Śniadanie noworoczne

A słońca nie ma

Miało być słonecznie. Jeszcze wczoraj wieczorem sprawdzałem prognozę. Szykował się piękny noworoczny dzionek. Piękny, choć chłodny. Ledwo co powyżej zera, z przymrozkiem nocnym. Tak miało być. Słonecznie. Od samego początku.

Tymczasem. Tymczasem pochmurno i szaro. Już dawno po wschodzie słońca. Jakim wschodzie? Kto to widział? Ciemno i szaro. Buro i nieprzyjemnie. Rzut oka na prognozy. Mgliście. Cały dzień mgliście. Z przejaśnieniami. Ale mgliście. I co teraz? Sam nie wiem. Kiepska pogoda na zdjęcia. Może być ciekawie. Może być pięknie. Można znaleźć ciekawe okazy. Można zrobić interesujące zdjęcia. Jednak bez słońca nic szczególnego nie będzie. Ot, zwyczajne fotki. Nic błyskotliwego. Co innego, gdyby było słońce.

A może zostać? Może nigdzie nie iść? Jakoś nie mam entuzjazmu. Jakoś nie pałam ochotą. Z drugiej strony. Nowy Rok. Środowy świąteczny poranek. Będzie pusto. Nikt nie będzie straszył ptactwa. A nóż widelec natrafię coś ciekawego. No dobra. Idę. Tylko zmiana planów. Gdyby było, jak być miało, gdyby było słonecznie i pięknie, miałem ochotę skoczyć nad Jezioro Strzeszyńskie i zlustrować okolicę, co też tam ciekawego można znaleźć do sfotografowania zimą. A skoro nie ma słońca, skoro nie jest słonecznie, co najwyżej spacer po najbliższej okolicy. Może Park Sołacki. Może Rusałka. Albo okolice Olimpii. Zresztą zobaczymy.

Szybkie pakowanie. Aparat, plecak, coś do picia. Czapka, szalik, rękawiczki rowerowe. Bez palców. Wygodniej się fotografuje niż w pełnych, a przynajmniej cieplej w dłonie.

Krajobraz księżycowy

Od razu widać, ze był Sylwester. Jak zawsze zresztą. Jeszcze nikt się nie ruszył. Nic jeszcze nie sprzątnięte. A wystarczyło, że każdy by wczoraj wieczorem zabrał ze sobą to, co pozostało po odpaleniu jego porcji sylwestrowych ogni. Ale gdzie tam. Komuż by się chciało. Jak widać, nikomu. Wszędzie pakiety sylwestrowe. I szkło. Dużo szkła. Najczęściej potłuczonego. Trzeba uważać. Można wdepnąć i solidnie rozharatać nogę.

Poza tym pusto. I nawet nie tak zimno, jakby się zdawać mogło. Nie ma wiatru. Pewnie dlatego jest cieplej niż można by sądzić po słupku rtęci. Idę do parku. Cisza. No tak. Brak słońca, brak ptaków. Nic ciekawego się nie dzieje. Nie ma na czym oka zawiesić. Wszędzie szarość i mgła. Sinawo. Tafla jeziora po części zamarznięta. Na cienkiej pokrywie lodu stoją mewy. Kaczki pływają w części wolnej od tafli. Chwilę zatrzymuję się na mostku. Przyglądam się nieporadnie zsuwającym się do wody kaczkom. Z lodu to wcale nie takie łatwe. A jeszcze trudniejsze jest wejść nań ponownie.

Parę metrów dalej oglądam balet na lodzie. Cienka warstwa zamarzniętej wody śliska niczym lodowisko. A na niej wrona. Próbuje chodzić. Ale idzie jej to arcykomicznie. Ciągle się potyka. Ciągle się jej rozjeżdżają nogi. Wygląda to przezabawnie. Kilka ujęć i idę dalej.

Kupą mości ptakowie

Szkoda, że nie ma słońca. Przy niskim położeniu słońca – gdyby raczyło wychynąć choć na moment zza chmurnej zasłony – widok na ptaki byłby wyborny. Można by porobić naprawdę świetne zdjęcia. Ale co zrobić. Słońce najwyraźniej dziś nie jest w nastroju. Wciąż ukrywa swą twarz.

Idę dalej. Przejściem podziemnym mijam estakadę i idę dalej. Po prawej park dendrologiczny. Po lewej tereny sportowe KS Olimpii. Nadal pusto. Z rzadka tylko ktoś z psem. Za to są biegacze. Jak na tak wczesną porę i świąteczny w sumie dzionek jest ich dzisiaj całkiem sporo. Zdaje się, ze szykuje się nad Rusałką jakiś bieg noworoczny. Dużo biegających nad Rusałką. Ale to potem. Gdy już w okolicach południa wracałem, minąłem przygotowaną metę nad jeziorem w okolicach plaży i ogródków piwnych. Ale bieg jako taki jeszcze się nie zaczął. Pewnie miało to miejsce dużo później.

Ale nie o tym chciałem. Jak mówiłem, minąłem estakadę. Za ogrodzeniem mijam drzewa i krzewy arboretum. Idę dalej. Coś jest. Sikorki. Te jednak są jak zwykle nadaktywne i trzeba nie lada szczęścia, by zdążyć je namierzyć, wyostrzyć i ustrzelić, nim odlecą sobie dalej. Duże wyzwanie.

Jakiś hałas w koronach drzew. Dzięcioły. Nie jeden. Nawet nie dwa, ani nie trzy. Na oko jest ich dużo więcej. Może z pięć, może sześć. A może jeszcze kilka. Hałasują i ganiają się. Walka o terytorium zimowe? Całkiem sporo. Dotychczas napotykałem je zazwyczaj pojedynczo. Dwa trzy góra na jakimś większym obszarze. A tu proszę. Całe stado. Jeden drugiego przegania. Jeden na drugiego po swojemu, dzięciołowemu krzyczy. Niezła gratka. Chociaż nadal pochmurno. A one wysoko, w koronach, na czubkach drzew. Trudne zdjęcia. Ostry kąt. Zresztą jak zazwyczaj.

Noworoczne śniadanie

Trochę za ciepło. Sądziłem, ze będzie zimniej niźli jest. Zatrzymuję się. Zdejmuję sweter i do plecaka. Z powrotem kurtka, plecak, torba z aparatem. Już mam dalej, gdy kątem oka ruch. Po lewej. Tak po lewej na drzewie. O dwie. O jeszcze dwie. O rany, cztery wiewiórki. Nigdy tyle naraz. Zawsze pojedynczo. Nie pamiętam nawet, kiedy widziałem ostatnio parę wiewiórek. A rak, jakoś pod koniec października zdaje się. A tak poza tym to zawsze tylko pojedynczo. Rudy kłębuszek z piękną rudą kitą.

Uff. I to tak blisko. Ledwie parę metrów ode mnie. Znieruchomiałem. Powoli otworzyłem torbę, wyjąłem i kciukiem załączyłem aparat. A one nic. Jakby mnie tu nie było. Co za widok. Jedna para na jednym drzewie. Druga na sąsiednim. I nic tylko się ganiają. To w górę, to w dół. I dookoła pnia. O już są na ziemi. I znów na drzewo. W górę. Nie w dół. Jedna w górę, druga w dół. Dookoła. To z lewej to z prawej. To głową do góry, to głową ku ziemi. Ciągły ruch. Drugi zestaw wiewiórkowy to samo. Cyk, cyk, cyk. Próbuję nadążyć za nimi obiektywem. Strzelam fotkę po fotce. Oby coś wyszło. Nie ma czasu na dokładne mierzenie. Trzeba zdać się na łut szczęścia. Co innego, gdyby zechciały choć na moment przystopować. Ale gdzie tam. Ani im w głowie pozowanie do fotografii.

Idą w górę. Już są w koronie. Skaczą z gałęzi na gałąź. Trochę się przejaśnia, ale nadal nie ma słońca. Nadal pochmurno, chociaż nieco jaśniej. Dobrze. Bardzo dobrze. Jaśniej oznacza lepiej. Aparat lepiej sobie poradzi. Łatwiej i szybciej wyostrzy. Zastosuje mniejszą czułość. Będzie mniej ziarniste zdjęcie. Będzie ostrzejsze. Ciekawsze. Chociaż niedobrze, że poszły w koronę. Na tle nieba, szarego nieba nie będą się prezentować tak pięknie, jak wtedy, gdy próbowałem je uchwycić na dole, na tle szarego pnia. Zdjęcie po zdjęciu, zdjęcie za zdjęciem. Zdejmuję całą akcję licząc, ze choć część zdjęć zdoła wstrzelić się w wystarczająco dobre parametry i okaże się godnymi oglądania pokazania.

No nic. Czas na mnie. Idę dalej. Ale co to? Cóż to za odgłos? Jakby ktoś skrobał drewno. Czyżby? Tak! Jest jeszcze jedna wiewiórka. Siedzi sobie w załamaniu gałęzi, blisko dnia i w najlepsze skubie wielkiego orzecha albo szyszkę. Dokładnie nie widać. Tylko, ze coś trzyma łapkami i pracowicie obrabia ząbkami. Dobre położenie. Nisko. Blisko. Robię zdjęcia i podchodzę. Podchodzę robię kolejne zdjęcia. Trochę gałązek. Niespecjalnie przeszkadzają, ale lepiej jakby ich nie było. Próbuję innych ujęć. Krok za krokiem, powoluteńku obchodzę drzewo łukiem. Niebo się przejaśnia. Jest jeszcze widniej, choć nadal nie jest słonecznie. Na to nie ma co chyba nadal liczyć. Robię drugi profil wiewiórki. I jeszcze en face. Ekstra. To świetny dzionek. A wiewiórka? Nic. Nadal siedzi i skubie co ma do skubania. W ogóle nie przejmuje się, że właśnie ktoś przebiegł pod jej drzewem znacznie bliżej niźli ja stoję. Czasem tylko powstrzymuje się od chrupania u uważnie mnie lustruje. Wtedy zastygam. Czekam, aż zajmie się sobą i swoim noworocznym śniadaniem.

Poznań, 2014.01.01

Autor: Adam Gabriel Grzelązka

8 myśli na temat “Śniadanie noworoczne

  • 26 stycznia 2014 o 09:56
    Permalink

    Piękny i zarazem realny tekst!
    Piękno rzeczywistości i radość z życia.
    Tego nam wszystkim trzeba!

    Odpowiedz
    • 26 stycznia 2014 o 11:06
      Permalink

      Teksty pana Adama są prawdziwą perłą w naszym dorobku! Webmaster Józef

      Odpowiedz
  • 26 stycznia 2014 o 16:44
    Permalink

    Z dużą przyjemnością przeczytałam tekst. W podobny sposób obserwuję wiewiórki, mam okazję ponieważ chowają orzechy a nawet żołędzie w starych drzewach rosnących wokół domu. Co też zaobserwowałam Sójki również obserwują, gdzie wiewiórki ukrywają swoje zapasy i próbują się dobrać do tychże zapasów, dość często im się to udaje. Bardzo lubię obserwowanie przyrody, jest to zdecydowanie ciekawsze aniżeli zainteresowanie niektórymi homo sapiens.

    Odpowiedz
  • 26 stycznia 2014 o 21:15
    Permalink

    Nie na temat, ale napiszę.Dlatego że w srodkach “masowego ogłupiania”,cisza.
    Dzis w Warszawie ,o godz.18.45 zmarł
    Bohdan Poręba, reżyser filmowy i teatralny.
    Polak. Patriota. Reżyserowal m.in “Hubala”
    kwitensencja polskości i patriotyzmu,
    film ogladałem “nascie” razy w zyciu.
    I zawsze potęzne wzruszenie, “coś” ściska za gardło .
    I – nie wstydze sie napisać, ukrywane i ukradkiem wycierane łzy…
    On jeszcze w 1981r.w Warszawie na ul. Koszykowej wskazywal na ….jako na zło które “wchodzi i znowu” chce zaistnieć w polskim życiu politycznym.
    Dlatego był tak znienawidzony przez “onych” z frakcji PZPR i “onych”, juz od co najmniej 1968r. nie z PZPR, a nazywajacych siebie “opozycją”.
    Spoczywaj w pokoju. Dobrze sie Zasłużyłeś Ojczyznie.

    Odpowiedz
    • 26 stycznia 2014 o 22:34
      Permalink

      R.I.P.

      Barwna postać.
      … ‘W 1969 wstąpił do PZPR. Działał w Towarzystwie Przyjaźni Polsko-Radzieckiej, był członkiem Patriotycznego Ruchu Ocalenia Narodowego, współzałożycielem i jednym z ideologów Zjednoczenia Patriotycznego “Grunwald”. Jako jeden z nielicznych głosował na ostatnim Zjeździe PZPR przeciwko rozwiązaniu tej partii, a wcześniej popierał linię polityczną Albina Siwaka (tzw. narodowy komunizm). W latach 1986-1989 był członkiem Ogólnopolskiego Komitetu Grunwaldzkiego.’

      …’Po 2000 związał się ze środowiskiem Bolesława Tejkowskiego, zostając członkiem zarządu Polskiego Komitetu Słowiańskiego, wchodzącego w skład Soboru Wszechsłowiańskiego z siedzibą w Moskwie’.

      Odpowiedz
      • 27 stycznia 2014 o 08:47
        Permalink

        I za to m.in. co raczył dopisać @senior, cenię śp. B. Porębę. Do PZPR wstąpił we “właściwym czasie”. Wszysto czego w zyciu dokonal, było było
        wielkie i pod obowiązujący nurt myslenia.
        Wezmy pod lupe wyśmiewanego “Hubala” – środowisko Kutza(wcześniej, chyba “normalny” Kuc), ale to brzmienie…
        Pan Poręba cieszył sie wielkim mirem w srodowisku wielkoprzemysłowej klasy robotniczej.
        Patrz: spacyfikowana Huta” Warszawa”,w 90- tych.
        Tam ludzie zrozumieli, o co toczy sie gra, co jest stawką w tej grze.Chwala Mu.
        A propo, p. A. Siwaka.
        Pan Albin Siwak, własnym sumptem, wydał juz ósmą ksiażkę – wspomnienie, w której z pełna szczerością wspomina…
        “Chciałbym dożyć takich dni”…Albin Siwak.
        Polecam.

        Odpowiedz
      • 27 stycznia 2014 o 10:23
        Permalink

        Do wątku.Wspomnienie…przypomnienie…
        …”studenckie przyjęcie. rok 1955, ostatni rok studiów B.Poręby w łódzkiej Fimówce.Jakiś kolega
        student, po “kilku głębszych”, podchodzi do
        przyszłego reżysera i mówi: – słuchaj Poreba, ty tu jesteś jedyny wśród nas Polak.
        Czy ty myslisz,że pozwola ci robic filmy – ??
        Śp.Bohdan Poręba.Polak. Jeden z bardzo niewielu Polaków – reżyserów.

        Odpowiedz
      • 27 stycznia 2014 o 16:25
        Permalink

        … krzyku “daj se na luz” z tym Siwakiem and company…

        Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.