Paradygmat rozwoju

Skąd wziąć pieniądze na rozwój?

 Już dzisiaj trzeba się zastanawiać, w jaki sposób można oszczędzić pieniądze, których nie mamy, a możemy mieć jeszcze mniej w przypadku dekoniunktury. Potrzebujemy zapewnić sobie środki na rozwój, w perspektywie pierwszych siedmiu lat nowego budżetu Unii Europejskiej oraz na czas po jego wyczerpaniu, mając w świadomości fakt, że to będą prawdopodobnie ostatnie środki w takiej wielkości, na jakie możemy liczyć z Unii Europejskiej. W celu dostosowania się do wyzwań przyszłości powinniśmy już obecnie przyjrzeć się posiadanym możliwościom działania na polu ewentualnych reform.

Generalnie w sferze publicznej są dwie możliwości pozyskiwania środków – można zwiększyć dochody albo zmniejszyć wydatki, oczywiście jest też trzecia ulubiona przez każdego ministra finansów metoda – równoczesnego zwiększania dochodów i zmniejszania wydatków. W naszych realiach, gdzie znaczna część budżetu to wydatki sztywne, które wynikają ze zobowiązań państwa a ich zmiana jest pochodną przeliczników zawartych w prawie – nie wiele możemy oszczędzić na cięciu szeroko rozumianej sfery budżetowej. Podobnie, jeżeli chodzi o stronę dochodową podobnie jest problem ze zwiększaniem wpływów, albowiem budżet opiera się na podatkach pośrednich, które są ściągane głównie z biednych i najbiedniejszych podatników. Można poszukać źródeł nowych dochodów wśród podatników zamożniejszych jak np. podatek od transakcji finansowych lub powrócenie do trójstopniowej skali podatkowej, czy też wprowadzić podatek od katastralny od własności – jednakże wymagałoby to decyzji politycznych, do których obecnie rządząca opcja się nie skłania. Oczywiście można też szukać dochodów i oszczędności w wydatkach poprzez cięcia przywilejów grup uprzywilejowanych, jednakże zawsze wymaga to konsensusu politycznego, który jest trudno osiągnąć, zwłaszcza, gdy koalicjantem jest partia interesu klasowego chroniąca przywileje socjalne i ekonomiczne jednej z grup zawodowych naszego społeczeństwa.

Na dochody z gazu łupkowego nie ma, co liczyć, zwłaszcza, że nie wiadomo ile go tak naprawdę jest i czy w ogóle będzie go można na terenie Unii Europejskiej wydobywać, dlatego w naszych rachubach musimy się opierać na naszych realnych możliwościach i tym, co możemy policzyć.

Ponieważ reform koniecznych nie da się wprowadzić z powodów polityczno-społecznych, można poszukać odpowiednich rozwiązań tam, gdzie przez ostatnie lata przyzwyczailiśmy się do trwałości – mianowicie w organizacji struktur naszego państwa. Chodzi oczywiście o zmniejszenie ilości aparatu administracyjnego obsługującego nasz kraj. W tym zakresie istnieje wiele a nawet bardzo wiele możliwych pól działania. Dotychczas wszelkie myślenie o oszczędnościach w administracji oznacza głównie myślenie w kategoriach redukcji etatów. Warto natomiast pomyśleć o tym procesie w sposób rozszerzony, mianowicie o redukcji etatów razem z urzędami, w których są zlokalizowane. Innymi słowy – potrzebujemy przeglądu całej „Polski resortowej” oraz także tej lepszej i sprawniejszej w wydawaniu pieniędzy, ale już obrosłej w tłuszczyk po latach i częściowo poronionej reformą firmowaną przez pana Jerzego Buzka „Polski samorządowej”. Do rozważenia jest kwestia likwidacji i łączenia całego szeregu urzędów administracji centralnej oraz łączenia jednostek samorządu terytorialnego.

Na podstawie powyższego warto się zastanowić, czy nie powinniśmy powrócić do pierwotnie planowanej liczby województw, – jaką miało być 8! Oznaczałoby to zmniejszenie ich liczby o połowę! Czyli od razu zyskujemy – połowę mniej wojewodów, połowę mniej marszałków województw i ich dublujących się bardzo często urzędów i wytworzonych przez lata administracji. Oczywiście nie można tutaj ciąć jak przysłowiowa „małpa z brzytwą” i nie o takie cięcia tutaj chodzi, gdyż dla wielu mniejszych miast położonych w uboższych województwach – kwestia istnienia miejsc pracy z danego urzędu jest często podstawą lokalnego rynku pracy i to tej lepiej płatnej. Jednakże należy szukać kompromisów i rozwiązań zapewniających efektywność bez zbędnych kosztów, jak również odpowiednie wykorzystanie posiadanego potencjału.

Można wyobrazić sobie najpierw wariant wielko-terytorialny, czyli redukcję ilości województw. Zyski z połączenia byłyby znaczne, średnio i długo terminowe. Największym problemem, jaki udałoby się rozwiązać w ten sposób, byłoby włączenie województwa Lubuskiego do Wielkopolski, przez co ziemia lubuska stanowiłaby wzmocnienie potencjału potężnego i kwitnącego Poznania, a nie biedne i pozbawione perspektyw przedmieście wielkiego Berlina! Województwo to, nie ma żadnych historycznych uzasadnień, w swojej istocie jest tylko i wyłącznie wynikiem siły perswazji działaczy środowisk politycznych ze swojego terenu. Jego likwidacja jest po prostu koniecznością, albowiem samo nigdy nie będzie w stanie przeciwstawić się rosnącemu potencjałowi przyciągania wielkiego i bogatego Berlina. Podobnie wygląda kwestia województw dolnośląskiego i opolskiego. Województwo opolskie jest niczym innym jak efemerydą terytorialną! Poza koniecznym ukłonem w stronę licznej tam mniejszości niemieckiej nie może być w ogóle mowy o dalszym istnieniu tego wyludniającego się wręcz w oczach województwa. Połączenie go z Województwem Dolnośląskim – stanowiłoby doskonałe wzmocnienie potencjału Wrocławia, a zarazem umożliwiło właściwą troskę o dalszy doskonały rozwój Opolszczyzny, przy pomocy narzędzi rozwoju i przy intensywności niemożliwej do uzyskania siłami tego małego województwa.

Kwestia województwa śląskiego to już zagadnienie dotyczące racji stanu naszego państwa, ze względu na ruch narodowo-społeczny dążący do autonomii regionu w zakreślonej perspektywie roku 2020. Ruch Autonomii Śląska ma liczące się poparcie społeczne i jest siłą polityczną współrządzącą w regionie! Nie można go pominąć – tak jak nie można pominąć problemów około miliona ludzi w państwie demokratycznym – po prostu, jeżeli ktoś nazywa się Ślązakiem – jest nim! I powinniśmy ze wszelkich sił popierać śląskość – Śląska, albowiem jest to wspaniały region i tworzą go cudowni ludzie, pewni swoich przekonań i pełni szacunku dla swojej tradycji – nie ma żadnych przeszkód, z powodu, których mielibyśmy naszych przyjaciół i rodaków nie honorować! Jednakże jest też druga strona medalu, która być może przy spełnieniu większości (naprawdę logicznych i słusznych) postulatów Ruchu Autonomii Śląska – umożliwiłaby uniknięcie autonomizacji. Chodzi o metropolizację, jako proces przeciwstawny wobec autonomizacji, tak jak przeciwstawia się nowoczesność i nowoczesne teorie zarządzania przestrzenią – przeszłości. Obok Śląska – zawsze była i jest Małopolska. Odległość pomiędzy Krakowem a Katowicami – stolicami regionów, przy wybudowaniu odpowiednio efektywnego połączenia kolejowego można skrócić do pół godziny, – co przyczyniłoby się do synergii potencjałów obu województw na rynkach: pracy, edukacji i mieszkaniowym, tworząc w konsekwencji procesów w kolejnych latach największą polską metropolię z szansą na aspiracje europejskie w przypadku przyciągnięcia do współpracy sieciowej Ostrawy w Republice Czeskiej. Przy odpowiednim podejściu do głównych aktorów tego procesu – byłoby możliwe połączenie obu województw, gdyż przeszkody są tu głównie mentalne, a korzyści dotyczą zarówno racji stanu państwa jak i wymiernych kwestii ekonomicznych, albowiem byłoby to poważne myślenie o rozwoju – tam gdzie się go realnie tworzy, czyli w metropoliach.

Powyższe przykłady sześciu województw pokazują, że z łatwością można ograniczyć ogólną liczbę o trzy po połączeniu ich. Podobnie jest z innymi, jednakże nawet przybliżona analiza reszty przypadków nie jest już potrzebna do zilustrowania korzyści z tego procesu. Podstawowa byłaby taka, że po pójściu w tym kierunku, albo nawet jeszcze dalej, czyli tak jak sugeruje „Nomenklatura Jednostek Terytorialnych do celów Statystycznych” (NTS), – czyli do sześciu województw (po korekcie woj. Podlaskiego) – o wiele później bogatsze województwa wypadałyby z możliwości kwalifikowania się o pomoc unijną.

Nie ma żadnych przeszkód, żeby administracja na poziomie wojewódzkim powiększyła swoją właściwość o kolejne województwo już sama oszczędność na najbardziej reprezentatywnych organach i aparacie je obsługującym byłaby znacząca.

Podobnie, ale o wiele radykalniej należy pomyśleć o powiatach. Przede wszystkim w kontekście reformy metropolitalnej kraju, zakładającej upodmiotowienie większych jednostek miejskich – składających się z miast rdzeniowych i ich aglomeracyjnego otoczenia. Nie można tego procesu robić na siłę, ale jak można szacować około 50 powiatów jest z pewnością do scalenia! Jeżeli reforma w tym zakresie dotyczyłaby głównie powiatów związanych z dużymi miastami, po odpowiedniej kampanii informacyjnej byłaby społecznie zaakceptowana.

Siatki gmin pod żadnym pozorem nie należy ruszać – stanowią podstawę organizacji państwa i identyfikacji terytorialnej ludności. Wręcz przeciwnie należy pomyśleć o nadaniu im większych uprawnień w zakresie źródeł finansowania i samodzielności w zakresie licznych polityk dotychczas ściśle regulowanych przez państwo licznymi ustawami.

W efekcie zaproponowanych zmian, na samej administracji samorządowej udałoby się rocznie oszczędzić około miliarda może dwóch miliardów złotych. O tym jak to jest dużo wie doskonale minister finansów, który nie raz szuka kilkudziesięciu milionów w budżecie. Nie można nawet takiej kwoty lekceważyć, albowiem, jako kwota składana w ciągu 10 lat jest w stanie dać wynik oznaczający np. metro w Krakowie i Wrocławiu!

Kolejnym etapem po przeprowadzeniu reformy zepsutej przez rząd pana Jerzego Buzka reformy samorządowej powinno być dostosowanie administracji rządowej, w tym całego szeregu administracji specjalnych do nowej siatki samorządów. Oznaczałoby to scalanie i likwidację, – czyli przegląd całości struktur w administracji od sądownictwa a na gospodarce wodnej kończąc. Wymaga to bardzo poważnego podejścia, dokładnych studiów i najlepiej – posłużenia się podmiotem z zewnątrz administracji, albowiem ona sama niestety nie jest skłonna do niczego innego niż rozmnażania się, nawet przez podział lub jawnego wzrostu w przypadku komasacji! Można szacować, że przy dostosowaniu struktury podstawowych urzędów państwowych do ww. siatki województw – również byłby możliwy jakiś miliard złotych oszczędności na wydatkach na administrację i obsługę administracyjną.

Niestety każda reforma wymaga odwagi, stąd też możliwe oszczędności – naprawdę bardzo lekko szacowane na około trzy miliardy złotych rocznie mogłyby być większe. Co to oznacza dla rozwoju naszego kraju, nie trzeba chyba nikomu mówić, albowiem obecnie nie mamy w zasadzie żadnych własnych środków na rozwój – wszystko, co wygospodarowujemy, to głównie zadłużanie się samorządów na poczet wpłat do środków unijnych.

2 komentarze

  1. Trudny temat: SKĄD WZIĄĆ PIENIĄDZE?
    Ale autor go podjął i chwała mu za to.
    Jak już TE PIENIĄDZE będą – to powinniśmy (nie oglądając się na PRAWO UNIJNE!) tworzyć coś na wzór południowo-koreańskich CZEBOLI i forować silnie POLSKIE PRODUKTY.
    Nawet wypowiadając i zawieszając na np. 20 lat niektóre paragrafy umów UE.
    Z udziałem kapitału państwowego te CZEBOLE powinny powstawać, na początek.
    Jak zaczną mieć sukcesy, to i dalszy KAPITAŁ napłynie.
    Tylko to potrwa.
    Ale kiedyś trzeba zacząć.

  2. Temat regionów w Polsce jest arcyciekawy z kilku powodów. Pierwszy aspekt to oczywiście obecnie utworzone sztuczne twory, często zlepki niepowoazanych funkcjonalnie i historycznie regionów, lub tez wykrojone z takowych, ktore nie sa w stanie osiągnąć odpowiedniej masy krytycznej -lubuskie, opolskie, świętokrzyskie to najlepsze przykłady. W skład lubuskiego wchodzą historyczne ziemie Nowej Marchii, Luzyc, czesc ziemii Lubuskiej, kawalek wielkopolskiej i dolnośląskiej, w tym sensie nie da sie całego włączyć do Wielkopolski, bo to rowniez bedzie sztuczny twór. Raczej podział na dwie części i jedna z nich do Dolnego Śląska, a druga do Wielkopolski. Opolskie dokładnie tak jak w artykule najlepiej do Dolnego Slaska. Świętokrzyskie ma kilka opcji, z czego jedna z lepszych jest powiązanie razem z Lubelskim i Podkarpackim w jeden region wschodni, tak jak w NTS 1. Stworzenie takiego regionu to zreszta pewna kontynuacja idei COPu Eugeniusza Kwiatkowskiego, którego centrum miał stanowić Sandomierz.
    Kraków z Katowicami juz i tak jest powiązany gospodarczo, wiec połączenie w jeden region byłoby tylko formalnym odzwierciedleniem istniejacej sytuacji. Warto takze zaznaczyć, ze bez Śląska nie ma Polski, tak samo jak nie ma Polski bez Krakowa, ze względów strategiczno geograficznych.
    Podobne powiązanie funkcjonalne jak w przypadku “Krakowic” zaczyna sie tworzyć na linii Łódź-Warszawa i warto to wzmacniać.
    Drugi istotny problem jest natomiast taki, ze wciaz istnieją dwa regiony, na ktore mozna powiedzieć nie ma za bardzo pomysłu (największe bezrobocie wsród obecnych województw) i wciaz pozostają nie do końca powiązane z reszta kraju, chodzi o warminsko-mazurskie oraz zachodniopomorskie. W tych dwóch przypadkach nie da sie ukrywać całkowitej porażki władz centralnych w zarządzaniu tymi regionami, których potencjał jest po prostu zmarnowany i wciaz pozostaje niewykorzystany. Dla Szczecina szansa bedzie gazoport, dla Warmi i Mazur wciaz nie wiadomo. Jakby ktoś chciał sie obrażać na mnie za te slowa, sugeruje porównać te dwa regiony z tym jak rozwija sie Wrocław, mający zreszta szczęście do nieposiadania władz z politycznego nadania, a autentycznie z regionu.
    Trzeci aspekt to metropolizacja i konkurencja na europejskim poziomie. W tym sensie istnieją tylko Kraków+Katowice, Łódź+Warszawa, Trójmiasto, Poznań i Wrocław. Pozostałe miasta wojewódzkie albo polacza potencjał i osiągną synergie, albo niestety i tak spadną w dół statystyk, co w efekcie i tak doprowadzi do ich przejęcia przez inne ośrodki, tyle ze wtedy bez prawa głosu na jakich warunkach.
    Wszystko to jednak dyskusja całkowicie hipotetyczna, gdyż na razie jesteśmy na etapie lotniska i aquaparku w każdym powiecie, za pieniądze unijne oczywiście. To racjonalnemu myśleniu nie sprzyja.

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.