Kultura

Święta, święta, święta…

 Świąteczna kąpiel

Jest wigilia. Na kolację jedziemy do teściowej. Z samego rana jeszcze ostatnie zakupy. Przed południem kąpiel maluszka. Maleństwo jest w tej kwestii wyjątkowe. Zazwyczaj dzieciaki niespecjalnie lubią się kąpać. Ba, są i takie, dla których jest to bardzo niemiłe doświadczenie. Trzeba niekiedy wielu miesięcy pracy nad nimi, aby bezkonfliktowo mogły się wykąpać i w końcu czerpać z tego przyjemność. Tymczasem nasze obecne maleństwo uwielbia wprost się kąpać. Ba, słowo uwielbia nie oddaje zdecydowanie jego zapału do kąpieli. Jest gotowe do kąpieli o każdej porze dnia i nocy. Wystarczy zapomnieć domknąć drzwi do łazienki, a maleństwo znika nam z pola widzenia. Nie trzeba bynajmniej przeszukiwać całego domu. Wystarczy wejść do łazienki. A tam taki oto widok. Mamy prysznic z głębokim brodzikiem. Specjalnie taki kupiliśmy przystosowując nasze mieszkanie pod rodzinę zastępczą. Na wannę byłoby tu za mało miejsca, a płytki brodzik nie dałby dzieciaczkom tej frajdy, co ten. Po zatkaniu i napuszczeniu wody spokojnie mieszczą się – zależnie od wieku – dwa lub nawet trzy dzieciaczki. Mogą się kąpać, pluskać, bawić zabawkami. Nie chodzi przecież tylko o to, aby były czyste, ale i o to, aby sprawiała im kąpiel jak najwięcej przyjemności. Aby się z nią oswoili. W domach rodzinnych bowiem różnie z tym bywało.

A co z naszym maluszkiem? Maleństwo korzystając z otwartych drzwi wparadowuje do łazienki. I stoi przy tym brodziku. Sięga rączką. Teraz, po paru miesięcznym pobycie u nas, maleństwo urosło już sporo. na tyle dużo, ze próbuje samemu wejść do brodzika. Podnosi nóżkę, próbuje ja zaczepić o kant brodzika, kładzie się na tym kancie i próbuje dostać za wszelką cenę do środka. Jest jeszcze za małe, aby ta sztuczka mogła się powieść. Niemniej nie podaje się. Za każdym razem, gdy tylko ktoś nie zamknie łazienki, wpada tam nieomal biegiem (kiedyś raczkowało na czterech z ogromną prędkością, co czasem kończyło się zderzeniem z drzwiami lub ścianą, bo przy raczkowaniu nasze maleństwo rzadko patrzyło przed siebie, więc guz za guzem zdobiły jego czoło, póki nie opanowało trudnej sztuki chodzenia na nóżkach) i próbuje, wciąż próbuje. Bo chce się kąpać. Bo jest już gotowe do kąpieli. Bo ono lubi kąpiel. Uwielbia kąpiel. Mogłoby w niej spędzać długie chwile. każdego dnia. A nawet kilak razy dziennie.

Jest jeszcze jedna rzecz, którą lubi maleństwo robić w łazience. Nauczyło się tego jeszcze w swojej raczkującej epoce. Mamy tam umywalkę, a pod nią stopień, na które wchodzą dzieci, aby obmyć twarz i ręce. Tymczasem maleństwo, choć jeszcze nie umiało chodzić, nauczyło się bardzo szybko wskrabywać na ten stopień, stawać na nim i łapać dłońmi za brzeg umywalki. Nieważne, że początkowo nawet nie było w stanie zajrzeć do jej wnętrza. Ważne, że tam płynęła woda. Że tam szumiała. No i że krawędzie tej umywalki były mokre. Musieliśmy bardzo uważać, by maleństwo nie spadło, nie poślizgnęło się. Ale o dziwo, o ile z innego stopnia w przedpokoju potrafiło czasem niefortunnie spaść, o tyle tutaj jego uchwyt był silny i stabilny. Nigdy nie spadło. Wraz z czasem maleństwo rosło i coraz więcej zaczyna widzieć, co tam się w tej umywalce dzieje. Jest jeszcze za małe, aby z niej skorzystać, ale woda ciągnie je nieuchronnie. nie tak mocno jednak, jak przyciąga je brodzik.

A jaka jest rozpacz, jaki smuteczek, jakie łezki potrafią się pojawić, gdy wujek albo ciocia wyjmują maluszka z kąpieli. Ja się przecież dopiero zacząłem kąpać. ja chcę jeszcze. jeszcze nie skończyłem. O tutaj, jestem jeszcze brudny. Chcę jeszcze.

No to spanko

Tego dnia maleństwo wykapane zostało do południa. Potem do łóżeczka szybko. Nieco wcześniej, bo i sporo wcześniej przyjdzie mu wstać. maleństwo nadal nie lubi zasypiać. Płacze, awanturuje się. Ale już nie tak, jak na początku. Obecnie poddaje się po kilku, góra kilkudziesięciu minutach. Ba, od paru nocy sypia już nawet w normalnym łóżeczku. Pietrowym. Na dole. Pierwsze kilka nocy kończyły się kilkoma, ba kilkudziesięcioma nawet podejściami. Co maleństwo zostało położone do łóżeczka, to ryk, kwik i po chwili maluszek już stoi przy drzwiach i awanturuje się na całego. Jest już na tyle duży, że nie tylko potrafi sam z łóżka zejść, ale i przy odrobinie wysiłku – do niego na powrót się wskrabać. Z czasem maleństwo przywykło. Bywa, że nie zejdzie wcale. Bywa, że trzeba je na powrót odłożyć do łózka raz czy dwa. Bywa nawet, że w ogóle się nie awanturuje, a jedynie przez jakiś czas sobie gaworzy i w końcu smacznie zasypia.

Raz zdarzyło się tak, że po którymś razie zapadła w końcu cisza. Oho, myślę sobie, węszcie poszło spać. Coś mnie jednak tchnęło, aby zajrzeć tam, do dziecięcego po jakimś czasie. Ostrożnie uchylam drzwi, zapalam uprzednio światło w przedpokoju, aby nie budzić nim dzieciaków aby nie zapalać światła w dziecięcym – nawet nocnej małej zielonej lampeczki. Otóż otwieram, wchodzę i co widzę? Maleństwo zasnęło na podłodze, na środku pokoju. Ostrożnie podnoszę je i wkładam do łóżeczka. przespało cała noc. inna sytuacja. jest jakoś po pierwszej w nocy. jeszcze nie śpię. coś tam dłubię na komputerze. Powoli dociera do mnie, ze chyba coś mi kwili w dziecięcym. Bardzo delikatnie, cichutko. ledwo to słychać. nadstawiam ucha, tak, rzeczywiście słyszę. Idę sprawdzić. Światło w przedpokoju. Otwieram drzwi. I co widzę? Otóż maleństwo stoi na podłodze, niemrawo przebiera nóżkami. Główka pod katem przytulona do kołdry na łóżeczku. Jakby chciało zasnąć na stojąco, ale nie może. Biorę maluszka na ręce i odkładam do łóżeczka. Przykrywam, choć wiem, że i tak się zaraz odkryje. zasypia z powrotem niemal od ręki. Za nic w świecie nie mogę maleństwa przyuczyć do spania pod kołdrą. Może się to uda w końcu, gdy podrośnie. Póki co musze pilnować, aby w pokoju panowała stosowna temperatura. Nie może jednak być za ciepło, bo na piętrze śpi starsze dzieciątko. Pod kołdrą. jeśli w pokoju będzie za ciepło, starsze obudzi się rano całe spocone. A jeśli będzie za zimno – małe obudzi się zmarznięte. na szczęście od wielu dni i nocy siąpi deszcz i jest w miarę stała temperatura. także nocą.

Szykujemy się

Maleństwo zasnęło. Umówiliśmy się na 15. Jest po 12 dopiero. Trzeba poczekać. W międzyczasie ja idę do łazienki. Golę się, strzygę i kapię. Przebieram w świąteczne ubranie. Szykuję łazienkę dla starszego chłopczyka, który jest u nas od jakiegoś już czasu. Teraz jego kolej na kąpiel. Na początku miał lekkie obawy, ale szybko je przełamał. Też lubi się kąpać. jest w tym bardzo samodzielny i staranny. Wystarczyło raz pokazać mu ci o jak się od niego wymaga, a porządnie się wypucuje, pobawi nieco zabawkami. Ale nie lubi zbyt długo siedzieć sam w łazience. Po parunastu minutach woła, aby pomóc mu wyjść. Szybko nauczył się samodzielnie ubierać. Potem idziemy do mnie, gdzie się ubiera szybko ubiera na fotelu. Ten fotel to wspaniała rzecz. Poprzedni był spadkiem po uprzednich właścicielach mieszkania. Niezbyt ładny, ale praktyczny. Zastępował przewijak. Pozwalał dzieciakom wygodnie dopijać mleczko. Ze swoimi bokami nie pozwalał im spaść. Chyba, ze zsuwały się do przodu. Albo wyskrobywały na poręcze i próbowały przez nie przełazić. cóż, idealnie nie jest i nigdy nie będzie. Nieraz i nie dwa zasiadam na tym fotelu z dzieciaczkiem w ramionach. Czy to, aby je utulić, czy nawet zdrzemnąć się z nim. Albo je nakarmić. Dużo to wygodniejsze od krzesła. A nawet od tapczanu czy łóżka, gdzie dzieciaczki maja za dużo swobody. Tu ograniczona przestrzeń zawęża im możliwość ruchu. tu uczą się przebierania. Najpierw rozbierania, potem zakładania nowych ubrań. Taki fotel bardzo ułatwia obsługę dziecka. I czyni ją względnie łatwą i bezpieczną. Tu w końcu zasiadamy wieczorami ze starszymi dziećmi i czytamy książkę na dobranoc. Zatem, gdy stary siew końcu popsuł, zakupiłem nowy. Nie jest idealny, ale pełni swoją funkcję jak trzeba.

Wigilia

Zbliża się pora wyjścia. Dopakowuję plecak ostatnimi prezentami. Większość jest już na miejscu. Kupiliśmy dzieciakom różne zabawki w hurtowni zabawek jakiś czas już temu.

Budzę maleństwo. daję mu mleczko. Wciąga je na jednym wdechu. Jest nieco oszołomione, wyrwano je bowiem ze snu na długo przed tym, jak wstałoby samemu. Ogólnie maleństwo wpadło obecnie w jakiś zimowy tryb. Wstaje mniej więcej wówczas, gdy ja idę do piekarni po pieczywo, czyli ok 6.30. Dostaje mleko, przebieram je. Potem baraszkuje ze mną do ok 7.30, kiedy to budzę starszego. ten szybko się ubiera, wybija poranne kakałko i jedzie do przedszkola. Maleństwo, z racji wczesnej pobudki – nie przymuszonej przecież niczym poza może porannym głodem i pełną pieluchą – ma problem z doczekaniem do 13, kiedy to starszak wraca z przedszkola. Niekiedy idzie spać nawet już o 11. Zależy od pogody. A ta ostatnio sprzyja spaniu. Deszcze, zimno, ciemno, pochmurno. Rzadko kiedy słonce. Raz nawet nieco śniegu, ale w nocy było się ciepło i stopniał szybko.

Mleczko wypite. Szybko się ubieramy, wsiadamy do auta i jedziemy na Wigilię. Kolacja niemal gotowa. Zatem składamy sobie życzenia i siadamy do stołu. Maleństwo wcina z apetytem. To jego druga cecha charakterystyczna. Wcina, co popadnie. Maleństwo bynajmniej nie jest już takie małe. nadal jednak nie jest w stanie opanować trudnej sztuki operowania sztućcem. Są zatem dwie możliwości – albo go karmimy albo dostaje wszystko, co możliwe do rączki. Początkowo tą rączka też było mu trudno trafić z jedzeniem do buzi. Potrafiło wylądować na policzku, pod brodą labo w nosie, nim w końcu odnalazło swą zawiłą drogę do buzi. obecnie jest już z tym lepiej. Maluszek je samodzielnie. W miarę samodzielnie. Jedynie zupa sprawia mu trudności. Z konieczności gotuję wiec dość gęste, by mu sienie ulewały podczas jedzenia. Cokolwiek da się pogryźć – jest smakowite. Nie je nachalnie. mając coś w buzi, nie daje sobie dorzucić jeszcze czegoś. Odwraca buzię. Powraca, gdy jest pusta. Słodkie? Zjem. Słonawe? Zjem. Gorzkawy grejpfrucik? E, co tam – też zjem. Jednym słowem zjada wszystko, absolutnie wszystko. Nie ma potrawy, której by nie zjadł. Może mu co najwyżej nieco mniej smakować, jak np. parówki. Ale jak nie ma nic innego, to też zjem.

Tak w ogóle, to maleństwo, nim jeszcze zaczęła się kolacja, zdążył już nafutrować się kilku pierników, które znalazł w pokoju na stole. Korzystając z okazji, z zamieszania związanego z przygotowaniami do wizyty Mikołaja po kolacji, maluszek załapał się na przekąskę. Nie przeszkodziło mu to w niczym zjeść obfitej kolacji. Po niej zaś ponownie powrócił do pierniczków. nie, żeby był jakoś głodny, ale co sobie miał odmawiać przyjemności pochrupania czegoś ze smakiem.

Prezenty

Czas na prezenty. Trzeba jakoś zająć starszego, odwrócić jego uwagę, przenieść prezenty z sypialni do świetlicy, aby stamtąd mogły powrócić ze świętym Mikołajem. Każę starszakowi wyglądać na ulicę. Idzie do furtki, otwiera, rozgląda się, po chwili wraca mówiąc, ze nikogo jeszcze nie widział. Odsyłam go z powrotem, podpowiadam, żeby śpiewał przy tym piosenki o Mikołaju oraz kolędy. Powoli się nakręca. Coraz niecierpliwiej czeka na wizytę Mikołaja. W końcu ubierają się z zona i wychodzą szukać Mikołaja. ja tymczasem z teściową idziemy do świetlicy. Tam przebiera się w strój, a ja pakuję prezenty do worka po foteliku samochodowym. Jest cały czerwony – idealnie kojarzy się z Mikołajem i prezentami. Za strój służy maska z brodą oraz puchata piżama-kombinezon. Wracamy. U starszego szok w oczach. mały aż zapomniał o trzymanym pierniczku. Ileż radości sprawić może wizyta świętego Mikołaja z workiem prezentów. Podobnie było zresztą z ubieraniem choinki. Najpierw ubierał ją u teściowej. Potem, dzień przed Wigilią pojechaliśmy kupić choinkę dla nas. Pomagał ja wybierać. Przyjechała do domu. Uszykowaliśmy miejsce, postawiliśmy choinkę, aby rozprostowała sobie gałązki. Nie mógł doczekać, aż będzie mógł ją ubrać z żoną. Tymczasem chcieliśmy najpierw położyć maleństwo spać, aby nam nie plątało się pod nogami, aby nie przeszkadzało. Siedział koło choineczki dobrą godzinę, podchodził co rusz i obwąchiwał ją napawając się jej cudowną świąteczną wonią.

Maleństwo dość szybko przestało się interesować Mikołajem. O ile na początku stanęło jak wryte, z rozdziawioną buzią, o tyle potem powróciło do swoich dużo bardziej interesujących pierniczków. Co innego starszak. Ten też rozdziawiał buzię ze zdziwienia i zachwytu. Co rusz odbierał i odkładał na bok jakiś prezent. Widać było po nim całym, po jego postawie, po jego wzroku, jak bardzo tym wszystkim jest przejęty.

Poznań, 2019.01.02

Autor: Adam Gabriel Grzelązka

2 komentarze

  1. Portal nowe otwarcie gratuluje

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.