Kultura

A słońce nadal praży

 W uścisku upałów

Od kilku dni słonko kochane, tak późną, lecz pełną sił zimą z utęsknieniem wyczekiwane, niezwykle solidnie przykłada się i zalewa wszystko swym żarem. Skoro więc dni upalne, może by tak spróbować wybrać się na niewielką przechadzkę skoro świt. Rodzi się jeszcze tylko pytanie: gdzie? Miejsc ciekawych w Poznaniu i najbliższych jego okolicach nie brakuje. W wielu z nich jak dotąd nawet nie nawiedzałem. Szukając ciekawego celu tej wielce porannej wycieczki starałem się ograniczyć do miejsc dostępnych komunikacyjnie. Będzie więcej czasu na włóczenie się po okolicy, a potem powrót, najlepiej z innego punktu, niż ten, od którego cała ta wyprawa się zacznie.

Upał że normalnie wytrzymać nie idzie

2012-05-01
Poznań

więc tyko bezruch
i żadna na nic ochota
sen ten sam co nocą
nijak nie chciał pozostać na dłużej
teraz przysiadł tuż obok na skraju

słońce za oknem
słońce bezlitosne
zalewa swym blaskiem
słowem upał że opisać się nie da

aż tu nagle
tak ni stąd ni z owąd
tak po prostu zwyczajnie
szum strugi deszczu pod kątem
biegną ku ziemi
zrazu grube siarczyste
potem jakby gęściej lecz cieńsze
jakoby nici jakoby promienie wodne

słońce tym nie zrażone
świeciło nadal
więc współistniał i blask i deszcz

liczyłem że choć trochę
niestety wszystko to trwało
zbyt krótko by cokolwiek
zdołało się zmienić

więc nadal skwar
łakomie zagląda przez okno
a bezruch ogarnia ciało
tylko sen już nie drzemie w pobliżu
poszedł w niewiadomą stronę

Adam Gabriel Grzelązka

Marcelin

Padło na Lasek Marceliński. Dojazd niemal spod domu. Potem albo kawałek z przesiadką, albo na przełaj przez osiedle. Ostatni odcinek podejścia mija łukiem jeden z licznych poznańskich fortów. Płonnymi okazały się nadzieje na jego zwiedzenie. Cały rozległy teren ogrodzono i zamknięto. Że szkoda, to jedno. A że słusznie, to drugie. Teren i obiekt ciekawy i z pewnością wart zobaczenia. Tyle, że nieużywany od lat stoi i niszczeje zapadając się powoli. Samowolna eksploracja tego wzgórza fortyfikacyjnego grozi różnymi nieprzyjemnymi konsekwencjami. Gdzieś nagle może nam się grunt pod nogami zapaść i wpadniemy w jakiś od lat zapomniany, ciemny, zatęchły korytarz najeżony jakimś zapomnianymi po wojnie niespodziankami. Większość fortów stoi po prostu tak, jak je w powojennych latach zamurowywano. Nikt bladego pojęcia nie ma, jakie jeszcze poza zapadającymi się starymi nadgryzionymi przez czas stropami, paskudztwa mogą tam na nieroztropnych śmiałków czyhać. Nie sprzątano tego przecież ani nazbyt dokładnie, ani nie wiadomo, jakie niespodzianki pozostawili po sobie Niemcy. Wiele było lub jest obecnie zalanych. Samemu się lepiej nie zapuszczać w te historyczne enklawy. Są przecież takie, nieliczne co prawda, które można obejrzeć i po których można pochodzić wierzchem. A i zajrzeć do kilku z nich też można. Nie ów fort był jednak celem wędrówki. Może z czasem jacyś fascynacji historii lub prywatni właściciele dostosują kolejne chociaż fragmenty fortów do użyteczności. Niestety z ogromnymi wiąże się to kosztami. I jest niełatwe do przeprowadzenia z technicznego punktu widzenia. Póki co więc pozostają niedostępne i porastają lasami. Są i inne potencjalna możliwość po drodze. Docelowy Lasek Marceliński leży już niedaleko.

Ale po kolei. Pomysł na poranną wyprawę jest. Mapa przejrzana i wgrana na smartfona. Zmyślne to ustrojstwo nie tylko pozwala zaplanować trasę, ale i pokazuje gdzie jesteśmy aktualnie i co ciekawego znaleźć w okolicy można. O ile oczywiście nie zgubi, a pierwej w końcu sygnał GPS złapie. A z tym niestety bywa różnie i zawodnie. Bardzo przydatne i poręczniejsze nieco od drukowanej mapy. Ta z drugiej strony jeśli jest dostarcza innych informacji, bowiem map topograficznych do tego darmowych na smarty ciężko uświadczyć.  Jeszcze tylko sprawdzenie (też na smarcie, bez potrzeby biegania na przystanek), o której pierwszy autobus. Decyduję się na pierwszy możliwy. Zatem pobudka jeszcze przed świtem, po czwartej.

Przed świtem

Krótka, późno bowiem w objęcia oddaję się snu, noc mija szybko. Ciemne niebo za oknem szarzeje bardzo powoli i niechętnie. Ubieram się niemal jeszcze w ciemnościach. Te na szczęście w mieście nie są absolutne. Wrzucam do plecaka niezbędne rzeczy, zapas wody i cichcem, aby nie zbudzić domowników, wymykam się w przemijającą noc. Jeszcze noc, a już ciepło. Zapowiada się kolejny upalny dzionek. Przynajmniej więc o poranku jest szansa zażycia rześkiego i świeżego powietrza leśnego. Potem dzień znów zaleje codziennym żarem. Przystanek niedaleko, wkrótce nadjedzie pierwszy tego dnia autobus.

Na przystanku radiowóz i dwóch policjantów. Okazało się, że złapali dwóch małolatów, którzy właśnie próbowali włamać się do kiosku ruchu. Tak więc komuś skończyły się wakacje. Jeden z nich okazał się na dodatek poszukiwanym od dłuższego czasu przez policję. O dwóch mniej przynajmniej w okolicy. Czy będzie spokojniej – trudno powiedzieć. Ale przynajmniej ci dwaj przez jakiś czas niczego tutaj już nie nabroją, nikogo nie okradną, nigdzie się nie włamią i niczego nie zdewastują.

Przyjechał inny autobus, podjechałem więc jeden przystanek, by do następnego dojść krótki odcinek. Po drodze okazja do obserwacji zbliżającego się wschodu słońca. Znów podjechał autobus i znów nie ten, na który czekałem. Znów jeden przystanek. Słońce tymczasem zaczęło wychylać się spod horyzontu oferując oczom piękne czerwone zorze na niebie. łapię to na kolejnych fotkach.

W końcu i mój autobus. Jadę dalej kolejne kilka przystanków. Wkrótce wysiadka. Dalej już tylko pieszo. Można odrobinę co prawda jeszcze podjechać, ale szybciej tam dojdę. czekać na podwózkę sensu nie ma. Za długo by zeszło.

Wszystko jeszcze uśpione. Na ulicach niemal nikogo, a odkąd podążam dalej piechotą nawet samochodów na ulicy niemalżesz nie ma. Rześkie poranne powietrze bynajmniej nie jest nazbyt chłodne. Dzień będzie upalny, podobnie jak wczorajszy. Noc nie pozwoliła za bardzo spaść temperaturze.

W las wszedłszy między drzewa idę

A oto i jedno z możliwych wejść na teren Lasku Marcelińskiego. Szeroka alejka wiedzie mnie w głąb do jednego z punktów edukacyjnych. Cały las poprzecinany jest ścieżkami i są po nim rozsiane różne punkty dydaktyczne wraz z planszami informacyjnymi. Można się dzięki nim lepiej z lasem zapoznać. Z jego roślinami i zwierzętami. nauczyć rozpoznawać różne drzewa na ów las się składające. Kapitalny to pomysł. Jedne tablice pozwalają poznać mieszkające tutaj ptaki. Inne mówią o kwitnących w lesie kwiatach. Jeszcze inne o zwierzętach. Są też tablice różnorakie poświęcone drzewom. A to całym ich sylwetkom, a to szczegółom ich liści, a to znów przekrojom i odmianom ich kory.

Jest nawet dużych rozmiarów wybieg dla psów. Ogrodzony, dzięki czemu można psy po wejściu do środka swobodnie puścić luzem. Nie uciekną, nikogo nie pogryzą ani nie wystraszą, a co najważniejsze, nie obsrają wszystkiego dookoła. O ile dopilnują tego ich właściciele. Z tym oczywiście różnie. jeden posprząta, paru innych ani o tym myśli.

Cały las poprzecinany jest ścieżkami oraz dróżkami. Biegnie przezeń i szlak pieszy i szlak rowerowy. Są i mniejsze ścieżyny, gdyby ktoś gdzieś głębiej chciał się zapuścić. Gdzieś w środku odgrodzona enklawa młodnika – ostoja mieszkających tu zwierząt.

Miejsce ciche i spokojne o tej porze. Dzień dopiero się zaczyna. Nikt jeszcze niemal tu poza mną nie dotarł. Ot ktoś z psem idzie. czasem ktoś przebiegnie. Jeden czy dwa napotkane rowery.

To, co rzuca się w oczy, to czystość lasu. Widać, że ktoś o niego dba, ktoś tu regularnie sprząta i wypróżnia kosze. Super. Gdyby nie to, wszędzie walałaby się stosy śmieci, jak to bywa w niektórych niechlubnych miejscach.

Po jakimś czasie docieram do przecinającej las asfaltówki. Po drugiej stronie też rozciąga się las. Już jednak nie tak reprezentacyjny i dostępny. Dróżki tu węższe, ścieżki szybciej nikną w kniei. Zaglądam oczywiście i w tę część. W którymś momencie przekraczam mostkiem niewielką rzeczkę która często rozlewa się tworząc wzdłuż swego koryta szersze lub węższe bagna. Słychać tam jakieś ptactwo. Roi się od owadów. Szczególnie komary ruszyły tłumnie i ochoczo powitać nowego przechodnia i pobrać krwiste myto za przekroczenie mostku.

Wkrótce docieram do krańców cmentarza Junikowskiego. O zwiedzaniu tej nekropolii poznańskiej opowiem jednak innym razem. Po paru godzinach powracam do domu. Czas poprzeglądać zapasy świeżo poczynionych fotek i spróbować całość wyprawy opisać w eseju.

Poznań, 2013.07.26
Autor: Adam Gabriel Grzelązka

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.