczyć na pomoc militarną USA.

    Po prostu pokazać, że zamierzamy na serio się bronić.

    To samodzielne stawianie oporu powinno być długotrwałe na tyle, żeby nasi Zachodni sojusznicy, a szczególnie USA nabrali PEWNOŚCI, że to jest na serio i że my zamierzamy jako Państwo i Naród – bronić do końca swojej niepodległości.

    Oczywiście, po drodze może być wiele komediowych scen, z szukaniem na mapie świata w sztabach Waszyngtonu, where is the Republic of Poland?

    Może jakiś nierozgarnięty albo zaspany sztabowiec, naglony pospiechem wyjmie jakąś starą mapę jeszcze z czasów Układu Warszawskiego – a to może spowolnić proces decyzyjny o parę godzin …
    Skoro Prezydent Obama mówił o Polskich Obozach koncentracyjnych, to coś jest w tym na rzeczy.

    Ale (HIPOTEZA: my w Waszyngtonie) jesteśmy już po stwierdzeniu, że Wschodni sąsiedzi Polski atakują ją na serio, są już koło Łodzi, bo tak daleko przemieściły się nieprzyjazne im grupy uciekinierów, np. przeciwników politycznych sojusznika z Białorusi.
    Na przykład po przegranej kampanii politycznej, wytworzyły się tam grupy uznane przez nich za TERRORYSTÓW, których trzeba ścigać i właśnie w pościgu za tymi kilkudziesięcioma tysiącami uchodźców – znaleźli się aż koło Łodzi.
    Takie m.in. założenie można i należy przewidywać, aby mieć jasny cel do prowadzenia reformy naszego wojska.
    Bo coś trzeba do tego przyjąć, tak jak inżynier projektując most musi zakładać wszelakie obciążenia niszczące konstrukcję. Inaczej się nie da, plus oczywiście współczynniki bezpieczeństwa i teoria prawdopodobieństwa.
    Taki średni konflikt możemy założyć, bo pełnoskalowy zostawmy innym.
    Ostatnie wystąpienia publiczne Głównego Stratega III RP, Pana gen. Kozieja przyniosły akcenty o konieczności obrony własnego terytorium. Mówił to przed paru dniami na konferencji w Krakowie i to w obecności Pana Ambasadora USA w Polsce, a TVP to pokazywała.
    Ambasador zachował się przy tym powściągliwie, ale takie są reguły dyplomacji i pokera: TRZYMAĆ KARTY PRZY ORDERACH!

    Wniosek (moja KOLEJNA HIPOTEZA): obie strony zajarzyły, lub zaczynają już rozumieć REALNIE swoje stanowiska – bez zbędnej kurtuazji, nadmiernie zaciemniającej wzajemne INTENCJE.

    Polacy, że USA przyjdzie z pomocą, ale musi zobaczyć skuteczną i trwająca przez pewien czas obronę, REALIZOWANĄ przez samych Polaków.

    Amerykanie: mamy wiele ognisk zapalnych, niektóre wygaszamy (jak Afganistan) i możecie próbować ZACZYNAĆ UREALNIAĆ wasze plany militarne z naszymi. Tylko pamiętajcie, nie jesteście pępkiem świata i jeśli można Was prosić – to wpasujcie się w rytm i POZIOM naszej polityki z Rosjanami, która już nie jest konfrontacyjna, bo mamy z nimi wiele wspólnych interesów.

    I to chyba @autor tego tekstu miał na myśli.

    Ja to dalej się potoczy?
    Nie wiadomo.
    Wiadomo że zaczęto chodzić po ziemi. Pomysły wydatkowania130 mld zł w ciągu dekady, w tym na obronę przeciwlotniczą – są optymistyczne.
    Tylko że nawet najlepszy sprzęt nic nie da, jeśli żołnierzy (Indian) będzie zbyt mało w stosunku do liczby ich Wodzów.
    Ci Indianie powinni być przez swoich Wodzów ciągle szkoleni, ale to zabiera Wodzom ich cenny czas.
    Oni ciągle myślą o reorganizacji swoich wodzowskich struktur.
    Zapominają też o LOGISTYCE, która zaczyna być doskonała, ale dla armii STACJONARNEJ, okopanej w swoich garnizonach i bazach … Te wszystkie RBL-ogi i WOG-i doskonale kopiują układy logistyczne dużych CYWILNYCH korporacji.
    Wszystko o nich można powiedzieć, ale nie nadają się na wojnę, bo jak zaopatrywać jednostkę z rejonu Żagania przez skład z okolic Dęblina?
    Do tego jeśli ta jednostka przemieszcza się (np. żeby te jej Leopardy dotarły pod Łódź), a przeciwnik panuje w powietrzu, nie mamy obrony przeciwlotniczej, za to mamy kilkadziesiąt parafii wojskowych, w tym w miejscowościach gdzie już nie ma wojska?
    Pan Romuald Szeremietiew usiłuje co prawda tworzyć naprędce oddziały partyzanckie, ale chętna do tego młodzież musi najpierw wrócić ze zmywaków w Londynie!

    Żeby zakończyć te tragikomiczne rozważania: zacznijmy chodzić po ziemi i czytajmy eseje @krakauera o obronności kraju!

  5. wieczorynka

    Artykuł w swojej bibliotece zaszufladkowałam jako dowcipny.

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.