Skąd idziemy? Kim jesteśmy? Dokąd zmierzamy? Kim chcemy być?

Nie obchodzimy żadnych dni pamięci, nie chcemy emigrantów, nikomu nie współczujemy, sami mieliśmy tyle trupów w historii i to tej niedawnej, że bez odrobiny finezji moglibyśmy nimi obdzielić wszystkich dookoła i jeszcze by pozostało. Jak można od Narodu, regularnie wyrzynanego przez sąsiadów, który miał być niewolnikiem przeznaczonym do biologicznego wyniszczenia, w ogóle czegokolwiek wymagać? A zwłaszcza współczucia dla innych. Nasze historyczne traumy są tak totalne, że najlepiej nie uczyć historii, albowiem powiedzenie prawdy musi prowadzić do przykrych wniosków i wyciągnięcia nauki na teraźniejszość i przyszłość.

Niestety nic takiego nie ma miejsca, ponieważ straciliśmy właściwą elitę. Została wymordowana już w pierwszych dniach wojny, potem masowo eksterminowana, w zasadzie do ostatnich dni wojny – przez wszystkich okupantów naszego państwa i wrogów. Elita Polaków została zlikwidowana. To, co wyszło z II Wojny Światowej, nawet biorąc pod uwagę prawie pół wieku stabilizacji powojennej, to wszystko marność. Daleko nam dzisiaj nawet do standardu międzywojnia, które przecież także było okupione morzem krwi.

Z naszej perspektywy byłoby tak naprawdę najlepiej, jakby wszyscy sąsiedzi o nas zapomnieli. W zasadzie nawet nie potrzebujemy z nikim prowadzić żadnej wymiany, współpracy, kraj stać na samodzielność, czas na odbudowę potencjału jest dla nas ważniejszy niż korzyści, jakie mamy z interakcji międzynarodowej. Dzisiaj w ramach nowego paradygmatu państwa członkowskiego, decyduje się ile Polski jest i ile Polski będzie w Polsce. Problem polega na tym, że źle zaczęliśmy, nie mamy planu na działanie w nowych realiach, a starzy gracze, którzy niekoniecznie pomimo wszelkich deklaracji i nawet obdarowywania nas olbrzymimi ilościami pieniędzy – nie życzą nam do końca dobrze. W interesie niektórych jest, żeby nam się nie udało, wówczas możliwe będą inne scenariusze. Nasze nieszczęście polega na tym, że nie jest nas stać na eksperymenty, a elita którą posiadamy, nie do końca czuje się związana z losem Narodu i państwa, które są bardziej traktowane jako zasób niż podmiot afirmacji.

Od początku państwowości mamy ten problem, że nie mamy własnej kultury, przejęliśmy napływowy kod kulturowy, żeby dołączyć do wielkiej wspólnoty Zachodu, co się nam tak naprawdę do dzisiaj nie udało. Nie potrafiliśmy nawet wziąć przykładu z naszych przyjaciół na Wschodzie, którzy pomimo przyjęcia Chrześcijaństwa, (ale z innego źródła), potrafili je przekształcić w oryginalny i wyróżniający cywilizacyjnie kod kulturowy. Proszę zwrócić uwagę, że Rosja przetrwała dwie rewolucje w XX wieku – i to pomimo licznych wysiłków wielu czynników wokoło, żeby upadła. Jednak udało się jej zachować Imperium, wbrew wszystkiemu. Gdzie my byliśmy w tym czasie? Co takiego robiliśmy, że nie byliśmy w stanie niczego osiągnąć, tak że od 25 lat słyszymy tylko o transformacji i dalszej konieczności poświęcania się.

Dzisiaj, kiedy okazało się, że tak upragnione zachodnie struktury i sojusze, to są bardziej nazwy i logotypy niż realne, rzeczywiste struktury i zobowiązania, stoimy na nowo przed koniecznością samookreślenia się. Skąd idziemy? Kim jesteśmy? Dokąd zmierzamy? Kim chcemy być? Co zamierzamy osiągnąć? Pytania można mnożyć w dalszym ciągu, problemem nie jest to, że nie ma na nie odpowiedzi. Problemem jest to, że nie bardzo jest je, komu i wobec kogo postawić.

W obecnym kształcie zmierzamy do depopulacji i kolejnego resetu, który z jakichś przyczyn wystąpi, czy to się nam podoba, czy nie. Jeżeli będziemy odpowiednio przygotowani, to reset może być dla nas szansą. Jeżeli prześpimy szansę, to nie tylko nie uda się nam uciec do przodu, ale w ogóle może nie być „jutro” i „ciągu dalszego”. Co wówczas? Czy dzisiaj w takich realiach, jakie mamy, komukolwiek chciałoby się poświęcić – no właśnie, z jakiego powodu, dla kogo i w imię czego?

Możemy sobie pisać historie z dowolnej litery i dowolnym alfabetem, ale prawda jest brutalna. Nie mamy ciągłości państwowej, nie mamy pamięci instytucjonalnej, pojęcie wspólnoty Narodowej – do niedawna jeszcze definiowane w oparciu o dzieła klasyków literatury i katolicyzm, dzisiaj jest wypadkową kwantyfikacji negatywnej. Proszę bardzo, niech władza przekona Polaków, że warto umierać za Ojczyznę, albo jeszcze lepiej, – że warto w niej żyć i pracować za pensję zbliżoną do minimalnej!

Niestety, to państwo nie działa. Nie sprawdza się. Niczego już chyba nie gwarantuje. Nie jest w stanie zapewnić dalszego rozwoju społecznego i gospodarczego, zgodnego z aspiracjami społeczeństwa. Nawet kultura upadła. Co więcej religia jest już bardziej instytucjonalna niż żywa. Straszną cenę płacimy za transformację! Straszną!

Skąd idziemy? To dobre, a nawet bardzo dobre pytanie. Niesłychanie trudne do udzielenia odpowiedzi, ponieważ ta odpowiedź od razu determinuje teraźniejszość i stawia przyszłość pod znakiem zapytania. Problem polega na tym, że chyba lepiej jest to zbyć milczeniem.

Kim jesteśmy? Chyba już tylko konsumentami. To w zasadzie odpowiada określeniu ludzi w systemie poddanym neoliberalnemu dyktatowi. Przy czym ta nasza konsumpcja jest bardzo słaba, nie starcza dla wszystkich na poziomie adekwatnym do potrzeb dyktowanych przez skalę rozwoju cywilizacyjnego.

Dokąd zmierzamy? Tutaj obecnie rządzący i decydujący o tym, co jest dobre mają tylko negatywne odpowiedzi. Przede wszystkim mówią o tym, od czego chcemy uciec, chociaż tego już nie ma, ponieważ rzeczywistość się zmieniła. Kapitalizm i Komunizm z Chrześcijaństwem, jako sosem, w którym miały się dobrze, zastąpiła globalizacja, z islamskim terroryzmem, jako odpowiedzią na próbę sprzedaży popularnego napoju gazowanego. Prawdopodobnie mało, kto z naszych włodarzy jest w stanie tak głęboko postrzegać dotyczące nas procesy. Niestety dostępne analizy sponsorowanych przez rząd para think tanków są podporządkowane pod ogólnie rozumiane tezy nawiązujące do liberalizmu w różnych permutacjach.

Kim chcemy być? Dla większości Polaków dzisiaj – szczytem aspiracji jest wkroczenie na wyższy poziom zdolności do konsumpcji. Jest nam w zasadzie wszystko jedno, czy ona będzie odbywać się tutaj, czy gdzieś indziej. Liczą się warunki, w jakich można funkcjonować, a trzeba uczciwie przyznać, że nad Wisłą łatwo nie jest.

Politycy, filozofowie i ludzie nauki, a także ludzie Kościoła muszą znać odpowiedzi na te pytania: Skąd idziemy? Kim jesteśmy? Dokąd zmierzamy? Kim chcemy być? Nie chodzi nawet o to, że ktoś może im te pytania postawić, a oni nie byliby gotowi udzielić odpowiedzi. To w sumie nie byłoby problemem, w tym znaczeniu, że można szukać odpowiedzi. Nasz dramat polega na tym, że ci ludzie nie mają interesu w formułowaniu tego typu pytań. W ogóle wolą nie zadawać pytań, wolą konsumować więcej… Państwo przestało być traktowane, jako coś nadrzędnego, jako coś, – co wymaga nie tylko zadawania takich pytań, ale przede wszystkim je umożliwia. Czy naprawdę chcemy, żeby to inni zadawali takie pytania ponad naszymi głowami i w nieznanym dla nas języku? To się decyduje tu i teraz.

Jest to możliwe, do póki jest ciepła woda w kranie, potem wygrają Ci, co mają mieszkania za wielką wodą…

11 thoughts on “Skąd idziemy? Kim jesteśmy? Dokąd zmierzamy? Kim chcemy być?

  • 19 kwietnia 2015 o 07:52
    Permalink

    Jasny wywód przyczyn braku elit w Polsce.
    Elity tworzy się przez kilka pokoleń.
    Smutne wnioski.

    Odpowiedz
  • 19 kwietnia 2015 o 08:10
    Permalink

    Bo dbać o państwo muszą wszyscy a obecnie nie robi tego nikt. Społeczeństwo spogląda na rząd, rząd spogląda na społeczeństwo a wszyscy traktują kraj jak obiekt rabunkowej eksploatacji. Po 25 latach rabunku powinno przyjść w końcu opamiętanie i próba stworzenia silnego i zdrowego organizmu państwowego na nowych fundamentach. Niestety to tylko płonne nadzieje ponieważ, konsumpcja i życie chwilą całkowicie dominują a efekt to przyśpieszona degradacja ojczyzny. Zmiany muszą zainicjować elity (rządowe, kościelne?) a budowa nowego ładu musi rozpocząć się od odbudowy zaufania społecznego i poczucia wspólnoty. Ludzie muszą poczuć, że nie są traktowani przedmiotowo i że dbamy o siebie w ramach wspólnoty.
    Niestety nie mam zielonego pojęcia jak to osiągnąć nie mając sakiewki pełnej pieniędzy, lub oferty pracy dla każdego. Jednego jestem pewien nie da się tego osiągnąć stosując liberalne mechanizmy gospodarcze. Może dlatego powinniśmy wybrać model południowo-koreański, w którym na starcie wszystko było ręcznie sterowane. Niestety to nie przejdzie w ramach Unii Europejskiej więc koło się zamyka.

    Odpowiedz
    • 19 kwietnia 2015 o 14:09
      Permalink

      Witam. Pozwolę sobie nie zgodzić się z Panem w części treści dotyczącej, że zmiany winny zapoczątkować elity (rządowe, kościelne?) albowiem zaprzecza to wcześniej głoszonej tezie “wszyscy traktują kraj jako obiekt rabunkowej eksploatacji”.
      Jeśli hasłem “neoliberalnego kapitalizmu” jest mieć, to jak przedstawiciele klasy rządzącej, obojętnie czy społeczeństwem czy rzędami dusz, będą sobie w stanie odmówić tego posiadania?
      Przecież do władzy doszli “gołodooopcy”, którzy w swojej pazerności nie są w stanie zrozumieć, że ten “postaw sukna” jakim jest Rzeczpospolita rozerwali już prawie na strzępy.
      Za tzw. komuny ta pazerność była w dużym stopniu samokontrolowana, nie gryzła w oczy taką rozbieżnością dochodów czy przywilejów, a mimo to w historii PRL było wiele protestów społeczeństwa.
      Jak w efekcie do władzy dorwali się tzw. działacze solidarnościowi to hamulce przestały działać.
      No i sprawdziło się chłopskie porzekadło, ażeby na sołtysa wybierać nie dziada, a pełnego i dobrego gospodarza, bo ten pierwszy będzie kradł aby się dorobić, a ten drugi z racji charakteru będzie starał się przysposobić wieś na wzór swojego gospodarstwa.A ukradnie tylko tyle by jego gospodarstwo było we wsi pierwsze.
      Zmiany mogą być zainicjowane jedynie prze tą rozsądniejszą część społeczeństwa, która nie ma przysłoniętych oczu klapką z napisem “mieć” a ma przed nimi napis “być”.
      Ta właśnie rozsądna część społeczeństwa wyraża swoje odczucia, oceny i propozycje w sposób anonimowy w necie.
      Ale działania te są rozproszone bo charakteryzują ich przekonania polityczne rzutujące na cele i metody postępowania.
      Występują jednak problemy wobec których większość społeczności internetowej tak od prawa jak i do lewa potrafi się dogadać i wspólnie wystąpić. Tak było z ACTA, gdzie pod przewodnictwem Anonymus społeczność internetowa potrafiła wpłynąć na władze w Brukseli. Dzięki właśnie internetowi i właściwemu odczuciu trendów antyklerykalnych młodzieży J.Palikot potrafił wejść do sejmu. Co później z tym zrobił to już inna sprawa.
      Są w necie portale, fora czy blogi, które potrafią zjednoczyć wokół siebie setki tysięcy czytelników o różnych poglądach. Przykładowo AdNovum, który racjonalną i sprawdzalną informacją o Noworosji skupia rzesze czytelników, niniejszy portal OP którego analizy i opinie cytowane są przez wiele zagranicznych mediów, blogi P.Gajowego Maruchy czy Zygmunta Białasa udostępniając swoje opinie i oceny, a także opinie z innych stron pozwalają tym rozsądnym czytelnikom zrozumieć obecną rzeczywistość w Polsce, przyczyny jej powstania i ewentualnie (zbyt nieśmiałe) propozycje rozwiązań i zmian.
      Powstała Partia Zmiana, która w swoim hasłowym programie podaje jakie są jej cele i dążenia.
      Ale to wszystko jest za mało, konieczne jest aby ta “prawdziwa” część dziennikarstwa odłożyła na bok swoje przekonania i odczucia polityczne i zaczęła określać priorytety w działaniu. Do tego potrzebna jest strona, którą należy szeroko rozpropagować po portalach mainstreamowych, gdzie na temat tych priorytetów będą się mogli wypowiedzieć wszyscy czytelnicy (obecnie muszą skakać po różnych stronach).
      Wykluje się z tego zarys programowych ZMIAN jakie muszą zajść w kraju i wykluje się z tego opinia, które z istniejących bytów politycznych potrafią je wprowadzić i zasługują na to by je poprzeć.
      A może powstanie partia reprezentująca właśnie tą netową, anonimową część społeczeństwa i na wzór ANONIMUS wezwie swoją społeczność do zagłosowania na nią.

      Odpowiedz
  • 19 kwietnia 2015 o 11:27
    Permalink

    …którzy pomimo przyjęcia Chrześcijaństwa, (ale z innego źródła),
    A jak było “u nas”????

    “W zapiskach z początków państwa polskiego przewijają się wzmianki o istnieniu na naszych ziemiach dwóch metropolii, czyli dwóch siedzib arcybiskupów lub patriarchów. Jedną utworzono staraniem Bolesława Chrobrego w Gnieźnie. Po jego śmierci została wprawdzie złupiona przez najazd Czechów, ale przez to Kościół w Polsce wcale nie popadł w bezhołowie, bo działała druga stolica arcybiskupia – w Krakowie! Tylko że kroniki milczą o tym, kto i kiedy ją założył.
    Pośrednie wnioskowanie wskazuje, że przeniesiono ją tu z Moraw po tym, kiedy państwo wielkomorawskie najechali i zniszczyli pogańscy Węgrzy w bratnim sojuszu z katolickimi Niemcami w roku 907. Metropolia krakowska była obrządku cyrylo-metodiańskiego i nie podlegała ani papieżowi w Rzymie, ani patriarsze w Konstantynopolu. Kraków, jako samodzielna stolica kościelna, był odtąd przez dwieście lat “TRZECIM RZYMEM”!
    Wzmianki w księgach i wykopaliska każą się domyślać, że słowiańskie kościoły, biskupstwa i opactwa istniały w wielu miastach: prócz Krakowa, także w Wiślicy, w Sandomierzu, Zawichoście, Lublinie, Przemyślu, w Grójcu na Mazowszu, w Czersku i w Płocku. Ale zapewne też w stołecznych grodach: z Gnieźnie i w Poznaniu. We Wrocławiu biskup zaczął rezydować w 966 roku, a rok później zabroniono tam używać w liturgii języka słowiańskiego. Chrześcijanie w ówczesnej Polsce dzielili się na “łacinników”, słuchających duchownych sprowadzonych z Niemiec, i na – będących w większości – “Słowian”, czyli wyznawców obrządku cyrylo-metodiańskiego. Jednak “łacinnicy”, usilnie popierani przez piastowskich książąt, Niemców i papieży, w końcu wygrali.”

    http://prawoslawnikatolicy.pl/wp-content/uploads/2013/04/kiedy-krakc3b3w-byc582-trzecim-rzymem.pdf

    Odpowiedz
  • 19 kwietnia 2015 o 15:56
    Permalink

    Co znaczy “właściwa elita”? (określenie Autora). Mimo tragedii II – Światowej, wiele ludzi wykształconych przetrwało i brało czynny udział w odbudowie Polski po 1945 roku i chwała im. Moim zdaniem elita to przede wszystkim intelekt a taką wykształcono również w PRL.Brak empatii i dbałości o państwo to wytwór neoliberalizmu, osobiście popieram małe ojczyzny, czyli kulturę i obyczaje społeczności w danym regionie.

    Odpowiedz
    • 19 kwietnia 2015 o 20:30
      Permalink

      Przytoczę z pamięci wypowiedź przedwojennego profesora: w pierwszych latach po wojnie moim głównym zajęciem była nauka czytania i pisania, takie były wówczas potrzeby i jestem z tego dumny. Elity to sposób zachowania i sposób myślenia.

      Odpowiedz
  • 19 kwietnia 2015 o 18:08
    Permalink

    elity II RP (szczególnie za sanacji) to był taki sam chłam, jak te dzisiejsze. Geniusz cccccc cccccc błyszczałby wówczas pełniejszym blaskiem przy wodzu ccccc i innych klaunach

    Odpowiedz
  • 19 kwietnia 2015 o 18:12
    Permalink

    i bez przesady z tą wyjątkową martyrologią – narody bałkańskie, czy rusofońskie wykrwawiały się bardziej (inna sprawa, że nikt nigdzie nie zrobił takiej fuszerki (politycznej i wojskowej) jak ta z sierpnia 44

    Odpowiedz
  • 19 kwietnia 2015 o 21:17
    Permalink

    Bardzo zmusza pan do refleksji panie K.

    Odpowiedz
  • 12 czerwca 2015 o 19:46
    Permalink

    Smutna prawda, młodzi ludzie już nawet nie chcą czuć jakiegokolwiek powiązania z tą ziemią, jednością narodu, z ojczyzną, już nawet nie ma sensu wspominać o tym jak duży wpływ na to co teraz pozostało z dawnej Polski miała religia. Pomimo tego wielkiego gnębienia i próby wypaczenia jej z tego narodu. Ludzie powinni sobie zadać pytanie jakie wnioski wyciągnęła Polska i Polacy z (przyjmijmy za przykład martyrologii) II WŚ, rozbiorów. Chociaż są w tym kraju organizacje i osoby, które o ducha narodowego walczą to jednak do końca nie wiadomo czy nie są one zbyt skrajnie kierowani nienawiścią i radykalnym nacjonalizmem, który również do niczego dobrego koniec, końców nie prowadzi.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.