Polityka

Święte oburzenie obłudników a potrzeba kontroli parlamentarnej nad wydawaniem środków publicznych

 Święte oburzenie w Narodzie! Złość i piana z ust! Stała się nam wielka krzywda albowiem pan Rafał Kapler ma otrzymać około półmilionową odprawę, w związku z odwołaniem go ze stanowiska Prezesa Zarządu Narodowego Centrum Sportu Sp. z o.o. – spółki będącej operatorem Stadionu Narodowego.

Przez media wiadomość ta przemknęła lotem błyskawicy, bohater gościł nawet w jednym z programów w prime time głównego kanału informacyjnego mainstremowej stacji telewizyjnej, gdzie jak można odnieść wrażenie w imię vox populi… był poddany pressingowi przez redaktora prowadzącego, ale trzymał się dzielnie wykładając sprawę w taki sposób, w jaki ona wygląda naprawdę – a na szczególną antypatię społeczeństwa zasłużył stwierdzeniem, że jego obecne dochody były niższe od początkowych, bo zostały ograniczone.

Można tylko i wyłącznie gratulować panu R. Kaplerowi sukcesu finansowego i szczerze życzyć dalszego rozwoju kariery zawodowej albowiem, jako sprawdzony menedżer z doświadczeniem – na pewno poradzi sobie na rynku pracy. Wszyscy, którzy zarzucają mu nienależność kwoty odprawy są zazdrosnymi obłudnikami, albowiem kierują się wąsko pojmowanym rozumieniem proletariuszy i kołchoźników – zupełnie nie biorąc pod uwagę faktu, że rzeczywistość, w jakiej żyją się zmieniła i należy ona do takich ludzi jak pan R. Kapler.

Co jest grzechem tego człowieka? Wysoka odprawa? – to przecież wynik umowy podpisanej z pracodawcą. Zajmowane stanowisko? – to wynik konkursu, w którym wziął udział i go wygrał – zgodnie z ustalonymi zasadami i na podstawie orzeczenia komisji stworzonej przez pracodawcę. O co więc pretensję do pana Kaplera? Mając na uwadze doświadczenia z kontaktów z ludźmi biznesu w Polsce – należy stwierdzić, że jako osoba zarządzająca przedsięwzięciem o budżecie około 2 mld zł – działając pod b. silną presją czasu i czego nie ma co ukrywać – równie silną presją środowisk i opinii publicznej, a w tym polityków – człowiek ten zarabiał stosunkowo niewiele. Dwadzieścia kilka tysięcy miesięcznie to poziom dochodów kierownika regionalnego w średniej wielkości firmie farmaceutycznej, lekarza z polikliniczną specjalizacją, średniej klasy prawnika z własną praktyką lub właściciela kamienicy pod wynajem w Krakowie. To naprawdę przestają być pieniądze, które robią wrażenie – zwłaszcza pod względem wysokości zarządzanego budżetu.

Jeżeli już mamy pretensje o wysokość odprawy pana Kaplera, to należy je skierować do osób, które podpisały z nim kontrakt – zobowiązując się w ten sposób do alokacji środków publicznych.

Czy ktoś zastanawiał się kiedyś, – dlaczego szczegóły tego typu kontraktów i personalia osób je ustanawiających nie są pod ścisłą kontrolą np. zamkniętych komisji parlamentarnych? Przecież to są publiczne pieniądze! Sejm RP, jako najwyższa władza – dzierżąca kolektywny mandat reprezentacji Narodu – powinien mieć prawo do stałego wglądu we wszelkiego rodzaju sprawy publiczne, – jakie dzieją się na terytorium państwa lub w ogóle – mają jakikolwiek związek z wydatkowaniem jakichkolwiek środków publicznych – gdziekolwiek i w jakikolwiek sposób – w dowolnej wysokości – przez każdy organ lub podmiot publiczny oraz działający na ich zlecenia lub w ich zastępstwie.

Dlaczego polski parlament nie ma możliwości skonstruowania komisji informacyjnej – bezpośrednio pobierającej informację od danego: wójta, ministra, prezesa państwowej spółki – w każdej sprawie związanej z wydatkowaniem środków? Nie chodzi tu o złamanie np. tajemnicy handlowej lub danych osobowych, albowiem tego typu działania mogą być objęte klauzulą tajności. Ale posłowie, jako przedstawiciele Narodu, (czyli tych nieszczęśników, którzy są płatnikami rachunków wszelkich zabaw i igraszek władzy) – powinni mieć prawo osobistej oceny np. postanowień przetargowych, wytycznych do zatrudnienia pracownika, regulaminów konkursów, stawek płacy za konkretną pracę, poza płacowych warunków zatrudnienia itp. Nie ma żadnych przeszkód w obowiązującym prawie – żeby posłowie nie mogli tego typu wiedzy się domagać – w każdej sprawie, w której zaangażowane są środki publiczne. Jakie wyciągną z tego wnioski to kwestia wtórna – oczywiście najbardziej pożądane są te polityczne – zmierzające do uczulenia realizatora polityki do jej zmiany lub do pociągnięcia do tak modnej „odpowiedzialności politycznej”, czyli w naszych realiach dymisji.

Prawdopodobnym skutkiem działania takiego mechanizmu – byłby prawdziwy bat na działania wszystkich szczebli samorządu i administracji publicznej i wciąż szerokiego sektora publicznego biznesu, o takich hermetycznych światach jak otoczka służby zdrowia, sama służba, armia, policja i inne inspekcje, straże i urzędy centralne nie wspominając. Obecnie te instytucje w zakresie „zapisów w umowach” są praktycznie poza jakąkolwiek kontrolą zewnętrzną – NIK wykonuje, co prawda niezwykle cenną dla państwa pracę, ale w praktyce niewiele może zrobić. Po pewnym czasie działania systemu efektywnej poselskiej kontroli (a skąd posłowie braliby informacje – przecież łatwo zgadnąć) – wykształciłby się pewien kanon norm i zachowań w określonych branżach i sytuacjach. Zgodnie z zasadą, że samorządy nie płacą np. więcej niż…, urzędy centralne tyle a tyle, a wszelkie przetargi są przygotowywane w sposób niebudzący zastrzeżeń merytorycznych, ale także zdrowego rozsądku itp. W przeciwnym razie – przecież każdy poseł mógłby zapytać się pana Premiera z trybuny sejmowej, dlaczego w sprawie X, pan Z zachował się tak a tak i nie potrafił tego w sposób racjonalny udokumentować.

Byłby to prawdziwy mechanizm kontroli parlamentarnej, wymagający jedynie specjalnego filtru osłonowego na działania wojska i służb specjalnych, które z istoty swojej natury muszą pozostać tajne. Natomiast cała reszta – może i powinna podlegać niespodziewanej i wyrywkowej kontroli publicznej – realizowanej przez żądnych „wykazania się” przed wyborcami posłów. Na marginesie trzeba stwierdzić, że proponowany model – nawet bez kompetencji karnych – mógłby być niesłychanie efektywny, ponieważ sama wizja możliwości kontroli takiej rangi – powodowałaby konieczność realizowania spraw z należytą starannością – w sposób niebudzący wątpliwości.

Dlatego nie zazdrośćmy panu Kaplerowi – niech mu się darzy! Ale rozliczajmy tych, co podpisali z nim umowę, czy faktycznie należało ją sformułować w ten sposób, że po zasugerowaniu dymisji – niejako – automatycznie należy mu się dodatkowe wynagrodzenie – abstrahując już od jego charakteru? Czy to był optymalny sposób zabezpieczenia interesu publicznego w tej sprawie? Kto o tym zdecydował? Kto zaproponował konkretne zapisy? Kto to zaakceptował? Przecież w tym procesie musieli uczestniczyć radcy prawni – z określonych instytucji – czy ich postępowanie było zgodne z interesem publicznym? (To bardzo ciężkie kryterium)!

Można być prawie pewnym, że bez względu na okoliczności – w obecnym stanie prawnym – odpowiednio przeprowadzone śledztwo może spowodować, że osoby odpowiedzialne za taki kształt umowy – (niebiorący pod uwagę opisywanego przypadku) – mogą być pociągnięte do odpowiedzialności – w tym zwrotu bezpodstawnie ustalonych składników wynagrodzenia.

One Comment

  1. Gdyby w Polsce funkcjonowała instytucja taka jak np. amerykańskie GAO (Government Accountability Office) koszty utrzymania tego całego rządowego ansztaltu spadłyby o połowę, a o ponad 2/3 zredukowano by ilość kretynów podejmujących decyzje skutkujące wyrzucaniem w błoto publicznych pieniędzy. Aktualnie każdy minister przynosi jakieś pokraczne pomysły i robi co chce z budżetem, często w sposób graniczący z niegospodarnością i marnotrawstwem. I faktycznie NIK nic nie może zrobić poza sprawdzaniem czy zgadza się ilość papierków w segregatorze.

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.