Polityka

Scenariusz upadku rządu PO – PSL, czyli sejmowe liberum veto

 Kurczy się ilość koalicyjnych szabel w Sejmie. Charyzmatyczny przywódca ruchu antysystemowego zapowiada przejście pod jego sztandary kolejnych posłów z rządzącej partii. Jedna z posłanek jest w zaawansowanej ciąży, co ją prawdopodobnie wyłączy w najbliższym czasie ze sprawowania urzędu. Niepokojąco zbliżamy się do liczby 231, która będzie oznaczać dla rządu sytuację dramatyczną, – bo niezbędną będzie 100% frekwencja posłów rządzącej koalicji w Sejmie na każdym głosowaniu.

Niezwykle trudno jest zdyscyplinować klub poselski, posłowie przeważnie żyją własnym życiem – zdarza się, że jako wolne „byty elektronowe” – mające w głębokim niepoważaniu dyscyplinę. Nic nie muszą. Jedyne, co może ich zdyscyplinować, to wizja utraty miejsca na liście partyjnej w następnych wyborach, a do nich jest zgodnie z kalendarzem wyborczym niezwykle daleko. Dlatego zarządzanie klubem poselskim wymaga zręczności dyplomaty, miłości bliźniego na wzór Świętego Franciszka i atrakcyjności, co najmniej na poziomie posłanki Muchy.

Praktyka funkcjonowania Sejmu od strony czysto ludzkiej bywa nieraz prawdziwie brutalna. Pod posłów podpinają się różne lokalne i branżowe układy, co powoduje, że stają się oni naturalnymi pośrednikami – lobbystami na linii interesariusze – władza. Nikt sprawniej niż poseł nie załatwi sprawy w ministerstwie, urzędzie centralnym lub nawet bezpośrednio z panem premierem. Oczywiście mówimy o działaniach w granicach prawa, bo inne przecież się nie zdarzają, a przynajmniej nie powinny.

Stąd też, posłowie chcąc mieć władzę realną – muszą zabiegać o popularność u wpływowych kolegów, zarządzających kluczowymi działami administracji państwowej. Stosunkowo liczni posłowie, którzy mają własne pieniądze mogą sobie pozwolić na wolty, bunty i przejścia, – ponieważ nie będą potrzebowali na jedzenie w razie niepowodzenia działalności politycznej lub upadku Sejmu. Z takimi jest o tyle trudniej, że trzeba im zaproponować coś konkretnego – prawdziwego i realnego, co nadaje się do konsumpcji dla nich i ich kręgów interesariuszy. Tylko w ten sposób można skutecznie zarządzać klubem partyjnym, zwłaszcza w partii będącej w koalicji rządzącej.

Problem pojawia się wówczas, gdy liczba wspomnianych na początku szabel spada do poziomu 231. Wówczas, prawdopodobnie każdy poseł czuje się wewnętrznie jeszcze ważniejszy, ponieważ jeżeli wystąpi z klubu – rzuci legitymacją partyjną, to w praktyce koalicja traci rację bytu, którą wyznacza formalna zdolność do przegłosowywania swoich projektów. Warto spróbować wcielić się w psychikę przeciętnego posła, jak nagle staje się on ważny. Jak nagle narasta presja jego środowiska interesariuszy na jego ambicję – no, bo przecież, kto z rządzących odmówi posłowi, jeżeli ma przewagę koalicyjną jednego głosu? Osłabienie koalicji rządzącej do tej granicy głosów – oznacza w praktyce, że zarządzanie klubem staje się balansowaniem po ostrzu noża, a niektórzy twierdzą, że nawet po łańcuchu włączonej piły spalinowej do cięcia drewna. No, bo jak tu nie odmówić?

Można zaszantażować grupę, na zasadzie, – jeżeli jeden się wyłamie to stracimy wszyscy. Owszem ta strategia ma sens, jednakże tylko wówczas, jeżeli posłowie są uzależnieni od mandatu w sensie ekonomicznym. Dominująca cześć naszych przedstawicieli – zwłaszcza z rządzącej koalicji, to ludzie stosunkowo majętni. Dlatego też straszak ekonomiczny nie zadziała, nie ma szans na dłuższa metę.

Pozostaje jedynie polityka marchewki, czyli rozdawnictwa – licząc na to, że ludzie się nie zbuntują – a wiemy, że niczym przy klasycznym „liberum veto”, jeżeli choć jeden poseł się wykluczy to całość domku z kart upadnie z głośnym hukiem.

Wiedzą o tym wszystkim panowie Tusk, Schetyna, Palikot, Pawlak, Miller i Kaczyński. Prawdopodobnie stosowne przetargi, – co w zamian, za co są już ustawione, w momencie gdyby udało się koalicję wykruszyć poniżej progu. Nikomu nie opłacają się wybory z wyjątkiem Prawa i Sprawiedliwości no i oczywiście partii pozaparlamentarnych. Dlatego premier Tusk, jeżeli będzie chciał rządzić – zawsze znajdzie popleczników, nawet w scenariuszu rządu mniejszościowego.

Problem polega jednak na tym, że nawet taka osoba o stalowych nerwach – jak pan Donald Tusk, też ma jakąś granicę wytrzymałości. Istnieje ryzyko, że specjalnie, – ponieważ nie może, nie potrafi lub nie jest w stanie reformować kraju w takich sposób, w jaki prawdopodobnie chciałby – może doprowadzić do upadku koalicji i wcześniejszych wyborów. Alternatywnie, jeżeli siła „układu” wewnątrz Platformy Obywatelskiej będzie wystarczająca, to istnieje poważna szansa na rebranding i Platformę 2.0 z np. panem Schetyną na czele, – jako premierem nowego-starego rządu, w koalicji z panem Millerem, lub panem Palikotem.

Najgorsze, co może czekać Polskę, to scenariusz wydłubywania sobie posłów, po jednym po dwa – przez poszczególne formacje polityczne. Jeżeli taka praktyka stałaby się powszechna, a jest to możliwe, bo formalnie obnosi się z nią pan Janusz Palikot, to mielibyśmy do czynienia z faktycznym psuciem parlamentaryzmu i szkodzeniem państwu polskiemu. Wolność poselska to jedno, natomiast ewidentną słabością naszego parlamentaryzmu jest to, – że głosując w istocie na listy partyjne – logotypy, w żadnej mierze nie zobowiązujemy do niczego poszczególnych polityków. Dlatego też, mogą oni traktować rzeczywistość polityczną, jako „placyk” do „fajnej” zabawy i przenosić się z partii do partii – podobnie jak to uczynił niedawno poseł z Krakowa pan Gibała.

Reasumując, rząd czeka trudny okres a państwo jest wystawione na ryzyko destabilizacji, – jeżeli o zdolności do rządzenia miałoby decydować kilku nielojalnych posłów, lub ewentualne komplikacje okołoporodowe sympatycznej pani poseł Agnieszki Pomaski.

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.