Polityka

Szczyt Partnerstwa Wschodniego w Warszawie a Białoruś

W czwartek 29 września 2011r., rozpoczął się Szczyt Partnerstwa Wschodniego w Warszawie, jest to w istocie dwudniowe spotkanie szefów państw i rządów obradujących w przedmiocie unijnej polityki wschodniej.

Wedle zapowiedzi na stronie internetowej Kancelarii Prezesa Rady Ministrów szczyt, ma stworzyć silny polityczny sygnał w sprawie dalszego pogłębiania integracji europejskiej wschodnich sąsiadów UE. Niestety zamysł ten się nie udał, Polska poniosła prestiżową porażkę, na szczycie wygrała Rosja, a raczej lęk przed jej reakcją na deklaracje dotyczące jej strefy wpływów.

Jest to jedno z najważniejszych o ile nie najbardziej znaczące z wydarzeń politycznych polskiej prezydencji w Radzie Unii Europejskiej. Zgodnie z zamysłem polskiego rządu, wydarzenie to miało być ukoronowaniem prowadzonej przez lata polityki wschodniej, do której udało się zaangażować instytucje europejskie.

Sama ocena inicjatywy partnerstwa wschodniego musi być pozytywna, z tym, jednakże zastrzeżeniem, że jest to jedynie polityka gestów i uśmiechów. Konkrety w tej polityce ogranicza rura bałtycka, którą najpotężniejsze państwo Unii Europejskiej przeciągnęło wspólnie z Federacją Rosyjską, nie bacząc na interesy sąsiadów i politykę energetyczną całej Unii. Z tego względu, aczkolwiek wszystko, co się dzieje w ramach partnerstwa wschodniego stanowi jakiś tam sukces, jest celowe i potrzebne, to musimy pamiętać, że dzieje się w pominięciu spraw zasadniczych, determinowanych wykluczeniem Polski z układu strategicznego zabezpieczonego tranzytem surowców energetycznych przez jej terytorium.

Europa obecnie zajęta jest kryzysem, gwiazda polskiej prezydencji zgasła niczym tlący się kiep wrzucony do kałuży, niestety nie jesteśmy dla państw unijnych bardziej wiarygodnym partnerem niż nas oceniają. Nie mamy nic konkretnego do zaoferowania poza chęcią do przyjmowania nieograniczonej pomocy strukturalnej i wszelakiej z budżetu Unii. Taki kraj nie jest partnerem, jest petentem. W tym kontekście nie można się dziwić, brakowi zainteresowania spraw europejskich dla inicjatywy wschodniej, na którą po prostu w wymiarze ekonomicznym nie będzie pieniędzy, a w wymiarze politycznym jej realizacja jest okrojona zasadniczo do dwóch krajów tj. Ukrainy i Białorusi.

O ile sytuację z Ukrainą, której rychłe podpisanie umowy stowarzyszeniowej z Unią jest niepewne, mamy w tym zakresie, że nic nie wiemy – jasną. Aresztowanie Julii Tymoszenko spowodowało próżnię, przez którą trudno się przedostać z dalszym forsowaniem porozumienia. Parlament Europejski nie da zielonego światła dla umowy stowarzyszeniowej bez wyjaśnienia kwestii Tymoszenko. Mamy klasyczny pat i wyczekiwanie.

Natomiast zepsucie relacji z Białorusią można odczytywać jedynie, jako wyraz skrajnego cynizmu władz Polski, które niedostrzeganą szansy na współpracę z tym krajem. Mówienie o relacjach ze wschodem, przy wykluczeniu Białorusi jest fikcją i biciem piany. Co więcej, jest to sprzeczne z polską racją stanu, albowiem za wszelką cenę powinno nam zależeć na utrwaleniu Białoruskiego bytu państwowego, jako kraju niepodległego i samodzielnego, oddzielonego formalnie i prawnie od Federacji Rosyjskiej. Przy czym, zupełnie nie ma znaczenia, czy rządzi nim krwawy tyran, czy demokratyczne bezhołowie. To naprawdę z perspektywy Warszawy ma znaczenie drugorzędne. Konsekwencje przybliżenia rdzenia Imperium Rosyjskiego do naszych granic, będzie stanowić zagrożenie samo przez siebie. Tylko niepodległość Białorusi gwarantuje zachowanie stabilizacji i status quo. W tym kontekście należy oceniać niezaproszenie Aleksandra Łukaszenki. Gdybyśmy mieli więcej zimnej krwi, zaproszenie tego polityka byłoby najważniejszym aktem tego szczytu. Można by go zrealizować np. w Łańcucie, żeby ograniczyć możliwe i spodziewane demonstracje, naprawdę warto rozmawiać, zwłaszcza z nielubianym sąsiadem. Stworzenie szansy formalnej Łukaszence, zdecydowanie by się nam opłaciło, albowiem do talii kart, poza bezwzględnym żądaniem demokratyzacji i odstąpienia od represji względem opozycji, zyskalibyśmy „marchewkę” w postaci ważnego i liczącego się symbolu. A lepszej wymowy niż fakt, że jedynym miejscem na zachodzie Europy, gdzie chcą rozmawiać z Łukaszenką – jest Warszawa już prawdopodobnie nie będziemy mieli okazji stworzyć.

Nie jesteśmy krajem, który powinien rozmawiać z sąsiadami z pozycji siły. Najgorzej, jeżeli brak oferty ze strony zachodniej przedstawi strona wschodnia. Jedynym państwem na zachodzie, które na tym skorzysta będą Niemcy, albowiem zależy im na wzmocnieniu Rosji, a zarazem trzymaniu Polski w kwestiach wschodnich na bardzo krótkim pasku. Niestety scenariusz ten się właśnie realizuje.

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.