Scenariusze koalicyjne, czyli burza w szklance wody

Dwa dni media się emocjonują tym czy będzie wspólna konferencja potem, dlaczego jej nie było, jeszcze potem, co powiedział rzecznik Graś, a czego nie powiedział, a jaka jest atmosfera w Sejmie, czy dzwonią telefony posłów Palikota, czy jedna z posłanek prawicy odwiedza premiera i w jakim celu, i wreszcie pytanie kulminacyjne czy będą wcześniejsze wybory.

Jest to typowe nakręcanie bałaganu i polskiego piekiełka przez naszych dziennikarzy, wyćwiczonych w kreowaniu fikcji i generowaniu faktów przez ich medialne pompowanie. Pewna popularna stacja telewizyjna, wręcz celuje w uprawianiu polityki metodą medialnych faktów dokonanych, niestety wychodzi to jej wspaniale.

Dziwi to, że jak na razie nikt nie straszy powrotem krwiożerczego PiS-u, albowiem ta przerażająca wizja jeszcze nie tak dawno, była jednym z głównym wątków dyskusji medialnych, najczęściej dziennikarzy z dziennikarzami, albo z pseudo ekspertami.

Dla w zasadzie każdego obserwatora rozejście się dróg koalicjantów na zagadnieniu emerytalnym nie jest niczym dziwnym. To wynik zwyczajnej niezgodności światopoglądowej pomiędzy partią interesu klasowego a partią aspirującą do miana liberalnej centro-prawicy. Tak musiało się stać, jeżeli ktokolwiek spodziewał się, że partia interesu klasowego połknie jak rybka przynętę liczbę „67” i inne pomysły rządu – byłby niedoświadczonym hurra optymistą. Waldemar Pawlak nie miał innego wyjścia, nie mógł się na to zgodzić… w pierwszym rozdaniu, a w istocie w zaproszeniu do gry. Albowiem to, co widzimy na ekranach swoich telewizorów to sprawozdanie z gry politycznej, z próbą jej moderowania. Zaczyna się właśnie festiwal przepychanek, szantaży, zachęt, nęcenia, przekupstwa. Nic nadzwyczajnego normalne negocjacje polityczne, w których silniejszy bierze wszystko i nie ma żadnych zasad – można zrobić wszystko, stworzyć każdą sytuację. To jest polityka i na tym ona polega, wszyscy gracze mają mandat wyborczy, powierzony im przez społeczeństwo. Jeżeli ktoś odpuści w poszukiwaniu porozumienia na polu kompromisu, musi w zamian coś dostać.

Jest oczywistym, że kompromis emerytalny wymaga szerokiego konsensusu parlamentarnego. Platforma Obywatelska potrzebuje PSL, Ruchu Palikota i SLD, takie głosowanie – wsparcie tych trzech sił byłoby najlepsze dla tej reformy. Nie ma nic lepszego niż szeroki konsensus i zgoda narodowa. Oczywiście w takim scenariuszu należałoby pójść na daleko idące ustępstwa, albowiem trzeba by zadowolić trzech współgłosujących – każdy z nich musiałby nasycić się i pożywić. To jest możliwe, tylko prawdopodobnie o takie rozmiękczanie reformy premierowi prawdopodobnie nie chodzi, poza tym generalnie nie ma z czego spuszczać, bo reforma w obecnym kształcie to jedynie wersja soft tego co powinno się narodowi zaaplikować.

Dogadanie się z samym PSL będzie oznaczać, że PO zostanie zmuszone do odpuszczenia w innej dziedzinie – prawdopodobnie w kwestiach uprawnień socjalnych ludności wiejskiej. Jednakże to samo w sobie byłoby zepsuciem reformy emerytalnej, albowiem jej największą zaletą ma być powszechność represji – wszyscy muszą stracić, żeby starczyło dla wszystkich. Likwidacja świętych krów i przywilejów różnych grup społecznych, jest podstawą przedstawienia reformy, jako powszechnej, dotyczącej wszystkich i przeprowadzanej dla dobra wszystkich.

Dogadanie się z SLD lub Ruchem Palikota wbrew PSL będzie oznaczać w świetle naszych standardów politycznych zerwanie koalicji. Dla PSL będzie to koniec kariery i odejście w zamrażarkę na 3 lata, dlatego nie ma takiego zagrożenia, albowiem Waldemar Pawlak decydując się na to ukręciłby sam dla siebie sznur we własnej partii. Zwłaszcza w kontekście koniecznych sum do zapłacenia, jakie ciążą nad PSL. Innymi słowy, koalicja okazałaby się do tego stopnia dalece elastyczna, że przetrwałaby ewentualne – inne głosowanie Platformy obywatelskiej nad kwestią emerytalną niż głosowanie PSL.

Głosowanie razem z Ruchem Palikota jest najbardziej prawdopodobne, albowiem po to ta partia została stworzona, żeby być supportem dla PO. Oczywiście z konieczności zostałyby wprowadzone jakieś ustępstwa dla np. wcześniejszych emerytur osób transseksualnych itp., drobiazgi odpryskowe. Wprowadzenie ludzi Ruchu Palikota na najważniejsze stanowiska państwowe i rządowe jest po prostu niemożliwe, to się nie zdarzy, do tego Donald Tusk nie dopuści, tylko z tego powodu, ponieważ oznaczałoby to umocnienie finansowe i polityczne tej formacji w skali przekraczającej długość przyznanej im smyczy swobody.

Głosowanie razem z SLD, oznaczałoby konieczność solidnej zapłaty, czyli należałoby dać Leszkowi Millerowi coś takiego, co spowodowałoby, że zaryzykowałby miano kawiorowej i sprzedajnej lewicy – oddając sporą część elektoratu na trwale PiSowi, który do granic brutalności wykorzystałby taki podarunek w swoim socjalnym programie.

Z powyższych względów idealną byłaby sytuacja wstrzymania się od głosu PSL, oraz poparcia propozycji rządowych przez Palikota i Millera. Dałoby to duża i bezpieczną większość, nawet przy sprzeciwie jakiejś ilości posłów z Platformy Obywatelskiej.

W konsekwencji mielibyśmy i koalicję, i reformę i zadowoloną prorządową opozycję, oraz rozwścieczoną antyrządową opozycję.

Szumnie sugerowane przez wielu wcześniejsze wybory są nie do przeprowadzenia, jeżeli zdecydowaliby się na to panowie Tusk i Pawlak, a piłka w tej kwestii jest w ich ogródku, to oboje popełniliby polityczne samobójstwo, albowiem zwycięzcą wyborów, – które musiałby się odbyć za około 3 miesiące, czyli w czerwcu – akurat na Euro 2012 – byłoby triumfujące powrót do władzy PiS, być może nie samodzielnie, ale z innymi partiami prawicowymi.

Obserwowane stawianie warunków przez Waldemara Pawlaka to zwykła gra polityczna, tego wprawionego w licznych bojach męża stanu. Można mieć nadzieję, że doświadczenie polityczne, pragmatyzm oraz odpowiedzialność za kraj wezmą górę w koalicji i nie będzie nam groził żaden wariant destabilizacyjny.

Istnieje jednak niebezpieczeństwo – wypalenia się Platformy Obywatelskiej, w stopniu dla nas nieznanym. Jeżeli by to faktycznie miało miejsce, to oznacza w praktyce, że musiałoby w tej partii dojść do przetasowania – zmiany lidera i wewnętrznej „grupy trzymającej władze”. To rodziłoby zagrożenie scenariusza wyborczego, jako jednej z wypadkowych możliwego układu zdarzeń. Jednakże wynik głosowania byłby skrajnie niepewny i niewiadomy, a utrata władzy w przyśpieszonych wyborach – byłaby zarazem klęską Platformy Obywatelskiej, jako formuły politycznej w ogóle.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.