Kultura

Słabości państwa demokratycznego o naturze liberalnej a twórczość

 Różne formacje ustrojowe występują w państwach na świecie. Nasz kraj od 24 lat transformacji aspiruje do miana państwa demokratycznego o naturze liberalnej, to znaczy – można o nas powiedzieć w sensie ustrojowym, że na pewno nie jesteśmy dyktaturą i z pewnością nie jesteśmy państwem o despotycznym charakterze władzy dyktatorskiej. Natomiast co do tego na ile rzeczywiście jesteśmy państwem demokratycznym o naturze liberalnej – trwają spory, bardziej na salach uniwersyteckich lub w różnego rodzaju źródłach zawierających słowo pisane niż w polityce.

Nasz problem polega bowiem na tym, że jako struktura państwowa jesteśmy przeraźliwie słabi – przez prawie pół wieku poprzedniego ustroju bowiem, społeczeństwo starało się funkcjonować w niezależności od państwa – korzystając z jego mechanizmów, tylko tyle na ile się dało i było to konieczne. Nic ponadto, albowiem dla wielu – którzy porobili za „parszywej komuny” doktoraty i ustawili się na całe życie jakakolwiek współpraca z „reżimem” była powodem do stygmatyzacji. Podczas gdy współpracowało wielu, bardzo wielu ogrzewało się w cieple – wspólnot, spółdzielni, zjednoczeń, frontów, przedsiębiorstw państwowych i przeróżnych związków np. twórczych – ale to trudny temat i niewygodny. W każdym bądź razie dzięki formom różnego rodzaju zamordyzmu, zmuszającego np. przywołanych twórców do „pracy” w związkach, zjednoczeniach i spółdzielniach – udało się im za młodu i jeszcze w okresie dojrzewania stworzyć wiele utworów, które wysterowały ich karierę i umożliwiły rozkwit. Dzisiaj, gdy takiego „zamordyzmu” nie ma – jeżeli chce się tworzyć, trzeba się wspierać pracą „na kasie” lub „na mopie”, ewentualnie jakąś inną.

Państwo niby było i jest głównym mecenasem kultury i sztuki, ale jakoś mu ta rola wychodzi bokiem, oprócz niewątpliwych sukcesów okresu transformacji jak powołanie Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej, cała reszta to nadal pozostałość po poprzednim okresie, w którym opiekę nad kulturą – szeroko rozumianą twórczością sprawowano w formach wygodnych dla państwa. Poza tym nic się nie dzieje takiego, co powodowałoby że tą kulturę łatwiej jest rozwijać, łatwiej jest tworzyć.

Jeżeli jeszcze ktoś jest skromnym pisarzem, wystarczy mu do zaistnienia zwykły komputer – często służbowy, jak się nie ma pieniędzy i darmowy blog, na którym może publikować swoje z radością tworzone dzieła. Podobnie z fotografią – można chodzić, eksperymentować z aparatem i wywieszać. Nieco trudniej jest z muzyką, albowiem twórca muzyk musi liczyć się z tym, że ma sąsiadów, którzy niekoniecznie podzielają jego pasje i zainteresowania. Natomiast co ma powiedzieć – malarstwo, rzeźba i teatr? Tutaj bez odpowiednich pomieszczeń się nie obejdziesz, a pomieszczenia jak to w Polsce trzeba ogrzewać, wywozić śmieci, ochraniać – bo okradną itd. Wszystko kosztuje, więc jeżeli nie miałeś obywatelu szczęścia i nie załapałeś się do szkoły artystycznej – zapomnij o czymkolwiek, jesteś skazany na twórczą partyzantkę, ale jak to się mówi – to co jest dobre, obroni się i sprzeda się samo.

Państwo totalitarne, nawet autorytarne – to był raj dla twórców. Ciągle zamawiano inscenizacje, wystroje, ruchome platformy, wokół których wdzięcznie maszerujący Naród – wychwalał pod niebiosa swoich przywódców lub przywódcę. Malowano elewacje jak przyjeżdżał odwiedzać miasta powiatowe, układano nawet mozaiki – ku wiecznej pamiątce wysiłku budowniczych nowego, jedynie słusznego systemu. Czasami nawet całe układy architektoniczne – od rozkładu i stylu budynków po detale stanowiły manifestację systemu, którą trzeba było zaprojektować, modelować, zatwierdzić – następnie zrealizować. Coś wspaniałego! Ilu wielkich twórców na tym zbudowało swoje nazwiska, a do tego te festiwale! No i transmitująca wszystko telewizja wraz z radiem. Wspaniały uporządkowany świat, zburzony przez demokrację i ostatecznie dobity przez bezprzewodowy Internet.

Liberalna demokracja lub prawie liberalna – w zasadzie demokracja nie potrzebuje sztuki, w zasadzie nie potrzebuje też kultury, chyba że chodzi o projektowanie kiczowatych centrów handlowych, gdzie pracujący zamieniają się na chwilę w konsumentów i mogą czuć siłę swoich ciężko zarobionych pieniędzy. Nie organizuje się uroczystości państwowych „z pompą”, a jeżeli nawet to w oparciu o prywatny sponsoring jak słynny czekoladowy orzeł nazwany złośliwie „Morłem”. Stąd nie ma zamówień – nie potrzeba wierszy chwalących „stachanowców”, przodowników pracy, fronty robotnicze, osiągnięcia całych zakładów. Nie ma zapotrzebowania na kulturę tworzoną przez twórców ad hoc, żeby tylko wziąć gażę umożliwiającą przeżycie.

W demokracji liberalnej jedynie piorąca mózg sraczka kulturalna jest czymś na co jest zapotrzebowanie, albowiem władza komunikuje się z dołem za pomocą języków seriali telewizyjnych przenoszących wzorce zachowań na życie codzienne odbiorców tego chłamu. Jednakże z produkcji szmiry i byle czego – nie da się utrzymać kultury.

Jeżeli już coś jest potrzebne to kultura elitarna, wysoka – zamknięta w budynkach opery, teatrów, czy też jakichś innych katedr poświęconych sztuce i działalności twórczej. Tylko na to jest zapotrzebowanie wyrażane przez elitę, która ma pieniądze, jednakże i tak ta działalność wymaga współfinansowania ze strony podmiotów publicznych, albowiem koszty utrzymania infrastruktury umożliwiającej granie – przekracza zdolność amortyzacji tych kosztów w biletach – trzeba bowiem pamiętać o złotej zasadzie działalności kulturalnej – mamy tylko osiem lub dziesięć wieczorów w miesiącu, gdy sprzedają się bilety. Nie da się grać chałtury codziennie, ponieważ jej wyprodukowanie kosztuje.

Dobrze że są prywatne galerie, dobrze że są prywatne teatry, dobrze że są kina, lepsze to niż już pełna pustynia kulturalna i filmy wyświetlane na ścianach blokowisk, chociaż to także ma swój urok i może się komuś podobać.

Naprawdę trudno jest tworzyć w rzeczywistości, która nie potrzebuje kultury.

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

2 × 3 =