Ogólna, Technologia

Sześć centymetrów do życia

 Trzeźwieję. Chyba żyję. Smród, smród palonego ciała… A potem potworny ból…

Brak powietrza w płucach, duszę się…

Chyba znowu powracam do świadomości. Ból, upał palącego słońca…

A miało być tak fajnie. Pierwszy dzień wakacji po praktyce w Zakładzie. Puścili nas wcześniej, bo nastąpiły „nieprzewidziane przerwy w pracy”. Za kilka dni wyjazd w góry, plecak spakowany, piękna, bezwietrzna, słoneczna letnia pogoda. Za miesiąc czekał mnie egzamin w klubie taternickim.

Korzystając z tego, że mój przyjaciel podrzucił mi do domu nasz wspólnie kupowany a w zasadzie zdobywany sprzęt alpinistyczny, postanowiłem wziąć linę i potrenować zjazdy. Jak dwa miesiące wcześniej pomagałem ojcu poprawić instalację antenową na dachu naszego bloku, stwierdziłem, że jego południowa ściana idealnie nadawały by się do treningu zjazdów na linie…

Pierwszy zjazd wyszedł idealnie, mógłbym za statystę występować w filmie…

Znów bolesne przebudzenie. Gardło pali, ledwo oddycham. Nie czuję rąk. Możliwe są tylko płaskie oddechy, uprzęż boleśnie zaciska piersi…

Cholera, klnę bezgłośnie spierzchniętymi ustami. Nie wiem jak długo wiszę na tej ścianie. Zaczynam sobie przypominać, jaki głupi błąd zrobiłem, że wypadłem z klucza zjazdowego. Zupełnie nieprawdopodobna sytuacja. W myśli błogosławię się za zastosowanie dodatkowego zabezpieczenia w postaci pętelki, która normalnie zsuwa się po linie i zamocowana jest do kawałka liny pod pachami. Bez tego leżałbym na ziemi martwy. A teraz wiszę na tym kawałeczku sznurka. Znów kilka wymuszonych oddechów, zaczyna mi wracać czucie w jednej ręce. Ból nie mija. Lina przecięła ubranie i wypaliła mi skórę. Zaczynam się rozglądać. Leciałem prawie z samej góry – ponad 4 piętra. Wiszę może 5 może 7 centymetrów nad ziemią. dusząc się, bo „dupa wołowa” – czyli ja – nie wzięła „dupowsporka” – czyli takiego zabezpieczenia na tyłek, wisiałem tylko na pętelce pod pachy, która zaciska sie z każdym oddechem. Normalny kabaret… Tylko nie mogę się śmiać… Tyle, że naprawdę ból jest jak… Ja mam parę centymetrów do życia i chyba zaczynam umierać… Ściana bloku południowa, południe – upał ze 40 stopni. Pot leje się ciurkiem – czuję, że dopływa do butów…

Znowu tracę przytomność…

Przebudzenie. Idzie jakaś babcia. Powoli cedzę, szepczę przez zaciśnięte usta, bo nie mogę mówić – by kopnęła do mnie cegłę, która tam leży – to by wystarczyło żeby się uwolnić. Ale ta mnie tylko zwyzywała – bo niszczę blok. I co ja sobie w ogóle myślę!

Potem znów chyba godzinę sam, może znów zemdlałem, przyśniło mi się, że na pogrzebie wszyscy sie śmieją i spazmatycznie zanoszą się ze śmiechu – „no zginął na linie kilka cm od ziemi”…

Hehehehe

Obudziłem się znów – za rogiem bloku- budynek osiedlowego ambulatorium i gabinety lekarskie. Słyszę głośną muzykę, potem radiowy dziennik ze sprawozdaniem z jakichś strajków – potem słyszę jak panie pielęgniarki robią kawę, herbatę, rozmawiają o „dupie Marynie” z jakąś lekarką. Słyszę gwizd „bor-maszyny” dentystycznej…

A ja dalej umieram… Nigdy nie uwierzę, że umiera się łatwo i przyjemnie…

Potem znów ktoś szedł – jakieś dzieci – ale znów bez efektów – pytały, co tu robię – nie chciały zawołać rodziców, uciekły…

Umieram dalej…

Nie wiem, za którym przebudzeniem wymyśliłem jak mogę się uratować. Przypomniałem sobie, że w kieszeni mam pętelkę – krótką linkę zawiązaną na końcach ze sobą. Ostatkiem sił – bo ruszanie się zaciskało mi pętlę na piersiach i tamowało coraz bardziej oddech – udało się wydłubać z kieszeni. Nie wiem ile razy próbowałem to zrobić ręką bez czucia. W końcu ją mam, kawałek liny, który może mnie uratować. Teraz kolejne trudne zadanie. Zawiązanie jedną ręką pętelki na linie, na której bezwładnie wiszę. Przydało się w końcu bardzo dawne i wydawać by się mogło, że zupełnie zapomniane szkolenie ratownicze i umiejętność wiązania węzłów jedną ręką. Zawiązałem pętelkę na linie w sposób samozaciskowy. Znów łapię powietrze, ostatkiem sił daję jakoś radę podnieść, zgiąć nogę i przełożyć przez pętlę. Staję w końcu na tym „stopniu”. Znów parę oddechów, podnoszę się na nodze, zwalniam zacisk linki, na której wiszę i padam uwolniony na ziemię…

Nie wiem jak długo dochodziłem do siebie. Ale w końcu się zwlokłem i poczłapałem do ośrodka zdrowia. Tam Panie prawie, że zemdlały na mój widok – pytały, od czego te rany. Pytają czy wezwać milicję i kto próbował mnie zamordować…

Jak zacząłem opowiadać to chyba uważały mnie za niezłego wariata. Najgorsze było to, że tarcie liny o skórę poprzez dwie koszule bawełniane z pewną ilością włókien sztucznych spowodowało, że to świństwo wtopiło mi się w ranę ze spalonej i przeciętej skóry. A za dwa dni mam jechać w góry z plecakiem! Koszmar!

Ale jakoś nie tylko to przeżyłem i jednak jakoś dałem radę…

Nie ma beznadziejnych sytuacji…

6 komentarzy

  1. Opiszę swoje odczucia ze skałek w Jurze krakowsko- częstochowskiej. Mój mąż taternik a ja całkowicie “zielona” jak chodzi o wspinaczkę, wjechał mi na ambicję i stwierdził, że powinnam zjechać na linie ze skałki około 30 metrów z przewieszką oczywiście z asekuracją. Pozwoliłam się omotać liną, jednak zupełnie nie miałam zamiaru zjechać na dół. I tu mój pech, przed skałką zatrzymało się na dole kilka osób i stwierdzili, popatrzymy dziewczyna będzie zjeżdżała. Zatem nie miałam wyboru, zjechałam na dół, jedyną instrukcję jaką otrzymałam to pilnować węzła na wysokości piersi i odpychać się od skałki nogami. Zjazd mi się udał i nawet specjalnie się nie poobijałam. Dodam jeszcze mąż przeciągnął mnie przez kilka kominów w skałkach, gdy próbowałam piszczeć, zganił mnie, że ludzie się zatrzymują i patrzą na to wszystko z politowaniem a ja przynoszę wstyd rodzinie. Mam zatem też swoje wspomnienia z Jury Krakowsko Częstochowskiej. Dodam tylko, że opisuję czasy gdy sprzęt wspinaczkowy znacznie różnił się od współczesnego.

  2. “Jednym słowem, szanujmy wspomnienia.”

    Gdyż:

    …”Wspomnienia, są zawsze bez wad”.

    Pozdrawiam.

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.