Polityka

Sądy nie mogą cenzurować prasy

 Zakaz publikacji z powodów obyczajowych to czczy idiotyzm i przekroczenie granic nie tylko dobrego smaku, ale także prawa do wolności wypowiedzi przez stosujący ten zakaz sądy. Mówiąc wprost jest to zawoalowana cenzura.

Jeżeli jakakolwiek informacja jest prawdziwa – ma prawo być opublikowana, nawet jeżeli dotyczy najintymniejszych kwestii z życia osób publicznych, pod jednym jedynym warunkiem – odnoszenia się do wcześniejszych deklaracji danej osoby publicznej. Jeżeli więc mamy do czynienia z faktami, które stoją w jawnej sprzeczności z deklaracjami osoby publicznej np. polityka, – który przykładowo podaje powszechnie, że jest przykładnym mężem i ojcem i ma rodzinę w mieście X., z którą się obnosi po afiszach np. wyborczych – a równolegle uprawia stosunki seksualne i jest w bliskim pożyciu z panią inną niż jego żona w mieście Y., to taka informacja nie może być tajemnicą, gdyż jest to ujawnienie kłamstwa i obłudy – kłamcy, bigamisty, cudzołożnika i obłudnika. To bardzo ważna informacja, zwłaszcza, jeżeli dana osoba deklaruje się, jako wierzący katolik, albowiem takie postępowanie może wykluczać go ze wspólnoty wiernych. Nie można tego zatajać przed wspólnotą, którą tworzymy z racji postępu technicznego w całej naszej rozciągłości językowej!

Nie może być zgody na to, żeby sądy Rzeczpospolitej nakazywały powstrzymywanie publikacji czegokolwiek, nawet, jeżeli to jest materiał nieprawdziwy. Niech sobie poszkodowany pozwie publikującego – niech sąd przysądzi tak totalnie gigantyczną karę, że wydawca będzie musiał zamknąć biznesie a panowie lub panie dziennikarze zając się np. zbieraniem grzybów w lesie, albowiem z każdej legalnej pracy do końca życia komornik będzie im zabierał 85% tytułem zasądzonych odszkodowań dla bezprawnie pomówionego! Niech to działa dokładnie w ten sposób, ale nie ograniczajmy wolności słowa i prawa do wypowiedzi – nawet, jeżeli jest to mówienie głupot. Nie powinno się zakazywać ludziom dowolności ich zachowań, bo to wyklucza pluralizm, ogranicza kreatywność i przypomina naprawdę stalinowskie metody paskudnej cenzury restrykcyjno-prewencyjnej. Co to w ogóle ma być? Jakim prawem – słowa przeciwko słowu?

Jeżeli damy przyzwolenie na to, żeby w przypadku zabezpieczenia powództwa doprowadzać do cenzurowania wypowiedzi prasowych, radiowych lub telewizyjnych to będzie równoznaczne z pozwoleniem na licencjonowanie demokracji przez jedną z władz – rzekomo niezależną i niepodlegającą krytyce. Skończmy, zatem z fikcją i wyznaczmy normalny kodeks prasowy – mówiący o tym, co można i w jakiej sytuacji oraz co jest szczególnie ważne, w jakim kontekście napisać. Bez tego nie tylko stracimy na działaniu demokracji, ale nie będzie równowagi, – bo rzeczywiście ta słynna czwarta władza „media” mogą być uprzywilejowane w swoich działaniach, gdyż nie podlegają innej kontroli niż tej na liście płac. To też – zgódźmy się nie jest idealny system, albowiem nie ma w nim miejsca nawet na mający środowiskowe przełożenie ostracyzm zawodowy. Dziennikarze piszą, co chcą, o kim chcą, jak chcą i mogą dowolnie konfabulować – niszcząc życie, zdrowie i szkodząc interesom dowolnego celu ataku prasowego. Więc zgadzamy się – niech będą wyznaczone realne ramy – nie do przekroczenia, które mogą powodować już nie tylko odpowiedzialność wynikającą ze strzelania pozwami przez niezadowolonych, ale także normalną karną związaną z koniecznością pobytu w więzieniu.

Jednakże niech będzie powszechne wiadomo, że np. nie piszemy o domysłach dotyczących dywagacji – czy dany polityk ma kochankę lub kochanka, a pewna znana żona ważnego polityka uprawiała seks-sport ze swoimi ochroniarzami. Rozumiemy, nakładamy szlaban na sprawy obyczajowe – nie piszemy, że pewien dostojny poważny mąż i ojciec – bije swoją żonę i dzieci też łoi i to tak bardzo, że prostytuują się po wiadomo, jakich tarasach wiadomo, koło jakiego dworca – wiadomo, w jakim mieście. Ustalmy ramy, zasady – niech będą ograniczenia, na które nic nie poradzimy będziemy je stosować.

Powstaje jednak pytanie – jak pogodzić elementarną potrzebę relacjonowania i komentowania wydarzeń takich, jakimi one są – jak są widziane przez media w zderzeniu z lukrowanym światem PR-u, czyli przekazów moderowanych i pożądanych przez świat publiczny? Co zrobić, jeżeli dziennikarz słyszy rano w radiu znanego polityka o deklarowanych poglądach prawicowych i przywiązaniu do wartości tradycyjnych w tym rodziny – zresztą poważnego ojca i męża – troską otaczającego własną bardzo udaną rodzinę, ba nawet czasami spotyka całą gromadkę na zakupach w lokalnym centrum handlowym, widuje w parku z okazji uroczystości patriotycznych lub innych itd. Natomiast równolegle w innym mieście – w Europie przypadkowo zdarzy mu się wpaść na tegoż polityka z jakąś panią lub nawet paniami! Resztę dopowiedzą koleżanki, sąsiadki, zwłaszcza jak pani jest lub nie jest tłumaczką – nie ważne – w ważnej instytucji polskiej – nie polskiej, za granicą no i poznała pana i się zbliżyli. I czy to grzech? Przecież to dorośli ludzie? Jak można wpychać palce w cudze sprawy – a nie daj boże obiektyw! Jednakże z drugiej strony pozostaje obraz tej szczęśliwej rodziny – tych ludzi kłaniających się politykowi, jako wzorcowi porządnych prawicowych wartości i tradycyjnego podejścia – czy wyborcy mają prawo wiedzieć, że pan polityk ma, co prawda obok idealnej rodziny – także słabość do pani tłumaczki, a także niedwuznacznie zachowuje się względem jej przyjaciółki współlokatorki? Powiedzieć wyborcom czy nie powiedzieć? Oto jest pytanie!

Stop sądowej cenzurze! Niech żyje wolność słowa i swoboda wypowiedzi!

2 komentarze

  1. Wierny_czytelnik

    Może i nie mogą, ale cenzurują i nic na to nie poradzimy – chyba że pan autor będzie nowym Piłsudskim…

  2. Nie mogą, ale to robią – takie mamy PRAWO w RP!

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.