Kultura

Rychło świt I

 A nawet rychlej

Powiedzieć, że wyruszyłem na dzisiejszą włóczęgę rychło świt byłoby sporą nieścisłością. Byłoby falstartem. Uprzedzeniem wydarzeń mających dopiero nastąpić i to bynajmniej nie za chwilę, nie już już zaraz. Świt bowiem, samo podnoszenie się słońca ponad dopiero co miniony horyzont oglądałem już bowiem w najlepsze z trasy dzisiejszej wyprawy. Spory szmat czasu po tym, jak wyszedłem z domu.

Zachciało mi się obejść pewne jezioro. Kiedyś, kilka lat temu mijałem je wracając z Puszczy Zielonka do domu rowerem. Poza tym drobnym faktem teren był dla mnie nieznany przynajmniej w najbliższym otoczeniu jeziora. Obejrzałem je na kilku różnych dostępnych elektronicznie mapach. Ta, w sam raz na sobotnie przedpołudnie. Warto się tam wybrać i naocznie przekonać, co też ciekawego znajduje się w okolicy.

Jako że sobota, ciężko było znaleźć odpowiednio wczesne połączenia. Postanowiłem podjechać jak najbliżej punktu startowego pieszej trasy. Zbyt wiele straciłbym czasu na dojście tam pieszo. Albo też musiałbym wyruszyć dużo wcześniej, niż to uczyniłem. Aby złapać pierwszy autobus, który będzie w stanie mnie tam zawieźć, spod domu wyruszyć musiałem nocnym jeszcze tramwajem. Wcześniej już się nie dało.

Jako ciekawostkę podać warto tu może fakt, że Poznań nocnymi tramwajami poszczycić się może w liczbie aż jednej linii. Reszta to autobusy nocne. Mam szczęście mieszkać blisko linii tegoż nocnego rodzynka, więc kłopot żaden. A i częstotliwość znośna.

Za oknem ciemnica w najlepsze. Chwilę przed czwartą ubrałem się, spakowałem i wyszedłem na palcach z domu, aby nikogo nie zbudzić. Księżyc powoli opuszczał arenę nocy w towarzystwie, sądząc po jasności, albo bardzo jasnych gwiazd, albo – co prędzej prawdopodobne – którychś z planet. Trza by sprawdzić w kalendarzu astronomicznym, co tam dziś rano było blisko księżyca widoczne u schyłku nocy.

Jestem ciutkę za wcześnie. Parę minut muszę poczekać na tramwaj. Pusto, pusto absolutnie na przystanku, chociaż tramwaj bynajmniej pusty nie przyjeżdża, gdy już przyjechał był. Imprezowicze jacyś wracają po nocnych baletach. Tłoku niema, ale pusty nie jedzie. Po drodze zbiera innych powracających. O tej porze nie ma korków, więc podróż mija migiem. Wysiadka i czekam na autobus. Kilkanaście przystanków dalej wysiadam w pustej okolicy. Uważnie liczę i sprawdzam na smartfonie przystanki, bo nie znam okolicy ani przesiadki, ani docelowego przystanku. Oto i jestem. Dalej piechotą. Wszyscy wciąż jeszcze śpią. Nie ma się co dziwić, słońce dopiero wstaje. Właśnie dopiero co.

Krótki spacer i jestem w Swarzędzu. Do Jeziora Swarzędzkiego jest już niedaleko. Trzeba tylko minąć jakieś osiedle, skręcić kilka razy i jest się na miejscu. Bułka z masłem.

Tymczasem wychodzę na okolicę stanowiącą wspaniałą scenerię dla wschodu słońca. Pusty w miarę płaski teren pozbawiony zabudowań i drzew. Te dopiero widać na horyzoncie. Klikam pierwsze zdjęcie. Dech zapiera w piersiach. Klikam następne i następne, robię panoramy i zbliżenia. To ciekawe, że dla oka wydaje się być całkiem widno, gdy tymczasem dla aparatu wschód wygląda niezwykle malowniczo. Czerń i czerwienie przechodzące w pomarańcz słońca. Nie mogę się oderwać od tego przepięknego widoku, ale co zrobić, trzeba iść. Nie mogę całego poranka spędzić na robieniu zdjęć wschodzącemu słońcu. Nad wodą też będzie okazja zdjąć słońce i jego wodne refleksy. Winno też być malowniczo. Chociaż podglądając już wykonane zdjęcia, tak chciałoby się właśnie zrobić. Pozostać i klikać dalej. Do upojenia. Wszystko to w sumie trwa ledwo kilka, no może kilkanaście minut.

Zanurzam się w senne uliczki osiedlowe. Wszędzie cisza, jest ledwo po piątej. Gdzieś po drodze mijam wygrzewającego się na chodniku kota. Wdzięczy mi się do aparatu, więc upamiętniam go kilkoma ujęciami, nim oddali się na dobre ode mnie leniwym krokiem.

Dochodzę do uliczki, która biegnie wzdłuż lewego brzegu jeziora. Ja zamierzam zacząć moją wędrówkę od prawego, więc skręcam w lewo i docieram wkrótce do bliższego z krańców tego wodnego zbiornika. Jestem na wprost wschodzącego słońca. Jestem, ale nie bardzo jest co fotografować. Ujęcia przesłaniają drzewa, szuwary, gałęzie, krzewy itd. Jezioro jest całkiem spore, więc minie mi nieco czasu, nim całe je obejdę. Liczę na ciekawą wycieczkę. Nadzieje – mogę to powiedzieć już teraz – nie zostały zawiedzione. Nie obyło się nawet bez kilku uroczych niespodzianek. Ale po kolei…

Nazwę cię

2009-05-28
AŚN – Poznań

wiosną miłości

to ciebie
lata całe
przemierzając
wszerz i wzdłuż

przez góry
rzeki
doliny
miasta
i wioski
…i nic

aż w końcu
u kresu już niemal
gdy nadzieja
ku dezercji się skłaniała

znalazłem

nazwę cię
wiosną miłości
to dzięki tobie
serce me rozkwita

Adam Gabriel Grzelązka

Na wyższym brzegu

Trasa, od której zaczynam mą podróż jest ścieżką rowerową. Kiedyś, kilka lat temu przejeżdżałem nią wracając z jakiegoś dalekiego wypadu do domu. Wtedy jeszcze nie miałem ani smartfona, ani tabletu, ani GPS, więc podróżowałem z mapą województwa i powiatu poznańskiego. Teraz jest łatwiej. Wszystko można sobie wyświetlić na ekranie i jeszcze sprawdzić, gdzie się aktualnie jest, gdzie chciałoby się być i ile może zająć to potencjalnie czasu. No chyba, ze akurat zgubi się sygnał. Wtedy pozostaje tylko mapa. Kiedyś, gdy byłą tylko mapa drukowana, trzeba się było nauczyć ją nieźle czytać i orientować względem niej w otoczeniu, aby nie tylko nie zgubić się, ale i znaleźć ciekawą drogę do przebycia, a potem inną – powrotną do domu.

Alejka pozbrukowa przede mną. Cień rosnących przy niej drzew. Cień drzew obrastających wysoki brzeg jeziora. Po prawej widok na szuwary i gdzieniegdzie przebłyskującą taflę wody. Patrzę pod nogi. Ślimaki. Pełno ich tu. Jest rześko. Bardzo rześko. Jaka miła odmiana po ostatnich upałach. Trzeba uważać, jak się idzie. Łatwo w któregoś ślimaka wdepnąć. Próbuję kilku fotek. W domu sprawdzę, czy któraś wyszła dobrze w tej mikroskali. Tymczasem one pełzną sobie z jednej strony alejki na drugą, a ja oddalam się lawirując między nimi w jej głąb.

Po lewej piękne domki jednorodzinne. Naprawdę pięknie rozłożone na wzgórzu, skryte wśród zieleni. W ogóle okolica zaczyna robić się malownicza. Łagodnie wspinam się coraz wyżej. Wkrótce rozmijam się z asfaltówką, która dotąd mi towarzyszyła wiernie. Ona odbija łukiem w górę i prawo, ja zagłębiam się na wprost w las, czasem w górę czasem łagodnie w dół.

Widok na jezioro staje się coraz bardziej bezcenny. Schowało się ono gdzieś kilka metrów poniżej. Tu na górze zasłania mi je szpaler rosnących drzew. Tam na dole, a próbuję sił schodząc kilkakroć niżej – wysokie trzcinowisko. Zresztą na górze zasłaniają korony tych drzew, co rosną na dole. Tak czy siak okazji na fotki jeziora brak. Wciąż brak. A dzień mija i słońce wspina się coraz wyżej. Pozostaje iść przed siebie i napawać się poranną rosą, buszującymi tu i ówdzie ptakami, szumem wiatru i wonią świeżego porannego lasu. To już nie wiosna, więc śpiewu niewiele, ale odgłosów różnorakich nie brak. Niestety nie dają podejść do siebie na odległość kadrową. Ech, przydałby się porządny nowy sprzęt zarówno do mikro, jak i makro skali. Wówczas byłoby więcej okazji do porobienia fotek zarówno owadom, jak i kwiatom. A i częściej udałoby się jakiegoś ptaszka ustrzelić. Ale co tam, jeszcze kiedyś spróbujemy. Na razie pozostaje próbować. Jest pięknie, jest uroczo, jest zachwycająco. Nostalgicznie, cicho, przytulnie.

Brak słów do opisani atmosfery tego bynajmniej nie sennego poranka. Pogoda idealna. Słońce wciąż bardzo niskie raczy me oczy fantastycznymi refleksami na wodzie i grą światłocieni. Jednocześnie kryjąc i siebie i taflę wody za zielenią która mnie otacza. Praktycznie pusto. Choć nie, nie jestem zupełnie sam. Napotykam co jakiś czas któregoś z okolicznych biegaczy. Na tyle rzadko, by nie były to natrętne i rozpraszające spotkania. Kilka razy w ciągu całej wyprawy mija mnie jakaś dziewczyna robiąca po lesie kółko za kółkiem. Raz czy dwa ktoś na spacerze z pieskiem. Poza tym pustki totalne. Jest za wcześnie. Cały las, cała okolica zatem tylko dla mnie.

W końcu znajduję kilka punktów widokowych na jezioro. Zdejmuję nieco widoków tańczącego na wodzie światła i kilka ujęć samego jeziora w różnych kierunkach. Na tyle, na ile pozwala mi na to przerwa między drzewami. A za wiele nie pozwalają te prześwity. Ale co tam. Jest tym bardziej tajemniczo.

Poznań, 2013.08.03
Autor: Adam Gabriel Grzelązka

One Comment

  1. Ja mam więcej szczęścia, aby dotrzeć do pięknej i dzikiej przyrody wystarczy spacer około 40 minut i jestem w pięknym ponad 100-letnim lesie, do jeziora trochę dalej, jednak nie na tyle daleko aby nie dotrzeć tam na nogach. Natomiast jak chodzi o dotarcie do najbliższego marketu to już mam zdecydowanie trudniej.
    Autorowi życzę jak najwięcej wycieczek krajoznawczych, właśnie takie też sobie cenię.

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.