Rysy

Dzisiaj nie będzie o naszym najwyższym szczycie w Tatrach, choć może kiedyś, przy okazji postaram się napisać coś „bieszczadzko-tatrzańsko-alpejskiego”. Dziś będzie o rysach na asfalcie…

Myślę, że jesteście zaskoczeni tak dziwnym tematem… A wyobraźcie sobie moje zaskoczenie…

A było to w pewnym kraju nad Zatoką Perską, pełnym piachu, szybów naftowych i… świetnych autostrad. Nota bene, budowanych między innymi przez polskie firmy, w tempie kilku kilometrów dziennie, czego byłem codziennym świadkiem!

Był to mój pierwszy wyjazd do kraju arabskiego. Ale przed wyjazdem popytałem, poczytałem i wiele zaskoczeń nie zakonotowałem. W przeciwieństwie do jednego z pracowników, który też był pierwszy raz w takim kraju i na „inauguracyjnej” wycieczce do miasta, widząc przejeżdżający obok nas wielki kabriolet „wypełniony” chyba szóstką dzieci w różnym wieku oraz kierowcą w tubylczym stroju zimowym, jako żywo przypominającym czarną sutannę, z białą koszulą ze stójką, która z kolei przypominała koloratkę – skomentował: „patrzcie – taki młody ksiądz a już tyle ma dzieci….”

Dla mnie, użytkownika tamtejszych dróg – największą zagadkę i wręcz tajemnicę stanowiły podłużne rysy i wyżłobienia w asfalcie – ciągnące się przez wiele kilometrów, prawie w każdym miejscu zarówno dróg miejskich czy też autostrad. Moje pytania do osób, które były tu od długiego czasu wzbudzały zdrowy śmiech i odpowiedzi: „na pewno jeszcze sam zobaczysz”…

Ktoś jeszcze dodał: „jakbyś się dobrze porozglądał, to byś sam do tego doszedł”…

Przyznam, że przez długich kilka tygodni nie dawało mi to spokoju – ta zagadka. Zacząłem sobie wyobrażać, że może ulicą poruszał się jakiś pojazd ze zwisającym wielkim pękiem drutów zbrojeniowych, które zwisając zostawiały charakterystyczne rysy… Ale z drugiej strony – takich pojazdów nie wpuszczano by do centrum, a tam było najwięcej takich „rys”, na wyjątkowo odpornym asfaltobetonie i betonie… W każdym razie – była to dla mnie wielka ZAGADKA i TAJEMNICA, której nie mogłem w żaden sposób wyjaśnić…

Aż pewnego razu, w drodze do miasta zatrzymałem się na skrzyżowaniu pod czerwonym światłem. W poprzek przejeżdża strumień aut. I nagle słyszę jakiś dziwny hałas. Patrzę i oczom nie wierzę. Do skrzyżowania podjeżdża wielkie, pewnie robione na specjalne zamówienie BMW, czyniąc wielki hałas i sypiąc iskrami. Tak, dobrze się domyślacie! Już nie ma przedniej lewej opony i jedzie na samej feldze! Auto z pewnym trudem wykonało zakręt, na moim pasie za chwilę zrobiło się zielone światło, tak że po krótkim czasie miałem możliwość dogonić „cudaka”. Kierowca nie przejmował się brakiem opony, dokonał jeszcze niebezpiecznie wyglądającego manewru wyprzedzania a po chwili, na kolejnym skrzyżowaniu, nadal hałasując i sypiąc snopami iskier, zjechał w jakąś boczną ulicę…

Muszę przyznać, że widziana scena zupełnie mnie „zamurowała”, w przeciwieństwie do innych uczestników jazdy, dla których najwyraźniej ten sposób był całkowicie „zwyczajny”.

Wtedy też dopiero zrozumiałem co koledzy mieli na myśli mówiąc że „już się powinienem domyślić”. Ano tak! Od pierwszych chwil w tym kraju, widziałem przy każdej drodze, co parę metrów leżały fragmenty różnych opon. Więc jeżeli wszędzie walają się popękane opony i ogromne ilości bieżników – to znaczy, że te opony dość często ulegają uszkodzeniu. A co zrobić jak pęknie opona? No cóż – po pierwsze trzeba mieć zapasową, po drugie trzeba umieć wymienić, a po trzecie trzeba mieć dużo samozaparcia by dokonać tego w prawie 50-cio stopniowym upale! Najprościej – po prostu dalej kontynuować jazdę, zmniejszając prędkość z powiedzmy 180 km/h do 80…

I od tej pory oczy i uszy miałem szeroko otwarte, szczególnie na opony aut przede mną i za mną, a w co najmniej dwóch przypadkach bardzo się to przydało. Bo dzięki tej wytrenowanej czujności udało mi się kilkakrotnie uratować siebie, auto i pracowników „na pokładzie”. Wszak nagle rozerwana opona w obok jadącym pojeździe, gdy wszystkie pięć pasów autostrady zajęte jest w sposób bardzo „szczelny” autami pędzącymi z prędkością 120 km na godzinę – wymaga niezłego refleksu, współdziałania wszystkich uczestników jazdy a także dużej dozy szczęścia…

A na koniec pasuje jakaś puenta?

Za podsumowanie niech służy taka scena. Kilka miesięcy temu, wieczorowo-zimową porą stoję sobie na skrzyżowaniu. Czekam na zielone światło. Ulicą ruszyły samochody i nagle, z daleka dobiega mnie jakiś dziwny hałas. Zaczynam szukać jego źródła, gdy spostrzegam, że nadjeżdżające do skrzyżowania auto nie tylko jest źródłem tego hałasu, ale i powoduje ogromne snopy iskier… Po chwili, powoli przejeżdża koło mnie i grupki osób czekających na przejściu wielkie – nomen, omen – BMW, bez opony na jednym z tylnych kół, sypiąc iskrami i turkocząc jak stary wóz drabiniasty na bruku. Widziałem jak innym, obserwującym to ludziom wręcz „opadły szczęki” ze zdumienia. A ja tylko pokiwałem głową… No cóż, chyba powoli, nawet bardzo powoli, ale jednak…. stajemy się europejskim Kuwejtem…

Jedna myśl na temat “Rysy

  • 29 sierpnia 2014 o 17:38
    Permalink

    Artykuł napisany świetnie, kolejne gratulacje za lekkie pióro. Znam podobny przypadek opisany przez autora w puencie: jedzie sobie “merc” i naraz na zakręcie robi się zamieszanie, słychać stukot, przymiotniki i uciekające osoby. Z “merca” odpadła nie tylko opona ale całe koło i potoczyło się na przystanek autobusowy.Ludzie w Polsce są zwinni zatem uciekli przed toczącym się kołem i nic nikomu się nie stało. Średni wiek samochodu w w Polsce to 17-lat, jest też wiele pełnoletnich samochodów, zatem nie należy się dziwić opisanym przypadkom.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.