Wojskowość

Sikorski i Kerry o tarczy na warunkach na które my pozwolimy?

 Miała być, potem miała nie być, teraz John Kerry zapewnia że jednak rzekomo ma być a USA nie poczyniły żadnych ustępstw w sprawie tarczy wobec Rosji bo wstrzymanie programu miało charakter technologiczny. W oficjalnych komunikatach i listach pana Prezydenta Baracka Obamy do pana Prezydenta Władimira Putina USA mówią bardziej o zaufaniu, Kerry mówi o przejrzystości. Na to nasz niestety minister spraw zagranicznych pan Radosław Sikorski deklaruje współprace z USA i mówi że przejrzystość może być szansą na zwiększenie wiedzy i zaufania do instalacji wojskowych w obu krajach. Przy czym przejrzystość pan nasz niestety minister rozumie jako przejrzystość amerykańskiej tarczy w USA, bo jeżeli chodzi o przejrzystość wirtualnej ciągle amerykańskiej tarczy w Polsce to pan niestety minister stwierdził coś na kształt że jej nie wykluczamy, ale musiałoby się to odbywać za naszą pełną zgodą i na warunkach, na które my pozwolimy.

Szanowni państwo czytelnicy, jeżeli ktoś ma dzieci i zostały mu ich zabawki z wieku w jakim bawiły się one w piaskownicy grzebiąc łopatką niech prześle łopatkę i wiaderko z dokładną instrukcją jak zbudować tarczę przeciwrakietową właśnie z piaskownicy z użyciem wody jako lepiszcza. Następnie możemy się zastanawiać na jakich warunkach na jakie oczywiście pozwolimy (o ile uda się je ustalić i sformułować) zaprosimy do naszej piaskownicy naszych przyjaciół Rosjan. Oczywiście łopatka i wiaderko muszą być „Made in China” – ponieważ u nas już nikt niczego nie produkuje. To tyle w kontekście tego na co możemy sobie pozwolić w przedmiocie jawności, czy też przejrzystości amerykańskiej tarczy przeciwrakietowej na naszym terytorium, której dodajmy nie ma. Ewentualnie możemy postulować wybudowanie jej ze szkła, jest co prawda kruche, ale twarde i jak się potłucze będzie co przerobić na małe statuetki szklane w hutach szkła, które mają się nieźle.

Sam pomysł, że mielibyśmy cokolwiek do powiedzenia w relacjach dwóch mocarstw termonuklearnych w kontekście ich rozgrywki o najwyższą stawkę jest równie odważny jak zadeklarowanie polskiej wyprawy na Marsa. Teoretycznie to także jest możliwe, albowiem mamy pewien potencjał, szaleńców nie brakuje a rakiety całkiem niezłe można kupić na Ukrainie. Kilka lat przygotowań i ktoś poleci – np. szczur. Tak, wysłanie szczura na Marsa samodzielnie przez Polskę i to w jedną stronę jest bardzo adekwatnym pomysłem – porównywalnym do mówienia Amerykanom co mogą robić a czego nie i to za naszą pełną zgodą. Uwaga – pełną, bo jak jest zgoda zwykła to wiadomo że nie jest pełna i mogą robić co chcą zupełnie nie zwracając uwagi na to co mówi małżonek amerykańskiej dziennikarki – nie wiadomo na jakim patencie pełniący funkcję ministra spraw zagranicznych naszego kraju.

Patrząc na sprawę realnie – sami zapędziliśmy się w kozi róg i nasi politycy nawet nie mówią nam prawdy, która jest jak zwykle brutalna i może przysporzyć nam przyśpieszenia w okazywaniu szpetnego oblicza przez historię, o którym niedawno mówił pan premier. Otóż Polska hurra optymistycznie godząc się na lokalizację amerykańskich urządzeń obrony przeciwrakietowej popełniła błąd strategiczny – licząc jedynie na korzyści taktyczne.

Tarcza bowiem ma w swoim założeniu chronić terytorium amerykańskie przez pociskami balistycznymi wystrzeliwanymi z terytorium Iranu. Równie dobrze może się sprawdzić przechwytując pociski rosyjskie wystrzeliwane w kierunku zachodu, ale nie wszystkie tylko prawdopodobnie te o spłaszczonej trajektorii (jak Iskander) o ile opłacałoby się Amerykanom jej do tego celu użyć. Międzykontynentalny atak rakietowy jest realizowany po trajektorii balistycznej, pocisk przelatuje w górnych warstwach atmosfery i zmierza do celu zgodnie z programem. Rakiety bazujące w Polsce miałyby w te rakiety trafiać. O ile byłyby to pociski irańskie, to byłyby one na tyle wysoko, że prawdopodobieństwo opadu radioaktywnego złomu na terytorium Polski byłoby stosunkowo małe – jednakże istniejące, realne i prawdopodobne. Strzelając do pocisków z terytorium Białorusi lub Rosji lecących ze wschodu na zachód – w razie trafienia – prawie na pewno i tak ponieślibyśmy jego skutki, to znaczy opad zniszczonej głowicy z materiałem radioaktywnym na terytorium Polski lub gdzieś na pograniczu. Iskander bowiem jest tak dobrze pomyślany, że ma on spłaszczoną szczytową fazę lotu – nie leci po klasycznej paraboli, zatem jego zniszczenie siłą rzeczy następowałoby co najmniej w połowie trasy lotu lub już nad celem w Polsce – czyli na końcu trajektorii.

Oczywiście Rosjanie nie są początkującymi małymi rakietnikami i jeżeli dokonają ataku na zachód, to zrobią to w taki sposób żeby przełamać każdą obronę przeciwrakietową – odpalając na raz z różnych kierunków kilkadziesiąt rakiet, z których jedna lub kilka będą mogły przenosić głowice z bronią niekonwencjonalną a reszta posłuży do ich zamaskowana, swoistego ukrycia w tłumie. Przez co „nasza” tarcza będzie miała problem ze zniszczeniem celów, bo wybranie stanowiących największe zagrożenie tych właściwych w momencie gdy od odpalenia do uderzenia upływa kilka minut – nie jest wcale takie proste. W efekcie tarcza wyposażona w kilkanaście lub kilkadziesiąt rakiet służących do obrony przed Iranem – może wcale nie zostać użyta w przypadku ataku ze wschodu.

Poza tym trzeba zwrócić uwagę na fakt, że dla skuteczności taka bateria musiałaby działać w reżimie automatycznym, to znaczy zaatakować cel po jego wykryciu. Ze względu na czas jakiekolwiek procedury po prostu wykluczają pośrednictwo polskich polityków. W ten sposób możemy wejść w stan wojny z Iranem niejako automatycznie. Jednakże skutki dyplomatyczne mają tutaj znaczenie trzeciorzędne.

Wnioski – stoimy w rogu ze spuszczonymi spodniami i palcem w ustach. Odwróceni od klasy myślimy, że nas nikt nie widzi. Żeby było śmiesznie – nie zrobiliśmy nic złego, tylko na pytanie nauczyciela – kto chce rzucać w drugiego z najsilniejszych uczniów w klasie kredą, oczywiście jako pierwsi prymusi podnieśliśmy dłoń w górę! Problem polega na tym, że zarówno nauczyciel jak i najsilniejszy uczeń trzymają razem sztamę, a nauczyciel pozwala nawet najsilniejszemu lekko poszturchiwać takich frajerów jak my. Nie dlatego bo ktoś nas nie lubi, ale dlatego ponieważ silniejszy zawsze się rozpycha a my zamiast umiejętnie zejść mu z drogi – wystawiamy nogę jak idzie. Po co?

Najlepiej jest się nie podejmować rzeczy na które nie mamy żadnego wpływu, a w istocie mogą nam jedynie zaszkodzić.

Nasi politycy muszą zrozumieć i mieć odwagę to przyznać przed wyborcami, że jedyną bronią zdolną do ochronienia nas przed atakiem potencjalnego nieprzyjaciela jest własna broń ofensywna. Obrona przeciwrakietowa to niezbędny dodatkowy komponent zwiększający nasze szanse na przetrwanie, jednakże absolutnym priorytetem powinna być własna broń niekonwencjonalna zdolna do odstraszenia potencjalnego napastnika i środki jej przenoszenia. Wówczas moglibyśmy się bawić w tarczę mającą na celu ochronę zaprzyjaźnionego z nami mocarstwa. W obecnych warunkach alternatywą jest pacyfizm, albo przynajmniej nie drażnienie niedźwiedzia głupotą „naszych” niestety elit.

2 komentarze

  1. Żaba nadstawiająca płetwiastą nogę, jak konia kują – nic więcej.

  2. Tekst przemyślany, tyle że już w chwili pisania trochę nieaktualny. Wszelkie techniczne uwagi Autora, odnosić by się mogły do tych instalacji (Faza IV) z których montażu w Polsce zrezygnowano. Ta właśnie część “parasola” odpowiedzialna miała być za (między innymi) rakiety wystrzelone z Iranu. Ale skoro podejście do Iranu się zmieniło, to straciło to sens. Natomiast rakiety z fazy III (a ma ich być prawdopodobnie około setki – bo mowa o “ilości jak na okrętach”, patrz: Arleigh Burke), która wciąż jest aktualna, mogą strzelać do pocisków krótkiego (wymierzonych w Polskę, bądź Litwę) lub średniego zasięgu (lecących na zachód Europy). Pociski wymierzone w USA, przelatujące ponad naszymi głowami, były powyżej pułapu przechwycenia.

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.