Sąsiadów sposób na święta

Dziwne sąsiady

Że z nimi coś jest nie tak, wiedzieli wszyscy od dawna, choć nikt nigdy tego jasno i wyraźnie nie formułował. Co najwyżej półgębkiem, ukradkiem. Nikt się młodemu nie chciał narazić. Bo i po co wszczynać awanturę. Po co się narażać. A bo to głupich sieją? Sami się rodzą. A wiadomo, gówno niechcący choćby nadepniesz, a noga ci śmierdzieć będzie cała. Lepiej omijać. Jak najdalej wymijać. Tak po trosze to i wszyscy się z nich ukradkiem śmiali. Półgębkiem. Widok stanowili pocieszny bowiem. Wszyscy. I starzy i młodzi.

O starym powiedzieć można jedno właściwie: zadufany w sobie kurdupel. Wzrostem bynajmniej nie grzeszył. Nadrabiał za to zadzieraniem nosa. Bo co to to nie on. Nikomu się pierwszy nie kłaniał. No bo niby żeby jak? On? Pierwszy? A gdzież tam! Nikomu pierwszy dzień dobry nie mówił. Co najwyżej odpowiadał. Właściwie coś niewyraźnie odbąkiwał pod nosem. Mamrotał coś tam w odpowiedzi niewyraźnie. A już najczęściej to chodził dziwnie tak jakoś bokiem. Bokiem, a do przodu. A jak nie bokiem już, to przynajmniej że niby akurat patrzył w inną stronę. Że niby głowę gdzieś był skierował akurat. No i nie widział. Nie dostrzegał ze wszystkich sił i z całej swej pomysłowości.

Pocieszny to bywał zaiste widok. Gdy się go tak mijało, gdy on tak to niby że bokiem, że niby w inną patrząc stronę schodził był po schodach akurat, to aż kark człowieka bolał od samego tego nań patrzenia. Bo gdyby tylko mógł, gdyby mu na to na nasza ludzka nieszczęsna (nieszczęsna, bo jednak oporna i na przekór) anatomia pozwalała była, toby tę głowę w tył zupełnie niekiedy sobie ją poodwracał. Byleby nikogo na schodach nie widzieć. Nikogo na schodach nie dostrzegać. Nikogo to niby schodząc li też wchodząc nie dostrzegać. Bo jak był nie dostrzegał, to niby komu tu on pierwszy miał niby dzieńdobrować. No nikomu przecież. To jemu się kłaniano z grzeczności raczej niźli z uprzejmości dobrosąsiedzkiej. Taki ci to on ważny. Czasem mu jednak coś tam przeskakiwało i sam się był z innymi już z daleka witał. Ale rzadko. Więc jeśli już się było to zdarzało, szemrano o tym po kątach całymi dniami po okolicy. Takie to było rzadkie i niesłychane zjawisko. Dziwak i tyle. No i w sumie kurdupel. Mały i chudy. Młodemu pod pachą by przeszedł był. Tak go synek szemrany przerósł. Ino patrzeć, jak młody starym szastać zacznie, po kątach go ustawiać.

Nie lepsza mamuśka

Jest jeszcze mamusia. Mameczka młodego, wpatrzona weń niczym w obrazek. Cóż że sam obrazek nieciekawy, że byle jaki, że w sumie to o kant tyłka i tyle. Ale ci to on synek mamusi jest i basta. Jej ci to synaleczek. Najukochanieńszy. Równie zaciekawiający okaz człowieczego pokrzywienia charakterów z tej maminki był, że ho ho. Paniusia z niej gębą pulchną a pełną, co to wyżej nos ma niżli czubek głowy. Tak se go zadzierała była. Ile tylko zdołała. Rodzinne to u nich chyba jakieś. A pulchnawa przy tym jak nie wiem. Jak się gdzieś o niej mówiło, a jeśli już mówić się musiało, to zawsze niemal ze sporym co najmniej niesmakiem było się mówiło, bywało, że ten i ów rzucał o niej w sowach nie przebierając: „ta gruba dupa”. Dokładali niekiedy do tego jeszcze ci i owi z wyraźnym niesmakiem: „stara”. Nie żeby jakoś rzeczywiście bardzo była stara. Albo i gruba. No chuda w każdym razie nie była. To fakt. Ale bez przesady znowu. Ale tak jakoś chodziła, tak jakoś nogami powłóczyła biegnąc w pośpiechu, że i staro i grubo jej było przy tym.

A jeszcze do tego z twarzy paskudna. Nie, żeby zaraz brzydka. Nie w tym rzecz. Nie w braku urody paskudztwa doszukiwać się należy. Paskudna była swą wiecznie niezadowoloną wredną miną, jaką nieustannie przywdziewała. Wiecznie wkurzona. Wiecznie zła. Wiecznie wściekła. Babsztyl jak nic. Ot mamuśka. Babostwór. Babotwór na tkance społecznej.

Maraton ze święconką

No i on. Młody i niepiękny. Nadęty bardziej chyba nawet niźli wysoki. A wzrostu mu przecież bynajmniej nie zbywało. Chamuś pełną gębą. Chamowatości w nim tyle, że obdarzyć nią mógł zastęp cały chamów początkujących, a jemu by niewiele zbyło przy tem. I w słowach obelżywy. Oj gęb to miał niewyparzoną wielce, oj miał. I w zachowaniu obleśny. I postawie bandycki jakiś taki. Łajza, której lepiej z drogi schodzić, a z daleka obchodzić, a z drogi z daleka schodzić albo i lepiej nawet zawrócić, byleby paszcza w paszczę z nim się nie spotkać.

A oto i święta. Wielkanoc za pasem. Poranek słoneczny, ale nie żeby tam jakoś upalny. Ot ciepławy, ale bez przesady. Rześki bardzo. Ale co tam. On młody, więc co mu tam. No i idą rankiem. Ze święconką. On pierwszy. W podkoszulku tylko. Grzywa tylko dlatego nie rozwiana, że zestrzygł się był na pałę. Zapiernicza, że nieomal nogi mu z tyłka wypadają. Tak zasuwa. I pcha wózek. Bo się był dochrapał potomka swego. Małego pulpeta. Szczęściem mały, choć tłusty przesadnie, to mimo wszystko do ojca niepodobny. Za to do dziadka pełną gębą. Ale nie tego małego kurduplca. Tego drugiego, młodej ojca. Młodemu jednak nikt tego nie mówi, bo zaraz by w pysk jeszcze oberwać mógł był. Jeśli nie piąchą, to pianą z pyska toczoną i mięsem w słowach obelżywych. Po prawdzie dla małego to szczęście wielkie jest. Bo nie dość, że istny pulpet, to jeszcze byłby był brzydki po tatusiu niczym noc okrutna listopadowa. Się pulpecikowi upiekło. Chociaż tyle.

Młody zasuwa z wózkiem, ile wlezie nogi swe długie w pędzie przed się wyciąga. A za nim młoda. Ofiara miłości. Własność i sługa uniżona pana i władcy swego. Malutka, chudziutka. Nieduża, drobniuteńka. Przygarbiona. Zabiedzona. Ubrana w liche palciątko. Człowiek patrząc na nią wrażenie odnosi nieodparte, jakoby z zimna drżała. A może ze strachu jakiego się trzęsie? Że nie zdąży za swym władcą? Dyrda co sił w krótkich swych chudziuteńkich nóżkach. Byleby zdążyć. Bo jak nie zdąży, to się jej dostanie pewnikiem. Jeśli nie przy ludziach młody ją zgnoi, to z pewnością młody zgnoi ją w domu. A w domu to i gorzej jeszcze może być niźli przy ludziach. Bo tu co najwyżej szydera ją jaka spotka i tyle.

Młoda w ręku wielki kosz ze święconką taszczy. Widać, że ciężki dla niej. Że go młoda ledwo dźwiga. No ale musi. On jej nie pomoże. Nie jego broszka. On ma synusia. On zajęty. On pędzi. Ona dyrda. I jeszcze piesek. Oczywiście ona musi tego pieska na smyczy. A ten co rusz ją szarpie i omal nie przewraca skacząc to tu to tam. Pies musi być. A tak w ogóle to dziw, że on z wózkiem, a nie z pieseczkiem na święcone biegnie. Zazwyczaj, gdy się ich czasem widzi na jakim spacerze (razem to rzadko niezwykle), to on zawsze z pieseczkiem. Ona z wózkiem. On nigdy. On pierwszy. Piesek z nim. Ona za nimi z wózkiem. W wózku ich pączuś tłuściuteńki. Albo ona w domu, a on z pieskiem na spacer. Ona co najwyżej sama czasem, gdy jego nie ma w domu i z wózkiem i z pieskiem wtedy wychodzi. Ukradkiem, zgarbiona, zawstydzona czegoś jakby.

Milczysz

1994-11-16/17
Łódź
Oli Kosiorowskiej

Milczysz
milczenie Twoje
przeraża

Jest grzmotem
wodospadu
drży serce
wulkanem ciszy

Milczysz
czemu
nikt nie wie
a Ty milczysz

Serce przerażasz moje
swym bezdźwiękiem

Tęsknię rozmowy z Tobą…

Adam Gabriel Grzelązka

Święta a ona sama w domu

Święta. Starzy gdzieś zniknęli. Wyjechali jeszcze wczoraj wieczorem. Się po okolicy mówi, że ponoć n święta nad morze. Do rana dojadą. W domu tylko młodzi. Młodych starzy nie zabrali. Ciekawe swoją drogą, czemu. Młody o wyglądzie bandyty, w krótkim koszulku, z pieskiem na smyczy leci gdzieś z samego rana. Pod pachą wałówka jakaś. Wrócił dopiero wieczorem. Późnym wieczorem. Na szarówce już. Ona sama z pulpetem w domu. Sama jak palec. Cały świąt dzień. Bez niego. Bez psa. Z pączusiem jedynie.

Kolejny dzień świąt to samo. On gdzieś z samego rana. Pod pachą wałówka. Na smyczy pieseczek nieodłączny od niego. Ona sama w domu. No i pulpet z nią. Z jedną różnicą. Wkrótce po tym, jak jej pan i władca wszechwładny z domu z pieskiem, ona w palciątku swym lichym, z pulpetem pod pachą pobiegła skulona truchcikiem kawałek ulicy dalej, na skrzyżowanie. Tam zaraz za rogiem, zupełnie jakby ukradkiem, wsiadła była do wozu swego ojca i byli odjechali w największym pośpiechu. Wróciła wieczorem. Tuż przed szarówką. Samochód zaparkował za rogiem. Ona wysiadła, wzięła pulpeta na ręce i pobiegła truchcikiem lekko zgarbiona do domu w tym swoim lichawym palciątku. Wkrótce do domu wrócił z pieseczkiem jej pan i władca wszechpotężny.

Zmierzchało się już. Szarówka w noc przechodziła. Tuż po młodym nadjechali jego starzy. Samochód jej ojca dawno odjechał. Pożegnali się byli przez szybę, w wielkim pośpiechu. Nie odprowadzał jej, nie zaszedł był do domu. Nie pierwszy to zresztą raz. Zawsze tak było. Jeśli przyjeżdżał, nawet jeśli nie parkował ukradkiem za rogiem jak tym razem, lecz oficjalnie, pod bramą stawał był, nie wchodził nigdy, furtki nie przekraczał był stopą swą, tylko czekał był na modą w samochodzie. Nawet nie gasił był silnika, zawsze gotów w każdym momencie natychmiast odjechać. Co najwyżej wysiadał, aby pomóc jej do furtki bagaż podnieść. Nigdy dalej. Ot rodzinka. Ot świąt sposób spędzania przez sąsiadów.

Poznań, 2016.03.29
Autor: Adam Gabriel Grzelązka

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.