Kultura

Rychło świt III

 Na drugim brzegu

Wspinam się na asfaltówką. No to by było tyle, jeśli chodzi o fotografowanie wycieczki. Zresztą mam za sobą już kilkugodzinną podróż i warto myśleć o powrocie. Pytanie zasadnicze: którędy? Najkrótszą trasą na autobus, czy jednak może drugim brzegiem? Wybór brzegu okazał się wyborem w dziesiątkę. Co prawda tutaj dróżka nie polna, lecz wyłożona kostką i nie pusta, lecz uczęszczana przez mijanych od czasu do czasu biegaczy porannych, ale i tak zapowiada się ciekawie, a przy tym idzie szybko i wygodnie. Wzdłuż niej co jakiś czas ustawiono ciekawe tablice poglądowe. Omawiają one najczęściej spotykaną w okolicy florę i faunę. Są drzewa, są krzewy, są kwiaty, są i ptaki, i zwierzęta, i masa innych informacji. Można poczytać, obejrzeć zdjęcia, a potem już się wie, co się w naturze spotkało i na co się patrzy. Pomysł w dechę.

Poza tym bardzo fajny szlak dla dzieci. Wygodny i pełen porozrzucanych w niewielkich odległościach różnorakich przeszkód dla najmłodszych. Ścieżka zdrowia z prawdziwego zdarzenia. Bardzo urozmaicona. W dobrym stanie. Co jakiś czas kosze na śmieci i ławeczki. Można przyjść, posiedzieć, podelektować się odgłosami natury i pięknymi widokami. Odsapnąć w cieniu od dokuczliwych upałów. Można też wspiąć się na skarpę i iść kilka metrów wyżej. Najwyraźniej się tam iść da, bo spotykam czasem na górze kogoś. Postanawiam jednak pozostać na dole. Droga daleka, ale ciekawa. No i z tej strony jezioro stoi frontem do aparatu, a z góry znów zasłaniałyby wszystko drzewa. Można cykać do woli. Trzeba tylko więcej miejsca. Znów więc przeglądam, sprawdzam, oglądam i co się nie podoba – usuwam. Zrobiło się miejsca jeszcze na jakieś 30 ujęć. Trzeba zatem oszczędnie wybierać. Nie wiadomo, czym mnie jeszcze okolica zechce mile zaskoczyć.

Dochodzę do maleńkiej plaży i wypożyczalni sprzętu wodnego. Wchodzę na nieduże molo. Z mola klikam stadko kaczek i cztery łabędzie stojące na plaży. Są tak oswojone, że potem, gdy wchodzę na tę mini plażę, nie uciekają, ale dają się obfotografować z bliska.

Mijają mnie panowie wypróżniający kosze na śmieci nim te znów zapełnią się nimi od nawiedzających to piękne miejsce ludzi. Idę dalej. Ścieżka dydaktyczna doprowadza mnie do pływalni miejskiej. Nieco wcześniej, u jej końca, kącik roślin wodno-bagiennych wraz z tabliczkami. Ciekawy bardzo pomysł. Mogę w końcu naocznie przekonać się, co i jak się nazywa z tego, co uprzednio spotykałem na dziko rosnącego. A tu proszę, wszystko podane na tacy, na żywo. Wyselekcjonowane i opisane. Kawałek dalej można spróbować to samo rozpoznać w gęstwinie szuwarów.

Pływalnia jeszcze pusta, jeszcze nieczynna. Dopiero przygotowywana na dzienne oblężenie. Także tereny wokół niej. Pracownicy już wszystko szykują. Wkrótce miasto zbudzi się z tego letniego snu i nadciągną pierwsi amatorzy rozrywki Aquaparku.

Życie moje jak liść

2009-11-17
Poznań

wiatr kiedy chce
tam gdzie akurat
więc raz tu
a drugi raz
sam gdzie
nie wiem już

wiosna mnie unika
rozkwitać więc nie
jesień chłodem wita
kurczę się w i zapadam

w objęciach lodowatej wilgocią jesieni
miotam się na próżno
uciec się nie da ani wyzwolić na chwilę

sam już nie wiem
łzy czy deszcz
moczą mi twarz

serce wystraszone dęba staje co rusz
gradobicie losu przymrozek uczuć
śnieżna zawieja ścina taflę marzeń
pocałunek śmierci znów na sobie czuję

życie me jak liścia los
miotają mną wichry teraźniejszości

Adam Gabriel Grzelązka

Żegnaj jezioro

Co prędzej opuszczam to miejsce. Dalej nie da się podążać szlakiem dydaktycznym. Kończy się tu. Dalej wiedzie ulica, u której końca wcześniej zaczynałem swą wędrówkę wokół jeziorną. Ciche senne osiedle domków jednorodzinnych. Nie ma sensu zagłębiać się w samo miasto. Tu jest cisza, tu jest spokój. Zresztą to najkrótsza droga do Poznania. Decyduję się na pieszą przechadzkę do tramwaju. Sprawdzam na mapie, pokazuje mi ona, że to ponad dziewięć kilometrów dalszej wędrówki. A co tam, niech będzie. Jak szaleć to szaleć. Jak chodzić, to chodzić. Częściowo muszę iść wzdłuż drogi wjazdowej do Poznania. Ta wielopasmówka na co dzień jest zatłoczona i bardzo hałaśliwa. Teraz jest jednak sobotni wciąż poranek. Ruch już jest, ale nadal niewielki. Da się wytrzymać. Nie chroni mnie tu nic przed słońcem, które powoli zaczyna obnażać swe pazurki. Oj będzie dziś dawało, będzie. Póki co czeka mnie jednak powrót do domu. Trochę się podprażymy.

Zbliżam się do wielkiego węzła drogowego. Był niedawno przebudowywany i odnawiany. To był długi remont, ale efekty imponujące i nawet całość prezentuje się estetycznie. Z jednej strony rampy jest las, z drugiej miasto. Oddzielono je barierą dźwiękochłonną, która znakomicie obniża, choć nie powstrzymuje całkiem uliczny hałas. Stąd można albo w miasto, albo na obwodnicę. Bezkolizyjnie. Wszędzie wijące się ślimaki podjazdów i zjazdów. Remont był konieczny, bo dawny rozjazd był już mocno podniszczony. A ponieważ przebudowa objęła wszystkie możliwe połączenia, trwałą dość długo i przez pewien czas byłą wąskim gardłem na wjeździe do miasta. Za to teraz służy mu znakomicie ułatwiając wjazd i wyjazd pędzącym samochodom.

No dobra, ale jak tu przejść dalej? Przecież nie wejdę na ulicę i nie będę się nią przeciskał. Ano da się przejściem podziemnym na drugą stronę. Schodzę na dół, wychodzę po chwili po drugiej stronie na peron kolejowy w Antoninku. Za peronem wiedzie droga, która doprowadzi mnie do pętli tramwajowej na Miłostowie. Tyle, że to nadal daleko. A mnie powoli zmęczenie daje o sobie znać. Do tego dochodzi rozwijający się pęcherz na stopie. Na razie mały, ale nim dotrę do domu, będzie już dawał się solidnie we znaki. Póki co nie ma wyjścia – trzeba iść. Nie spędzę tu przecież całego dnia. Na popołudnie mamy inne plany.

Poranne godziny witają mnie pustymi uliczkami Antoninka. Jedynie pracownicy robót drogowych kręcą się na przebudowywanym odcinku miejscowej uliczki. Na szczęście chodnik nadal jest i da się nim iść prosto bez obchodzenia remontów sąsiednimi uliczkami, co znacząco mogłoby wydłużyć trasę.

Docieram na pętlę w momencie, gdy ucieka mi mój tramwaj. Zmęczony szukam cienia. Niewiele go tutaj. Słońce już przygrzewa, choć nadal bardzo wcześnie. Poza wiatą przystanku przyjemniej, przewiewniej, ale pod wiatą można w końcu spocząć i dać wytchnienie zdrożonym nogom. Trzeba czekać. Na kolejny transport. W końcu jest. Wsiadam, sadowię się wygodnie, czekam na odjazd. Wyciągam słuchawki, odpalam playera i delektuję się ulubioną muzyką. Jestem zbyt zmęczony, aby pogrążyć siew lekturze książki, jak to zazwyczaj robię podróżując komunikacją miejską.

Docieram do domu bez większych przeszkód, nieco przysypiając ze zmęczenia w monotonnym tramwaju. W domu podłączam aparat i wgrywam zdjęcia. Ta, będzie w czym przebierać. Ale to potem, wieczorem. Teraz przede wszystkim ożywczy prysznic. Trzeba zmyć z siebie podróżny pył, przebrać się w czyste rzeczy.

Poznań, 2013.08.03
Autor: Adam Gabriel Grzelązka

One Comment

  1. Zamieszczone zdjęcie jest całkowicie takie samo jak w mojej okolicy. Natomiast na szczęście w mojej okolicy nie ma różnych sztucznych udogodnień dla najmłodszych, czyli dzieci. Ci co kochają przyrodę zakładają kalosze i wędrują razem ze swoimi dziećmi w plener. Wbrew pozorom młodym a nawet bardzo młodym to odpowiada. Inni zabierają dzieci i wędrują po marketach, galeriach…itd.
    Ja wybieram przyrodę.

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.