Szanse odrodzenia lewicy w Polsce

Półtora roku temu mieliśmy szansę na rozpoczęcie procesu odradzania się lewicy w Polsce. Szansa ta została zmarnowana. Nadal mamy lewicę podzieloną, lekceważoną i – według powszechnej opinii – nieautentyczną. W przekonaniu większości jest ona pseudo lewicą.

Gdy bowiem uważnie przyjrzeć się naszej lewicy, widzimy, że tworzą ją odseparowane grupki, z których każda, skupiona wokół mniej lub bardziej wyrazistego „wodza” stanowi typowe, przekonane o swojej wyjątkowości „towarzystwo wzajemnej adoracji”, wewnątrz uporczywie zachowujące pozory jedności poglądów, a na zewnątrz, w stosunku do podobnych sobie podkreślające daleko posunięty brak zainteresowania poza jednym: gotowością do „nauczania”, do nawracania na „prawdziwą lewicowość”, którą we własnym przekonaniu ma ów krąg towarzyski posiadaniu tak wyłącznym, że usprawiedliwia ono wspomniane izolowanie się. Różne te grupki określają się jako partie, redakcje, kluby, stowarzyszenia i t. d., których wspólną cechą jest drętwota intelektualna. Uczestnicy niektórych (np. „Forum klubowe”, „Kuźnica” i „Przegląd socjalistyczny”) posiadają ogromną, imponującą, potwierdzoną naukowymi tytułami wiedzę, a jednocześnie przejawiają – przynajmniej w swojej działalności związanej z polityką – zupełny brak zdolności do samodzielnego, oderwanego od obowiązujących schematów, myślenia. I oni, i ci mniej uhonorowani wiodą więc żywot odizolowanych od realnego świata, zadowolonych ze swojego, wyhodowanego w tych swoich grupkach, statusu „lewicowego” intelektualisty, działacza, czy polityka. Daremnym jest doszukiwać się tam śladu ścierania się opinii i poglądów, zainteresowania tym, co mówią i piszą inni, pragnienia poznania co czują i myślą czytelnicy, słuchacze, aktywiści i członkowie, czy całkiem przygodni obserwatorzy.

Przy każdej takiej grupce wegetuje również pewna ilość osób nie należących do grona „liczącej się” elity. Są to nieliczni czytelnicy czasopisma lub portalu, albo – gdy mowa o partiach – szeregowi członkowie, o których z góry założono, że nic mądrego nie wymyślą, i z tego względu, jeśli nawet w okoliczności narzucającej zachowanie jakiś fasadowych form demokratyzmu zostają dopuszczeni do głosu, to w formie zapytania, na które ew. może ktoś z „towarzystwa” udzielić, krótkiej, definitywnie rozstrzygającej, autorytatywnej odpowiedzi i sprawę natychmiast pogrzebać w niepamięci. Ubóstwo intelektualne tej części lewicowej grupki, wegetującej jako zaplecze a raczej klaka wodza i jego świty, przejawia się biernym odprawianiem rytuału jakiś zebrań, gromadzenia zadrukowanego papieru, lub wysłuchiwania udzielanych pouczeń i bezrefleksyjnym solidaryzowaniem się z elitą.

I otóż, w jednej z tych grupek, w SLD, po wyborach 2011 roku pojawiły się głosy o potrzebie dokonania jakiś zmian. Powód tego jest absurdalny: ponoć zdarzyła się klęska wprowadzająca cezurę oddzielającą nastały w tym momencie zły czas, od jednocześnie przerwanego okresu pomyślności. Paradoks tego wyobrażenia polega na tym, że za moment katastrofy przyjmuje się nie ogromny spadek poparcia, który nastąpił w latach 2001 do 2004, lecz obecne wahnięcie nastałej wówczas dekoniunktury wyrażającej się oscylacjami w pobliżu minimum sejmowego. Pokrętna logika tego twierdzenia polega na tym, że wmawiając sobie i innym ten absurd, członkowie naszego aparatu partyjnego liczą na to, że przez widowiskową roszadę personalną i jakieś drugorzędne poprawki unikną przeprowadzenia zasadniczej zmiany, że nadal wszystkie ważne decyzje wbrew Statutowi będą zapadały poza kontrolą nie tylko całej partii, lecz nawet kongresów, konwencji i Rady Krajowej, bez konieczności informowania członków i wysłuchiwania ich uwag. Jakoż jak dotąd przewidywanie to sprawdza się.

Tak więc na stronie internetowej SLD i w wypowiedziach dla prasy wmawiano nam, że obecna „katastrofa” została spowodowana przez niegodziwość PO oraz Palikota (Grzegorz Gondek: „prawicowa PO ubrała się w szaty liberalnej lewicy, a wyodrębniony z jej pnia „Ruch Palikota” przyjął za cel przekonanie do siebie tej części lewicy, która akcentowała zmiany głównie w sferze obyczajowej. Przy ogromnym wsparciu niektórych mediów, które za cel przyjęły zdyskredytowanie SLD i wsparcie obozu rządowego prowadzona była brudna kampania”) [wyjaśnienie 1] tudzież błędne ustawienie list kandydatów: „Po pierwsze popełniono błędy przy kształtowaniu listy”), czy niefortunne zagrywki taktyczne obecnego kierownictwa, co wystarczy zmienić i całe zło zostanie naprawione (Gondek: „Wierzę, że zwycięstwo jest w zasięgu ręki!”) [wyjaśnienie 2]. Wypowiedzi tego rodzaju mamy więcej, przy czym rekord absurdu przyznaję Joannie Senyszyn za stwierdzenie: „Gdyby SLD potrafił się mentalnie wyzwolić z fałszywego, narzuconego 20 lat temu przez Michnika przeświadczenia, że lewicy wolno mniej, a 10 lat temu jeszcze szkodliwszego Millerowego, że UE warta mszy, Janusz Palikot nie miałby z czym startować w wyborach.” [wyjaśnienie 2]. Jedyna znana mi wypowiedź sld-owca nieco wykraczająca poza ten schemat, to ogólnikowe stwierdzenie Kalisza, że „SLD nie może być partią wodzowską”, a rzeczowe uwagi widzimy dopiero, gdy sięgniemy do opinii dysydentów, np. Cimoszewicza, który stwierdził, że „styl kierowania partią narzucił i wymusił Napieralski. To on doprowadził do tego, że ludzie nie mieli nic do powiedzenia, wszelkie uwagi były zbywane lub wręcz traktowane wrogo.” (Gazeta Wyborcza 11.10.2011). Swoją wersję przyczyn niepowodzenia przedstawił też Napieralski wspominając oprócz Palikota także Kwaśniewskiego, Arłukowicza i innych, których jednak imiennie nie wymienił. Na koniec mamy również Rafała Chwedoruka „Przyczyny i uwarunkowania porażki wyborczej SLD w 2011 roku”, który cierpliwy internauta może po pokonaniu licznych utrudnień obejrzeć, a nawet spróbować przeczytać na witrynie „Centrum im. I. Daszyńskiego”. Ta analiza charakteryzuje się głównie tym, że uwzględnia wyłącznie wydarzenia z okresu, gdy przewodził partii Napieralski, autor nie podaje wyjaśnień, na jakiej podstawie orzeka, że wymienione przez niego zdarzenia miały wpływ na spadek poparcia i pominięty jest istotny fakt, że – podobnie jak to w SLD było poprzednio i jest nadal – istotne decyzje podejmowane były bez zachowania procedur wymaganych przez Statut i wynikających z zasad socjaldemokratyzmu. Sam aktualny szef tematu przyczyn nigdy nie porusza, a jego vice – Gawkowski 28 I 2013 r. w Klubie Współczesnej Myśli Politycznej w Gdańsku po prostu oświadczył, że zajmowanie się przeszłością jest niepotrzebne.

Bezpodstawność przypisywania wyjątkowości rezultatom wyborów z października 2011 r. rzuca się w oczy, gdy porównamy poprzedzającą je kampanię z poprzednimi, poczynając od roku 2001. W każdym wypadku elementy wskazywane obecnie jako przyczyny klęski występowały, a różnice w ich natężeniu i formie mogą tłumaczyć wahnięcie poparcia najwyżej o kilka procent. Natomiast nie da się zakwestionować zbieżności czasowej widocznej w wynikach i sondażach spadku uprzednio sięgającego 50% poparcia z ujawnianiem się arogancji, niekomunikatywności i wodzostwa Millera, co kontynuowali jego następcy (przypisane przez Cimoszewicza w wyżej przytoczonym zdaniu pierwszeństwo w tym postępowaniu Napieralskiemu jest niesłuszne) powodując utrwalenie niekorzystnej sytuacji SLD. To Miller nawet nie próbował podjąć dialog ze społeczeństwem czy choćby z własną partią, by przedyskutować najpierw niefortunną zapowiedź Belki zniesienia ulgi dla studentów, a następnie własnego blamażu w tzw. sprawie Rywina, wplątania Polski w awanturę iracką i innych spornych kwestii, okazując tym lekceważenie opinii publicznej i gwałcąc wymagania Statutu. To on tłumił wszelkie próby omawiania istotnych spraw, sprowadził Radę Krajową do roli instrumentu podległego woli przewodniczącego partii, a wobec nielicznych zarzutów nadużycia, które zdołały się przebić z szeregów SLD do szerszej wiadomości (np. artykuł Włodzimierza Filipowicza w „Dziś” 2003’12) zachował pogardliwe milczenie. Te właśnie nadużycia – moim zdaniem – były przyczyną spadku poparcia, które od tego momentu niezmiennie oscyluje wokół 10 %, a Napieralski był tylko kontynuatorem, który odpowiada nie za spowodowanie katastrofy, lecz jedynie za brak poprawy.

Niemniej, jakiekolwiek są tego przyczyny, faktem jest, że hasło dokonania zmian zostało rzucone i szansa, by wykorzystując tą okoliczność dokonać przekształcenia SLD, z tworu rządzonego samowładnie przez wodza i jego koterię, w organizację demokratyczną, powstała. Niestety koterie skupione wokół Zarządu Krajowego, a częściowo także zarządów wojewódzkich czyni wszystko, by nie dopuścić do rozwinięcia demokratycznych form życia partyjnego. Ostatecznie więc, gdy okazja została zmarnowana pozostaje jedyny sposób uzdrawiania SLD przez żmudne formowanie proreformatorskiego frontu ogółu członków. Należy wszelkimi sposobami uświadamiać ciążącą na nich odpowiedzialności za to, by gwarantowane w Statucie prawa członków do informacji, dyskusji i opiniowania władz partyjnych były respektowane, a Rada Krajowa i kongresy by realnie kontrolowały poczynania organów wykonawczych. Ponad poczucie dyscypliny partyjnej i potrzebę solidarnego popierania działań legalnej władzy musimy dbać o to, by zawarte w Statucie zasady socjalistycznego demokratyzmu nie były przez nikogo lekceważone. I nie są do tego potrzebne nadzwyczajne formy postępowania. Musimy po prostu, gdy pojawi się przypuszczenie, że partyjne władze – szczególnie szczebla krajowego – nie dopełniają obowiązków, dopominać się uporczywie i wszelkimi legalnymi sposobami o jawne rozpatrzenie sprawy.

Tak więc, aby zapoczątkować wspomniany na wstępie artykułu proces odradzania się lewicy w Polsce, należy w SLD zamiast głosić frazesy w rodzaju małpującego znaną wypowiedź papieża „zmienić oblicze partii! Tej partii!” (Senyszyn), zamiast ograniczać się do ogólnikowego wypominania wodzostwa (Kalisz), konkretnie zażądać, by partia, a szczególnie jej wybrani do Rady krajowej lub kongresu, przedstawiciele wymogli na zarządzie ścisłego, nie tylko formalnego lecz także rzeczywistego, przestrzegania Statutu. Podstawowym obowiązkiem każdego członka jest wyrazić stanowczy protest wobec nadużycia władzy przez działaczy partyjnych najwyższego szczebla. Gdy ten warunek będzie spełniony, może bardzo ważną funkcję przewodniczącego pełnić zarówno Napieralski, Miller lub kto inny posiadający odpowiednie kwalifikacje, gdyż wiadomo, że woli większości sprzeciwić się nie zdoła i będzie postępował właściwie. Natomiast zmiana polegająca na tym, że jednego aparatczyka zastąpimy innym, który pozbawiony demokratycznego nadzoru w krótkim czasie ulegnie naturalnej skłonności każdego człowieka do samowładztwa, niczego nie polepszy.

Tylko tym sposobem zdolni jesteśmy osiągnąć stan opisany w niżej podanym fragmencie skopiowanym z blogu (http://frankofil-francja-przede-wszystkim.blogspot.com/):

Francuscy socjaliści od miesięcy imponują aktywnością, zdrowym fermentem ideowym w partii, nie kryjąc istniejących różnic wewnętrznych, nie sekując, nie deprecjonując znaczenia frakcji politycznych, oraz ich wyrazistych przywódców, którzy nie są skazywani na ostracyzm polityczny. W Partii Socjalistycznej wolno się różnić, wolno dyskutować, nie obowiązują leninowskie w swych źródłach zasady życia organizacyjnego partii. Lider partii [Pani M.Aubry], staje do prawyborów jako “primus inter pares” i wybory te – póki co przegrywa – ze swoim wewnętrznym oponentem [Panem F. Hollande]. Wszystko to dzieje się publicznie, przy otwartej kurtynie, służąc zarazem mobilizacji własnego twardego elektoratu, poszerzeniu bazy społecznej, popularyzacji partii i jej programu, optymalizacji treści programowych na drodze budowanego partycypacyjnie consensusu. Członkowie i sympatycy partii, a i obojętni wobec socjalistycznych ideałów dotąd Francuzi, mają autentyczne poczucie uczestnictwa w kreowaniu partyjnego kandydata, tworzeniu programu wyborczego partii.”

Podkreślić jednak należy, iż wspomniany warunek nie stanowi polepszenia stanu lewicy, lecz jedynie polepszenie to może zapoczątkować. I to nie dlatego, że zmiana dokonuje się jedynie w SLD, więc w jednym z licznych ugrupowań tworzących naszą formację ideową. Zasadniczym bowiem brakiem lewicy – jak to na wstępie wspomniałem – jest niedowład intelektualny, umożliwiająca powstawanie patologii bierność umysłów („gdy umysł śpi, budzą się upiory”). Te dwa czynniki: degeneracja porządku demokratycznego polegająca na przekształceniu go w samowładztwo jest obustronnie sprzężona z bezczynnością umysłową. Z jednej bowiem strony wódz i jego koteria tępią wszystkie objawy samodzielnego myślenia, a w odwrotnym podporządkowaniu brak indywidualnego postrzegania rzeczywistości i brak myśli oryginalnej, wolnej od cenzurującej opinii „autorytetów” powoduje zasklepienie się w formalnym rytuale bez zwracania uwagi na ukryte za fasadą tych bezmyślnie odprawianych ceremonii, rzeczywiste życie organizacji, które w tych warunkach łatwo degeneruje się np. do postaci wodzostwa. Z tego względu, jeżeli odtworzymy demokratyczny charakter partii, ale nie dopilnujemy tego, by intelekt nie tylko został pozbawiony dławiącego wpływu urzędu, ale również by nie ograniczał go konserwatyzm środowiska, nieopanowany marazm intelektualny może spowodować w organizacjach ponowny zanik demokratyzmu. Budzenie demokracji i intelektu muszą odbywać się równolegle. Bez sporów i nowatorstwa mamy nie lewicę, lecz jej karykaturę. Warunki zaś potrzebne do naprawy zaniedbanego przez polską socjaldemokrację życia umysłowego próbowałem opisać w artykule p. t. „Lewicowe zaniedbania na polu pracy intelektualnej”.

[wyjaśnienie 1]

Cytowany urywek został skopiowany ze strony http://www.sld.org.pl/aktualnosci/p-r-m-a-8139/informacje_lokalne.htm witryny internetowej SLD, która nie daje dostępu do swoich materiałów archiwalnych. Potwierdza to moje zastrzeżenia do przedstawianych tam treści, które traktowane są jako mające znaczenie jedynie chwilowe, nie będące informacją, lecz jedynie sposób na wywołanie krótkotrwałego nastawienia emocjonalnego. Nasuwa się tu skojarzenie z ZSRR czasu stalinowskiego, kiedy za przypomnienie dawniejszych słów lub czynów „wodza” można było narazić się na zarzut szkalowania przywódcy światowego proletariatu. I rzeczywiście, umieszczane na witrynie SLD komunikaty pełne najpierw Olejniczaka, później zaś – Napieralskiego tak przypominają aktualną wszechobecność Millera, że nasuwa to niekorzystne dla tego ostatniego skojarzenia. Darmo też szukać na prywatnej witrynie L. Millera http://www.miller.pl jego przemówienia na Radzie Krajowej SLD, 15 września 2007 r. dostępnego ongiś pod adresem http://www.miller.pl/strona.php?zm=poz&id=304&po=wywiady&nr=0,  którego przypomnienie byłoby dla aktualnego szefa SLD kłopotliwe.

[wyjaśnienie 2]

J. w. skopiowane z http://www.sld.org.pl/aktualnosci/p-r-m-a-8139/informacje_lokalne.htm

J. w. skopiowane z http://www.sld.org.pl/aktualnosci/p-r-m-a-8133/blogosfera.htm

[Aktualizowany tekst artykułu opublikowanego pierwotnie tutaj]

11 thoughts on “Szanse odrodzenia lewicy w Polsce

  • 16 kwietnia 2013 o 07:22
    Permalink

    Serdecznie dziękuję za taką wnikliwą analizę, ale gdzie są wnioski? Wszystko ok – naprawdę widać że mamy w gremium autorskim prawdziwego znawcę problematyki lewicy od środka – jednak powtarzam pytanie – jakie są wnioski?

    Odpowiedz
    • 16 kwietnia 2013 o 18:38
      Permalink

      Omawianie wniosków następuje po słowach “aby zapoczątkować wspomniany na wstępie artykułu proces odradzania się lewicy w Polsce, należy w SLD …”. Mowa tam o tym, co winni wykonywać członkowie. Ogólnikowo przedstawiony jest wniosek o potrzebie uaktywnienia intelektualnego, co skonkretyzowalem w oddzielnym artykule przywołanym przez link.

      Odpowiedz
      • 16 kwietnia 2013 o 19:19
        Permalink

        Szanowny Panie – właśnie założenie, że oddolnie można zmienić partię celowo ukształtowaną jako partia elit jest błędne. Przecież nawet żeby założyć nowe koło SLD musi mieć pan zdaje się 5 członków partii, którzy byli wcześniej przyjęci do innych kół! Jakie są tryby wyłaniania delegatów itd. Chyba nie trzeba tego przypominać… Pozdrawiam

        Odpowiedz
  • 16 kwietnia 2013 o 16:30
    Permalink

    Lewica powinna się zając przede wszystkim WYKLUCZONYMI, nie stanowiskami dla polityków SLD. A Kwaśniewski z Palikotem to chichot historii.

    Odpowiedz
    • 16 kwietnia 2013 o 17:36
      Permalink

      Lewica? Ale jaka lewica proszę pana? Czy widzi pan gdzieś jakąś lewicę – poza pewną kancelarią ratującą ludzi od bezdomności w Warszawie?

      Odpowiedz
      • 16 kwietnia 2013 o 19:08
        Permalink

        Nie można mylić dobroczynności, czyli rozwiązywania konkretnych problemów jednostek lub niewielkich grup, z dzialalnością społeczną i polityczną stawiającą sobie za zadanie zbudowania systemu prawnego i administracyjnego spełniającego zalożone cele. Dobroczynnością taką jak pomoc eksmitowanym, darmowe porady adwokackie dla potrzebujących pomocy, budowanie schronisk dla bezdomnych itp. zajmują się ludzie o różnych przekonaniach, że wymienię tu Kotańskiego, Rockefellera … no i także Ikonowicza. Lewicowiec, co określa formację polityczną, może zajmować się dobroczynnością, ale to nie stanowi o jego lewicowości nawet, gdy działanie jego ma formę czynnego protestu. Nie potrafię w tej chwili podać przykładu prawicowca stosującego w akcji dobroczynnej środki gwałtowne, ale zdarzało się to wiele razy np. wśród wspierających biedaków XIX-wiecznych księży, w obronie pokrzywdzonych przez reżym PRL i wiele innych.

        Odpowiedz
  • 16 kwietnia 2013 o 18:03
    Permalink

    to interesujące spojrzenie, ale przyłączam się do pytania wiernego-czytelnika – jakie z tego wnioski?

    Odpowiedz
    • 16 kwietnia 2013 o 20:58
      Permalink

      No i rozwinęła się ciekawa dyskusja.

      Odpowiedz
  • 18 kwietnia 2013 o 13:46
    Permalink

    Krakauer komentując “oddolnie zmienianie partii celowo ukształtowanej jako partia elit” widzi takie działanie jako zakładanie nowych struktur, a przynajmniej nowego koła. W moim przekonaniu nie jest to właściwe postępowanie. Już więcej sensu miałoby zakładanie nowej partii. Należy dyskutując przekonywać uczestników istniejących struktur o konieczności wymagania od aparatu zarządzającego partią postępowania zgodnie ze statutem. Jest to żmudna droga, ale – w moim przekonaniu – jedyna dająca szansę naprawy.

    Odpowiedz
  • 18 kwietnia 2013 o 14:12
    Permalink

    Lektura komentarzy nasuwa konieczność przedstawienia obszerniejszego tekstu objaśniającego, jak w realnym społeczeństwie można osiągnąć stan zbliżony do idealnego tworu myślowego jakim jest tzw. demokracja uczestnicząca. Postaram się przedstawić swój pogląd w tej sprawie, niestety, biorąc pod uwagę moje, spowolnione ciągłymi poprawkami tempo pisania, może to trochę potrwać.

    Odpowiedz
    • 18 kwietnia 2013 o 16:41
      Permalink

      Szanowny Panie! Ciągle jesteśmy pod wrażeniem głębi potraktowania tematu w pana pierwszym tekście opublikowanym na naszym portalu – poczekamy ile trzeba prosząc o kontynuację. Serdecznie pozdrawiam P. Sznajdrowicz

      Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.