O szkodliwości dnia wolnego

Wolne szkodzi

Święta, święta i po świętach. A Nowy Rok za pasem. Wiec znów jakby święta. Jakby tego mało, w tym roku kalendarz wielce łaskawy jest świętowaniu. Ledwo się kończą jakieś święta, ledwo kończy się jakieś wolne, a już zaraz albo nowe święto, albo tygodnia koniec. Tak więc dni wolne poganiane dniami wolnymi. Z krótkimi przerwami na pracę. Nic, tylko świętować. Nic, tylko ucztować. Nic, tylko wypoczywać. Albo… Ale o tym potem.

Są bowiem ludzie, którym wolne najwyraźniej szkodzi. Są bowiem ludzie, którym najwyraźniej wolne nie służy. Są bowiem ludzie, dla których dni wolne to zguba. Im więcej wolnego, tym gorzej im się dzieje. Im więcej wolnego, tym gorsze zdarzają się w ich życiu rzeczy.

Znów będzie o sąsiadach opowieść. W sumie to zawsze wszystko sprowadza się do jakichś relacji sąsiedzkich. W końcu każdy z nas ma swego sąsiada i jest sąsiadem komuś z pobliża. Jak więc wspomniałem, opowieść ta będzie o sąsiadach. Czyichś, gdzieś. Pozwolę sobie nie określać wszystkich szczegółów do końca. Jak zwykle zresztą. Wystarczy dla naszej opowieści z życia wziętej, że był ktoś i miał sąsiada. I ten sąsiad… Ale to inni sąsiedzi, niźli ci, o których tak często w moich esejach pisuję. Tamte sąsiady stanowią specjalną odmianę sąsiadów. Sąsiadów skanalizowanych. Sąsiadów zsobaczonych. A teraz będzie o zwyczajniejszych sąsiadach. Sąsiadach z marginesu. Sąsiadów zżulonych.

Ach te drzwi

Otóż wiec taka rzecz zaszła w związku z owymi sąsiadami. Był sobie korytarz. Na tym korytarzu były dwoje drzwi. Takich naprzeciw siebie. Takich po sąsiedzku vis a vi. Słowem, przy odrobinie szczęścia można było na ten korytarz wyjść napotkawszy przy tym sąsiada okiem w oko. Opowiem, jakbym to widział, bo tak się najprościej najwygodniej opowiada.

A było tak. Sąsiad zazwyczaj spokojny niekiedy dawał się ponosić na fali alkoholu. A gdy go ponosiło, to działo się, oj działo. I o tym dzianiu się będzie ta opowieść. Bo działo się zazwyczaj najwięcej i najczęściej wówczas, gdy czas przychodził wolny dla sąsiada. Nie tylko dla sąsiada, nie tylko dla tego sąsiada, ale ze wszystkich sąsiadów tylko jego nosiło i jego czyny stają się osnową toczącej się opowieści.

Był wieczór. Raczej późny. Sąsiad wracał do domu szerokością całą korytarza. Tak mniej więcej. Dość powiedzieć, że stan jego był uspirytusowiony, a grawitacja zachwianą. I doszedł był sąsiad ów do drzwi swoich naprzeciwległych. Ale wejść nie było mu dane. Czy to klucz zgubił. Czy wpuścić go do domu nie chciała kobieta jego. Nieważna przyczyna. Dość, ze nie mogąc wejść poprzez zwyczajowe drzwi otwarcie, zabrał się do drzwi wyważania. A łatwo nie było. Oj nie było lekko. Szumu, hałasu i krzyku poczynił sąsiad wiele. Nie pomagało w drzwi walenie i drzwi kopanie. Drzwi znosiły te jego wyczyny dość stoicko, choć w drżeniu. Ale drżenie nie z obawy przed otwierającym wynikało. Drżenia przyczyną była futryna poodbijana mocno. A poodbijana była nadmierną siłą drzwi zamykaniem. Bo sąsiad miał to, ba ma nadal w zwyczaju, ze jak go nosi, a nosi najczęściej, gdy dni ma wolnych zbyt wiele i alkohol przepala umysłu jego tkanki, drzwiami trzaskać z siły swej całej. Łatwo zatem wyobrazić sobie można ścianę wokół tych drzwi jako poodbijaną i połataną co chwila.

Tym razem jednak nic to nie pomagało. Ani na kopanie ani na pukanie pięścią nikt z wewnątrz nie reagował. I drzwi pozostawały zamknięte. Zatem sąsiad poszedł po radę do swej otumanionej głowy i aż dziw, ze nie był wziął i zabłądził po drodze. Widać jednak szczęście mu było dane i powziął pomysł, a pomysłu podjął się usilnie realizować od ręki.

Znalazłszy sobie pomocnika intelektem równego sobie i znalazłszy jakieś łomy do drzwi wyważania przystąpili we dwóch. Nasapali się, namęczyli, nawysilali, ale w końcu drzwi zostały wyważone. A że przy tym i futryna ucierpiała mocno, nic to im widać nie przeszkadzało. Dość, ze włamawszy się do domu, mogli oddać się ulubionej rozrywce dnia wolnego – smakowaniu napojów piwnych.

Dni kilka minęło, nim po nocach głownie sąsiad z równym sobie intelektem i jednakim w zwyczaju pomocnikiem, we dwóch futrynę drzwi jako tako naprawili skleciwszy prowizorkę z desek przygodnych. I tak to pozostaje po dzień dzisiejszy.

Wrzód sąsiedzki

Jak opowieść pokazuje, są ludzie, nielotni umysłem i przyziemni zwyczajami, którym dni wolne od pracy nie idą ani na zdrowie, ani nie służą ich otoczeniu. Alkohol bowiem złym jest doradcą i prędzej czy później nikomu nie podsuwa dobrych pomysłów, a wręcz rozbestwia człowieka.

Wspomniałem na początku, że opowieść będzie o sąsiadach, lecz nie o tych co zazwyczaj, co ostatnio, lecz o innych, z innej okolicy. Jest okazja, by jednak rzec choć słówko o głupotach czynionych przez dobrze znanych sąsiadów z innych niechlubnych opowieści.

Opowiadałem już o antenie telewizyjnej? Opowiadałem. Na pewno opowiadałem. O tym, jak komuś ta antena przeszkadzała tak wielce, ze cichcem ją bezczelnie odciął. Ten typ już tak ma. Że jak się tylko uda, zaraz musi coś komuś na złość. Inaczej chory. Inaczej nie usiedzi. Inaczej nie śpi nocami. No i nie pospał. No i nie popisał się. Na tyłku zawszonym nie usiedział. Nosiło go, aż poniosło. Wiadomo, były święta. A święta to wiele czasu wolnego. Dla niektórych zbyt wiele wolnego. A co za dużo to niezdrowo. Bardzo niezdrowo czas wolny wpływa na niektóre chore i słabe psychiki. Więc nie wytrzymał. Dorwał się do naprawionej anteny i znów odciął ją. I kochaj tu sąsiada swego. Bądź dobry dla niego. Nie złorzecz mu. Nie krzywdź.

Ale jak z taką gangreną żyć? Jak żyć z zakałą rodu ludzkiego po sąsiedzku? Lekko nie jest. Łatwo nie jest. Ale trzeba trzymać fason. Albo iść śladem sąsiada i się zeszmacić.

Poznań, 2013.12.30
Autor: Adam Gabriel Grzelązka

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.