Trotylowa kaczka wyznacza kres wiarygodności mitu smoleńskiego

Abstrakcja naszej codzienności sięga zenitu, pogłoski – zwykła kaczka dziennikarska doprowadziła do wrzenia krajową scenę polityczną. Posunięto się do oskarżeń o zbrodnię i pohukiwania o konieczności rozliczenia winnych.

Sekwencja wypadków zdaniem jednej ze stron układa się w cały ciąg wypadków, z plaga ochotniczych samobójstw w tle. Tymczasem prawda jest o wiele bardziej brutalna – faktycznie ktoś mógł wykorzystać niedawną śmierć, żeby w momencie przed spodziewaną kolejną wielką manifestacją przeciwko systemowi – ośmieszyć cała prawicę. Bo do ośmieszenia w istocie tutaj doszło, gdyż lider prawicowej opozycji pokazał jak można go łatwo sprowokować, biorąc za pewnik informację, której po prostu pożądał, gdyż pasowała do jego wizji rzeczywistości.

To sytuacja bez precedensu. Nie ma znaczenia, czy była to ohydna prowokacja – wiadomo, że Tuska i czy adresowana bardziej pod sondaże i publiczkę, czy też bardziej pod zdyscyplinowanie własnego elektoratu. Liczą się fakty – rozemocjonowany lider opozycji na podstawie artykułu prasowego, którego w żaden sposób nie potwierdził, nie chciał potwierdzić i nawet o tym żeby go potwierdzić nie pomyślał – krzyczy na rząd i co najmniej połowę własnego kraju! To kompromitacja pana Jarosława Kaczyńskiego, jego środowiska i przede wszystkim doradców, którzy budują swoją wiedzę o świecie na podstawie nagłówków gazet, bez sięgnięcia do źródeł, albo przynajmniej sceptycyzmu, tak potrzebnego dla uniknięcia manipulacji.

Jeżeli nawet założymy, że „symbol wszelkiej przewrotności” – Donald Tusk i jego szatańskie zaplecze PR-oskie, wraz ze służbami specjalnymi (nie koniecznie polskimi – no, bo wiadomo), dokonał podstępem prowokacji – wpuszczając do redakcji Rzeczpospolitej trotylową kaczkę dziennikarską, to i tak Jarosław Kaczyński traci, jako mąż stanu, albowiem nie powinien dać się tak łatwo wyprowadzić w pole.

Trudno jest sobie wyobrazić, co by się mogło stać, gdyby taka prowokacja miała miejsce w momencie jakby to pan Kaczyński był premierem lub prezydentem. Jaką mamy gwarancję, że uniesiony emocjami np. nie palnąłby czegoś – mówmy wprost – obraźliwego pod adresem sąsiedniego mocarstwa? Najlepiej w rodzaju słynnej depeszy emskiej! I co potem? Dwie godziny później by przepraszał? Co w przypadku, jeżeli prowokacja medialna nie byłaby tak prymitywna i płytka, ale złożona i międzynarodowa? Przecież dla służb specjalnych „imperium zła” – nie jest żadnym, problemem spowodowanie na świecie całego wysypu artykułów lub odniesień w artykułach do „smoleńskiego zamachu”. To tylko kwestia odpowiedniej ilości spotkań pięknych agentek z dziennikarzami!

Niestety lub stety pan Kaczyński pokazał, że kieruje się emocjami, a to jest jego koniec w naszej polityce. Przy czym nie ma znaczenia, czy to była faktycznie prowokacja, czy też skrzętnie poprzez kłamstwo zamaskowana prawda. Liczą się suche fakty i sam techniczny przebieg wydarzeń. Żądanie zwołania Sejmu, buńczuczne oświadczenia, oburzenie, bicie w dzwony. Tego nie można pozwolić zbagatelizować, można rzeczywiście zadawać pytania o stan psychiczny pana Kaczyńskiego, albowiem widać, że ewidentnie dał się wypuścić. Może rzeczywiście powinien odpocząć? Może już się wypalił? Przecież sprawa jest stresująca i dotyczy go osobiście?

Na jakiej podstawie i kogo ten człowiek śmie grozić, że będzie rozliczał? Bajek o mgle? Niesprawdzonych faktów medialnych? A może własnych zwidów, – bo do tego już doszliśmy, to jest polityk i musi się liczyć z tym, że będzie oceniany. Ocena dzisiejszej deklaracji, w ogóle samego mechanizmu reakcji może być tylko i wyłącznie negatywna. Gdyby to był poważny polityk i miał w poważaniu interes przede wszystkim państwa – to powinien przed swoim wyzłoszczeniem się do kamer – przynajmniej pro forma – spotkać się lub chociaż tylko zadzwonić do premiera Tuska z krótkim banalnym pytaniem – Panie premierze, co pan na to? Jeżeli w ciągu doby nie przedstawi pan realnych dowodów wyjaśniających sytuację – informuję, że rozpętam piekło. Koniec kropka, elegancko, państwowo, z szacunkiem dla kraju i systemu.

Nic z tego, pan Kaczyński zobaczył nagłówek, prawdopodobnie posłuchał doradców, z których wiadomo, który (ze względu na głęboką pogardę za zniszczenie polskich służb specjalnych tego nazwiska na tym portalu nie wymienimy – niech zniknie w niepamięci) nagle wrócił do łask! W pierwszy szereg i łubudubu! Dawaj do kamery – jad, nienawiść, groźby, podejrzenia słowa, które u cywilizowanych ludzi nigdy nie powinny paść, bo jeżeli się kogoś podejrzewa, że zamordował Ci brata – to trzeba działać a nie się nadymać. Jednakże z braku żelaznych dowodów i wycofania się redakcji, która musi teraz przełknąć tą kaczkę sprawa się posypała i z newsa mamy ośmieszenie a tuż za nim przerażenie, bo to niestety przeraża.

Niestety rację ma pan premier Donald Tusk mówiąc o tym, że z takim człowiekiem jak pan Kaczyński trudno jest żyć w jednym kraju, mieliśmy dzisiaj dowód na to, że pan Kaczyński ma nasz kraj – nas tu i teraz żyjących za nic, za zwykłe marionetki mające zbudować pamięć „poległych”, w oparciu o mitologię, którą on – wielki mentor nam przedstawi. Może i dobrze się stało, że dzisiaj to mleko się wylało, albowiem w ten sposób opadła maska, dalsze mówienie o spiskach i pladze samobójstw może tylko i wyłącznie dalej ośmieszyć tych, co tak mówią. Jednakże, ponieważ żyjemy w mediokracji – wszystko jest możliwe. Tak jak kiedyś jakaś kobieta na stadionie narodowym pokazała swoją wątłą klatkę piersiową przykrytą koszulką, „że był zamach”, tak jutro kolejna może pokazać majtki mające w kroku i to po wewnętrznej stronie ten sam napis i mit będzie żył nadal na różnych poziomach absurdu.

Mimo wszystko trotylowa kaczka wyznacza kres wiarygodności mitu smoleńskiego. Przynajmniej dla myślących i zdolnych do wyobrażenia sobie możliwych konsekwencji głupoty, zacietrzewienia i ślepej wiary nieomylnego lidera – niestety we własną propagandę.

Nie chcemy umierać lub nawet marznąć za cudze mity.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.