Smród ratujący życie

Rzecz się miała na przełomie lat 70-tych i 80-tych. Tradycyjny Bieszczadzki Rajd Majowy, który organizowało moje SKPB wraz z Radami Wydziałowymi Politechniki. Tysiąc czy może i dwa uczestników, fajne trasy, super zakończenie…

Już byłem rok czy dwa lata wcześniej „wyzwolonym” przewodnikiem i miałem wziąć udział w Klubowej tak zwanej „Biwakówce”, która miała się zacząć tydzień czy dwa przed rajdem i zakończyć na oficjalnym Zakończeniu, które wtedy miało nastąpić w Rzepedzi. Biwakówka jest takim przejściem dla kursantów pod okiem starszych przewodników. Łażenie po najdzikszych miejscach i biwakowanie tamże, połączone z „praktyką”, bo cześć teoretyczna kursu przewodnickiego trwa cały wcześniejszy rok. Teraz jest to już niemożliwe, bo Park Narodowy się rozszerzył i nie toleruje tak dzikich wypraw. Ja miałem wziąć udział w części biwakówki, podszkolić trochę „młodzież” a potem wziąć udział w rajdzie, prowadząc z kolegą jedną z grup rajdowych. Umówiłem się tak, że ja „pobiwakuję” z kursantami a on poprowadzi trasę rajdową przez jeden dzień od Ustrzyk Górnych do Wetliny a tam ja doskoczę przez Połoninę, spotkamy się w schronisku u Piotra i dalej pójdziemy razem. Grupa, którą mieliśmy prowadzić była młodzież z Technikum, prowadzona przez dwóch nauczycieli…

Biwakówka przebiegła wspaniale. Było i nocowanie na śniegu – tak, w maju bywał śnieg! Zresztą zawsze jak szła jakaś trasa przez schronisko na Połoninie Wetlińskiej każdy przewodnik trasy dbał o to by zrobić konkurs zjeżdżaniu na „czymkolwiek” po długim płacie śniegu jaki „zawsze” zalegał po północnej stronie Połoniny.

Było nocne przejście – pamiętam jak dziś, szliśmy we czwórkę: dwóch nas przewodników i dwie „kandydatki” – było ciemno nieprawdopodobnie, las, wykroty. Już myślałem że nie dotrzemy na czas wieczornego noclegu i ogniska, ale na szczęście dostrzegłem jakiś świecący się bardzo daleko dziwny „element”, stwierdziliśmy że kierunek nam pasuje i będziemy iść na ten słabieńki „ognik”. Jak doszliśmy, okazało się że jesteśmy na starej drodze która bardzo szybko doprowadziła nas do ogniska i całej „reszty”. A „drogowskazem” który nas tak idealnie pokierował w ciemnościach było… drzewo, A ściślej biorąc rozłupany, może od pioruna a może ze starości pień wierzby, którego środek świecił zielonkawym światłem widocznym z tak daleka! Dłuższą chwilę oglądaliśmy to „dziwo” raz oświetlając latarkami a potem przez chwilę w ciemności znów oglądając jak świeci zielonkawo!

Teraz mały skrót – doszliśmy, rozbicie namiotów, jedzonko, ognisko, gitara i spać. Na drugi dzień biwakówka miała iść dalej a ja miałem tylko „przeskoczyć spacerkiem” prze Połoninę z tych Suchych Rzek do Wetliny na spotkanie z moją grupą.

Budzę się wczesnym świtem. Mgła, deszcz, zwykłe załamanie pogody… Droga do Wetliny przez przełęcz Orłowicza jest mi znana jak droga od klubu do mojego akademika, więc spokojnie coś zjadłem, spakowałem się, pożegnałem z tymi, co zaczęli się już budzić i w drogę! Ułatwieniem w coraz mocniejszym deszczu były świeże ślady jednej z grup przewodnickich, która poprzedniego dnia schodziła ze Smereka przez przełęcz Orłowicza. Po kolejnej pół godzinie drogi deszcz stał się tak intensywny, że prawie nic nie widziałem, okulary zapadane, mgłą cały czas zachodzą. Zrobiłem krótki postój. Wyciągnąłem z plecaka taka moją „samoróbkę” – folię zdobytą w sklepie rolniczym i zgrzaną żelazkiem w kształcie takim że kaptur zasłania głowę a odpowiedni „garb” dobrze okrywa i mnie i wielki plecak.

Ruszam dalej. Pogoda była coraz wredniejsza, doszedł wiatr tak silny, że zacząłem się bać, iż w końcu któreś drzewo trzeszczące obok złamie się i wtedy będzie wesoło. Lecą zerwane gałęzie. Zaczęła obniżać się temperatura. Deszcz przeszedł w grad, potem śnieg. W którymś momencie zorientowałem się, że już nie idę po śladach moich kolegów i koleżanek z dnia wcześniejszego. Przypuszczać zacząłem, że znajduję się na leśnej drodze idąc na północny wschód równolegle do Połoniny Wetlińskiej. Skręciłem, więc w prawo o 90 stopni i zacząłem iść bezdrożem pod górę, sądząc że jakbym nie szedł i tak w tym kierunku dojdę gdzieś na Połoninę a tam złapię szlak i wtedy będzie wszystko jasne. Byle pod górę! Problemem była pogoda.

Przeżyłem kilka załamań pogody w Tatrach naszych i Słowackich, ale takiego koszmaru, jaki panował dookoła jeszcze nie przeżywałem. Śnieg, wiatr który zmienił się w niemal huragan i niska temperatura która powodowała że mokre spodnie zesztywniały i pokryły sie lodem. Było mi zimno jak cholera – ręce sine i zgrabiałe tak, że nie miałem siły wyciągnąć ze specjalnie szytych spodni na specjalne zamówienie w jedynej w mieście „pracowni krawieckiej dla osób cywilnych i dla duchowieństwa” ani rękawiczek ani batonika.

W pewnej chwili nawet chciałem stanąć, zdjąć plecak i wyciągnąć czapkę wełnianą oraz ciepły sweter, bo miałem na sobie tylko koszulę flanelową, ale stwierdziłem przytomnie, że jak stanę to już chyba nie dam radę ruszyć dalej. Folia na mnie zesztywniała, co chwile z szelestem odrywały się tworzące na niej płaty lodu.

W brzuchu ssało, ślina ciekła na wspomnienie cukierków i czekolady właśnie na takie chwile trzymane w plecaku, ale nie miałem siły sięgnąć do kieszeni plecaka, teoretycznie w zasięgu rąk…

Zacząłem się powoli zastanawiać gdzie jestem i czy jestem w stanie dalej iść pod górę i pod huraganowy wiatr. I wciąż nie widać było tej … Połoniny, wciąż droga wiodła ostro pod górę, momentami tak stromo, ze musiałem trzymać się drzew.

Wpadłem w końcu w jakiś „tumor” – jakiś rodzaj autohipnozy, zupełnie jak przejechałem kiedyś nocą wielkie miasto Dyneburg – i zupełnie nie pamiętam do tej pory jak to mi się udało w skomplikowanej zabudowie miasta, przy objazdach i moście wielgachnym w przebudowie…

W pewnym momencie przyszło jakieś dziwne otrzeźwienie. Zacząłem przytomniej rozglądać się wokół. Nagle zorientowałem się, co wyrwało mnie ze stanu otępienia całkowitego, mozołu i snu na jawie…

To były ślady na śniegu idące przede mną, za którymi chyba od jakiegoś czasu mimowolnie podążałem. Po kilku minutach doszło do mnie, że takie ślady przecież są „niemożliwe”!

To były bardzo świeże ślady bosych stóp! Coraz mniej byłem otępiały i wciąż idąc za tymi śladami coraz trzeźwiej zaczynałem myśleć – skąd ludzkie stopy na śniegu, dlaczego ktoś idzie boso, czemu akurat tędy?

W pewnym momencie te jeszcze wolne i luźne rozmyślania przerwał sygnał wyraźny, ostry, zapachowy…

Zatrzymałem się gwałtownie. Zadziałał jakiś atawistyczny instynkt. W nos bił po prostu smród! Zwierzęcy, „charakterystyczny”, odrażający i tak mocny, że natychmiast zupełnie otrzeźwiałem! Wiedziałem znów gdzie jestem, co się dzieje, co tu robię, a przede wszystkim, co to jest! Za czym ja idiota podążam!

Niedźwiedź! Po prostu, zwykły bieszczadzki, pewnie głodny, bo wiosna przyszła późno – „niedźwiadek”! Dokładnie jeszcze raz spojrzałem na „stopy” odciśnięte w śniegu – no teraz widziałem, że na pewno nie są ludzkie!

Chyba pierwszy raz w życiu poczułem jak wszystkie włosy stają na moim ciele! Zrobiło mi się ciepło, poczułem nagły przypływ energii, wyostrzyły się wszystkie zmysły i tysiące myśli, scenariuszy, pomysłów przeleciało mi w jednej chwili przez głowę. Już po kilku sekundach skręciłem pod kątem prostym w prawo i z takim tempem pokonywałem wykroty, rozglądając się uważnie, dookoła że po kilkunastu minutach poczułem się pewniej, zrobiło się ciepło w całym ciele, zniknęło zmęczenie i ten „stupor” obezwładniający.

Niebawem znów skręciłem pod górę lekko w lewo i po jakiejś pół godzinie wyszedłem z lasu na szeroką w tym miejscu Połoninę leżąca całkowicie pod śniegiem na tyle na ile można to było zobaczyć we mgle, którą przeganiał w poprzek połoniny ostry wiatr. Po kilkuset metrach znalazłem szlak, skręciłem za nim w prawo, niedaleko znalazłem przełęcz i zacząłem schodzić do Wetliny. Potem znów zrobiło się gorzej. W raz ze zmniejszającą się wysokością znów pojawił się deszcz, potoki wody i błota na szlaku, wiatr zwalający z nóg… Nie za bardzo kojarzę i mało pamiętam tę drogę w dół, za to pamiętam jak ucieszyłem się, że widzę już schronisko. Przed schroniskiem starszy Pan ogląda okolicę pijąc pod wiatą gorącą herbatę…

Musiałem chyba strasznie wyglądać, przemoczony, ubłocony, siny – bo na mój widok poderwał sie i żwawo uciekł do schroniska, z którego za moment wypadł z Gospodarzem. On zaś krzyczy „Jezu! Andrzej! Co się stało? Gdzieś ty był?”

Pomogli zdjąć płaszcz foliowy, zdjęli plecak, zaprowadzili do środka. Zaraz ciepła herbata, kielich czegoś na wzmocnienie, pomogli się przebrać w suche ciuchy – zupełnie mi „zwisało”, że robię to w publicznym miejscu. Zaraz siedziałem, jadłem coś ciepłego i zacząłem opowiadać Piotrowi jego Gościowi , którym okazał sie sam Pan M., legenda gór, autor wielu przewodników po polskich górach…

A wniosek? Jak zawsze jakiś musi być? Chyba nie trzeba wniosków – trzeba być zawsze przygotowany JESZCZE LEPIEJ – na najgorsze… A i tak nie wszystko da się przewidzieć…

Jedna myśl na temat “Smród ratujący życie

  • 9 lipca 2014 o 17:31
    Permalink

    Czytanie tekstu to duża przyjemność, podzielę się zatem własnymi wspomnieniami. Też przełom lat 70-80, ja po raz pierwszy wyjeżdżam na narty, mąż stwierdził, że wskazany jest na początek Turbacz (łagodne stoki). wyjechaliśmy z Warmii limuzyną Fiat-126, po drodze był nocleg w byłym klasztorze w Chęcinach. Ponieważ był to dzień moich urodzin, kolacja była odrobinę przesadzona zatem i pobudka następnego dnia opóźniona. Do Nowego Targu dojechaliśmy przed zmrokiem, na nadmiar kondycji nie mogłam narzekać, do tego plecak ok. 15 kg. i narty (hikorowe, ważyły więcej aniżeli obecne). Wędrówka była per pedes, trwała ponad 7 godzin (trasę określono na 3-3,5 godz. W końcu gdy dotarliśmy do schroniska na Turbaczu (ok. godz.24), szef schroniska spytał czy w porządku?, widocznie nasz wygląd na to wskazywał, usmażył jajecznicę i zrobił herbatkę, następnie wskazał łóżko w 16-osobowej sali. Następnego dnia świat już był piękny a ja spędziłam niezapomniane 2- tygodnie na nartach. Tradycyjnie gratuluję lekkiego pióra.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.