Soft Power

Straszne dni w mediokracji

 Na przemian można płakać lub śmiać się, inaczej nie da się żyć w naszym kraju. Wyrażanie emocji jest standardem, obowiązującym kanonem, bez którego nie możemy funkcjonować. Najgorsze jest to, że ten styl narzucają nam media, albowiem Polacy, chociaż są malkontentami to w we własnych domach – na kanapach i z pilotami od telewizorów w rękach stać ich na odrobinę obiektywizmu i zdrowego podejścia do spraw wszelakich.

Ciągle jesteśmy bombardowani nieograniczoną ilością bzdur, którymi prosystemowe media za wszelką cenę próbują wmówić nam obraz sielankowo-przaśnego prawie raju na ziemi, w którym co prawda niestety zdarzają się smutne lub bulwersujące opinię społeczną wydarzenia. Wówczas natychmiast reaguje premier, rzucając gromy wprost do kamery, albowiem czuje na własnej szyi zacieśniającą się pętle nagonki napędzanej przez prawicową opozycję i stale podsycanej przez utrzymujące się ze sprzedawania czasu antenowego media. Wiadomo, że nic tak dobrze nie podkręca widowni jak emocje, więc to właśnie emocje są pożądane za wszelką cenę.

Ciekawym zjawiskiem wskazującym, na jakość naszych mediów jest częstotliwość udostępniania głosu w mainstreamie politykom wyrzuconym z Prawa i Sprawiedliwości, w zasadzie poza Zbigniewem Ziobro i jego stronnikami wszyscy inni są stale zapraszani do czołowych stacji telewizyjnych i radiowych, a także, co jest szczególnie ważne – zasilają Internet wypowiedziami różnego typu jednakże prawie zawsze mającymi jakiś kontekst anty-pisowski. Niejako dla równowagi wypowiedzi premiera są zestawiane z wypowiedziami Jarosława Kaczyńskiego, co z jednej strony dziwi, albowiem nic się nie dzieje bez przyczyny i widać jak na dłoni, że chodzi o kreowanie czarno-białego duetu protagonistów oraz medialną kastrację reszty sceny politycznej.

Nawet dziecko by się tego domyśliło po paru wieczorach oglądania głównej mainstreamowej stacji prywatnej. Dla baczniejszych obserwatorów zastanawiające może być jednak stwierdzenie pewnej zależności – mianowicie trudno jest nie ulec wrażeniu, że mamy do czynienia z pewnego rodzaju nagonką medialną na osobę premiera – a w części na partię rządzącą. Ktoś lub coś – jakaś tajemnicza siła – niesłychanie metodycznie i bardzo skutecznie codziennie pompuje do naszej przestrzeni publicznej drobne lub średnie bombki wcelowane poprzez kontekst lub w wyniku wywołania ogólnego wrażenia, „że premier się kończy” w osłabienie jego wizerunku.

Premier nie jest naiwną dziewczynką w różowych pantofelkach, która wszystko, co może to przytulanie pluszowego króliczka. Doskonale wie, co się dzieje i że ktoś robi mu złą prasę nie bez powodu. Ponieważ w naszym smutnym kraju różne siły są naraz aktywne i wywierają nawzajem na siebie wpływ, premier-rząd jest jedynie jednym z ośrodków wpływu na sprawy publiczne, jaki rozgrywa swoje interesy. W obecnie obserwowanych realiach, można się spodziewać, że przeciwko temu rządowi i temu premierowi – sprzysięgła się część „salonu” oraz pewne czynniki zagraniczne, które finansując znaczną część mediów w Polsce – udostępniają ich łamy m.in. apologetom prawicowej opozycji. Nie bez powodu przecież jeden z największych brukowców w kraju zatrudnia jednego z najbardziej jadowitych popleczników jedynie prawdziwej – prawicy. Tu nie ma przypadków, a w realiach twardego finansowania jak ktoś nie ma kasy znika z rynku. O co toczy się gra dowiemy się w przyszłym roku, ale prawdopodobnie – z tego, co ćwierkają wróbelki w Parku Skaryszewskim chodzi o przejęcie telewizji publicznej. To wielki i łakomy kąsek, którym się można wspaniale nasycić, a premier nie za bardzo jest w stanie go bronić, albowiem wprowadzenie rygorów w sprawie haraczu zwanego abonamentem może przypłacić kolejnym spadkiem słupków poparcia. W każdym bądź razie warto obserwować korelację pomiędzy harcami nad Woronicza a naciskami na premiera.

Niestety obserwowanie tego wszystkiego jest stosunkowo smutne, gdyż to nic innego jak przekładanie rzeczywistości medialnej – pożądanej przez sponsorów zagrywki na rzeczywistość. Przecież powinno być odwrotnie, to rzeczywistość powinna być relacjonowana, a nie – moderowana. Nie chodzi tu o obronę premiera, której ten absolutnie nie potrzebuje, ale o nazwanie rzeczy po imieniu. Jeżeli nadal będziemy na ekranach swoich telewizorów obserwować dramat „matki Madzi” w dziesiątkach odmian – od dramatu sympatycznego Tofika, poprzez wyczyny rolkarzy a na dramacie „opolanki”, której zła i bezduszna policja odebrała dzieci – to skończy się rewolucją uliczną, albowiem ludzie będą do szpiku kości skołowani.

Co będzie dalej zobaczymy, w każdym bądź razie w ostatnich dwóch tygodniach nie było ważniejszych spraw dla Polski niż projekt budżetu na 2013 i otwarcie dyskusji nad budżetem Unii w Brukseli. W jakich proporcjach względem różnych odmian informacji o przygodach rekina grenlandzkiego, Tofika lub innych tematów zastępczych te kwestie były reprezentowane? Ile programów informacyjnych poświęcono na rzeczową dyskusję? Ilu specjalistów – autorytetów przedstawiających różne punkty widzenia zaproszono do mediów publicznych w tych sprawach? Niestety poważne tematy, jeżeli w ogóle nie są przemilczane, to zawsze są spychane na margines, a do ludzi nie można mieć pretensji, że wolą „taniec z majtkami” od rzeczowej publicystyki.

3 komentarze

  1. Krakauer zmień se nick na “tuskofil” ha ha ha

  2. A kto czyta prasę?
    Kto ogląda wiadomości TV, skoro tam tyle atrakcji typu wybór talentów?
    Przecenia Pan Krakauer możliwości naszego umęczonego Narodu.
    Nikt poza Panem tego nie śledzi, jeśli mu za to nie płacą.

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.