Tolerancja nie oznacza przymusu akceptacji albowiem to ograniczenie wolności

Przyjęło się, że poprawność polityczno-kulturowa wymaga poruszania się jedynie w skali wyznaczonej przez polityczno-kulturowo poprawny mainstream. Każdy, kto się poza niego wychyli natychmiast otrzymuje łatkę od „oszołoma” po przestępcę. Jeżeli jakaś postawa, czyn lub wypowiedź jest penalizowana to jest to zrozumiałe, albowiem to państwo wyznacza nam ramy tego, co jest politycznie kulturowo poprawne, wszyscy inni, którzy próbują narzucić ogółowi swój światopogląd są w istocie ekstremistami. Ci sprytniejsi, wykorzystują to, że w powszechnym mniemaniu to, co nie jest zakazane jest dozwolone, stąd mamy przesunięcie granic poprawności na szeroko rozumianą sferę wolności.

Wolność to pojęcie klucz dla zrozumienia prawa do swobody wyrażania poglądów i/lub wprowadzania ich do przestrzeni publicznej. Teoretycznie wszyscy jesteśmy wolni, do tego momentu, aż nie naruszamy swoimi działaniami cudzej wolności. Zabezpieczenie przed konfrontacyjnym przenikaniem się pól wolności wszystkich jednostek, grup, mniejszości itp., stwarza państwo swoim mało lub jeszcze mniej udanym systemem prawnym.

Jeżeli chce się wprowadzić do publicznej moralności coś nowego, trzeba sprytnie żonglować swoim prawem do wolności powyżej górnych zakresów tego, co nie jest zakazane, ale nie ma na to powszechnej akceptacji. Właśnie w tym miejscu toczy się spór wszystkich „izmów” o zmianę rzeczywistości. Zwłaszcza poprzez zalegalizowanie obowiązku akceptacji dla zmiany, stanowiącego przymus, ograniczenie wolności do sprzeciwiania się! Zakazanie sprzeciwiania się to nic innego jak brak tolerancji i akceptacji dla odmiennych poglądów. To dowód na problematyczność sankcjonowania moralności. Nie bez powodu starożytni oddzielali prawo od moralności!

Wyznawcom nowych racji niesłychanie łatwo przychodzi obrzucanie oskarżeniami wszystkich tych, których uznają za przeciwników, a są nimi wszyscy ci, którzy ośmielają się mieć inne zdanie. Co to w praktyce oznacza? Najłatwiej to rozpatrzyć na przykładzie oskarżeń o homofobię, mowę nienawiści itp., o które oskarża się osoby wypowiadające się negatywnie o zrachowaniach homoseksualnych i ich społecznych konsekwencjach. Wyrażając się w sposób dezaprobujący zachowania homoseksualne, lub ich propagowanie w sferze publicznej – w najlepszym wypadku narażamy się na zarzut braku tolerancji. To kolejne obok wolności słowo klucz, albowiem wolność i tolerancja idą w parze, – jako filary demokratycznego i otwartego społeczeństwa. Jednakże to, co nazywane jest tolerancją, nie musi oznaczać akceptacji – pod warunkiem, że obie strony umieją odróżnić te pojęcia. Akceptacja to zdecydowanie coś więcej niż sama tolerancja. Wyznawcy „-izmów” mówiąc o domaganiu się tolerancji, w istocie chcą być zaakceptowani ze swoją odmiennością – uczynić z niej normę.

Problem z wolnością, tolerancją i akceptacją wynika z tego, że tak samo jak prawo do wolności i samookreślenia się jednostki jest związane z obowiązkiem tolerowania prawa do takiej manifestacji przez ogół, jednakże sama akceptacja – to nic innego jak wejście w pole wolności innych ludzi. Innymi słowy – prawo jednostki X do określenia się jako osoby homoseksualnej, oznacza że osobnicy A,B,C, n+1 – szanując jej wolność – tolerują jej zachowania. Natomiast z prawa osoby X do samookreślenia się, jako osoba homoseksualna, wcale nie oznacza, że inni (ogół, – czyli każdy z osobna) muszą to zaakceptować, jako normę – zwłaszcza w wymiarze społecznym. Taki obowiązek, oznaczałby ograniczenie wolności osobników A,B,C, n+1; albowiem mają prawo do osobistej oceny zachowania X-a, przy pełnym obowiązku do tolerowania jego wyboru.

Co to w praktyce oznacza? Każdy ma prawo do swobodnego wyrażania się, wszyscy musimy się nawzajem tolerować – to znaczy zarówno osoby „wyrażające się” jak i osoby je otaczające. Domaganie się akceptacji dla odmienności, jako reguły jest wyrazem braku tolerancji a nawet akceptacji dla cudzych poglądów ze strony łamiącej reguły demokracji – agresywnej mniejszości.

Samo zarzucanie komuś, że nie jest tolerancyjny, lub nie akceptuje norm mniejszości– powinno podlegać penalizacji, albowiem sam zarzut braku tolerancji należy udowodnić, natomiast do akceptacji nie można nikogo zmusić. Osoba oskarżana o brak tolerancji powinna mieć prawo pozwać skarżącego – zawsze w momencie, gdy domagający się ochrony swoich praw przedstawiciel mniejszości pominie granice pomiędzy obowiązkiem tolerancji a dowolnością akceptacji. Interpretacja musi uwzględniać prawo do wolności obu jednostek. Tolerancja nie oznacza przymusu akceptacji, której nie można nakazać albowiem to ograniczenie wolności

One thought on “Tolerancja nie oznacza przymusu akceptacji albowiem to ograniczenie wolności

  • 16 maja 2012 o 18:28
    Permalink

    Co za bzdury. Jeśli widzę, że ktoś okrada sklep i nie reaguje na to, to traktowane jest to jak współudział. Chociaż sam z siebie mogę nigdy niczego nie ukraść. Jeśli przyzwalam na nietolerancję, to po części sam staję się nietolerancyjny – jest to pewna forma współudziału.

    Poza tym chciałbym zobaczyć jak autor rozmawia ze stereotypowym niemieckim nazistą, który uważa, ze Polaków powinno się pozabijać tylko dlatego, że są Polakami. Sam nie ma żadnych agresywnych zapędów, on tylko ma takie zdanie na ten temat. Powodzenia w tolerowaniu.

    PROSIMY O UZASADNIENIE MERYTORYCZNE OPINII – Z TREŚCI KOMENTARZA WYNIKA, ŻE AUTOR NIE ZROZUMIAŁ TEKSTU. CHĘTNIE PRZYJMIEMY ARTYKUŁ POLEMICZNY.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.