Kultura

Rychło świt II

 Na drugim końcu

Krok po kroku zbliżam się do wschodniego krańca jeziora. W którymś momencie w poszukiwaniu widoków na wodę schodzę po stromym brzegu w dół. Moja dotychczasowa trasa będąca rowerowym szlakiem odbija od jeziora i znika między drzewami po prawej. Nie ma sensu iść nią dalej. Zszedłszy na dół sprawdzam, jakie są perspektywy podążania wzdłuż brzegu wody na dole. Wygląda to nieciekawie. Znaczy nie, źle powiedziane. Ciekawie jest i to bardzo. Ja akurat jednak teraz mam inne oczekiwania, których ścieżka dolna, bliska brzegowi, nie spełnia. Wspinam się na powrót na górę. tam poszukam dalszej drogi.

Warto czasem zejść z utartej trasy i pokręcić się na małych ścieżynkach. Moje oko dostrzega nagle czaszkę jakiegoś zwierzęcia. Może lis. Nie wiem, nie umiem się rozeznać, czym było za życia. Na pewno nie było wielkie, za to drapieżne, sądząc po niewielkich kłach. Długa pociągła śnupa. Chyba lis, nic innego mi na myśl nie przychodzi. Zresztą, nieważne. Leży tu od dawna już, kości zdążyły poszarzeć. Otrzepuję z piasku i zabieram ze sobą. Rozglądam się dookoła, ale nie wiele znajduję. Fragment żuchwy i któryś z kręgów. Nic ciekawego. Pozostawiam zadowalając się samą czaszką. Wyczyści się ją w domu. Będzie ładnie prezentować się na półce.

Wspinam się na górę. Brzeg stromy. Na szczęście nie ma błota po opadach uprzedniej nocy. Inaczej pewnie wybrałbym inne podejście, albo w ogóle tu na dół nie schodził. No i nie znalazł tej małej czaszeczki. Rozglądam się po okolicy. Na słońce oceniam kierunek, w jakim winienem się dalej udać. Wkrótce odnajduję wygodną szeroką dobrze widoczną ścieżkę. Jezioro gdzieś tu się już kończy, ale dalej są jeszcze jakieś stawy i ogólnie całe to obniżenie terenu wokół jeziora jeszcze sporo się z tego miejsca ciągnie. Duża ta niecka.

Docieram do jakichś zabudowań. Ogródki działkowe. Robi się mniej miło w tym sensie, że czysty do tej pory las traci swój urok. Co prawda nie znajduję za wielu śmieci (niemniej je znajduję tu blisko w lesie), ale widać tu wyraźnie odciśnięte piętno bliskości ludzkich zabudowań. Co rusz tabliczki zakazujące wywozu śmieci do lasu. Tabliczki, które jednak nikogo nie powstrzymują. Niestety.

Za to otwiera się przede mną bardzo piękna panorama. Nadal jestem kilka metrów powyżej tafli jeziora. Przede mną wąski pas chwastów, a dalej zbocze opada szybko i przechodzi w piękną skoszoną zieloną łąkę biegnącą do samej wody. Malowniczo, naprawdę malowniczo. I nadal pusto. Dochodzi ledwo siódma jakoś tak. Słońce jeszcze nie pali. Gdzieś w trawie dostrzegam maleńką jaszczureczkę. Nim zniknie na dobre, udaje mi się ją uwiecznić na zdjęciach. Maleństwo nieźle zlewa się z otoczeniem. Gdyby nie uciekała przede mną, w ogóle bym jej nie dostrzegł i poszedł w najlepsze dalej niczego nie będąc świadom.

Dzień nowy

2009-09-20
Rokietnica

własne swe zbiera słowa
by nowym przemówić wierszem
by serce rozradować
Bogiem myśl przesycić

a Bóg? Bóg noc całą
moc obmyślił niespodzianek
jak zaskoczyć miło
serce w Nim rozkochane

dzień nowy słowa nowe
nowe coraz to życie
od nowa z Bogiem wędrowanie
nowe pomysły na Boże kochanie

choć śpiący jeszcze z rana
serce we mnie dawno już rozwarło snu oczy
dusza cicho wyśpiewuje miłosne nuty
wszystko we mnie tańczy choć ja tańczyć nie umiem wcale
a wszystko to Bogu by większa Jego chwała

dzień nowy nowe słowa
wiersza  strofy nowe na miłowanie
miłość całkiem też od nowa choć stara
natchnienie moje niespokojne na nowo szuka Boga

Adam Gabriel Grzelązka

Bezcenna cisza poranka

Warto zachowywać ciszę nie tylko w lesie. Co prawda, żadnego ptaka na odległość fotograficzną nie udało mi się podejść. Były zbyt ostrożne, zbyt nieufne i kazały obejść się smakiem sygnalizując swą obecność z daleka, ale po podejściu bliżej odlatując znów nazbyt daleko. Za to spotkał mnie niesamowity bonus. Idąc skarpą i poszukując zejścia do widniejącej na dole polnej drogi, która znika w pobliskim lesie za oboma wdzięczącymi się przede mną stawami, moją uwagę przykuły hałasy w zaroślach. Niczego się nie spodziewając szczególnego, przystanąłem zdziwiony. Nagle wyskoczył z nich, znaczy z tych zarośli, co je miałem po prawej ręce na skarpie, mały samiec sarni. Koziołek z niewielkimi różkami. Stanął dosłownie kilkanaście kroków ode mnie i się patrzy przekornie. Powoli, po cichu zdjąłem klapkę z obiektywu, uniosłem rękę ponad otaczające mnie chaszcze i kliknąłem. Dołączyła do niego sarna. Jeszcze kilka kliknięć i para wdzięcznie oddaliła się niespiesznym truchtem na poniższą łąkę, by u jej końca zanurzyć się w skrywające je zarośla. I to by było na tyle. Krótka, ale jakaż piękna chwila. Leniwy poranek. Wczesna sobotnia pora. Wszędzie pusto i cicho. Żadnych odgłosów ze strony pobliskich zabudowań. Wszystko to sprawiło, że para tych saren zapuściła się dość daleko podchodząc bardzo blisko pod ludzkie siedziby. Dobrze, że szedłem powoli i na tyle cicho, że nie spłoszyłem ich wcześniej. Wysokie chaszcze skrywały nas przed sobą niemal do ostatniej chwili. Widać, że zwierzęta zdążyły oswoić się z ludzkim widokiem. Zarośla, przez któreśmy się nie mogli wcześniej dojrzeć, częsty widok ludzi z bliska i daleka i to, że znieruchomiałem i spowolniłem swe ruchy nie strasząc ich ponad miarę, gdy tylkośmy się ujrzeli, wszystko to sprawiło, że oddaliły się powoli miast uciekać w popłochu. Oddzielała nas tylko skarpa i lekko przesłaniające nas rośliny. Wszystko to pozwoliło na zrobienie kilku ujęć z zaskoczenia. Na tyle, na ile pozwalały zarośla. Na szczęście nie przesłoniły wszystkiego.

Zwierzaki odeszły w swoje strony. Schodzę na dół. Chcę się pokręcić bliżej wody, zobaczyć co tam ciekawego. Podążam ową widzianą z góry polną drogą. Prowadzi mnie od jednego poletka do drugiego, od łąki do łąki. Po lewej i prawej dwa niewielkie prywatne stawy. Za laskiem jest kolejna woda. To Jezioro Swarzędzkie. Wrażenia nie robi, bo widać go tu niewiele. Niknie za zakrętasami szuwarów. Rzut okiem na mapę. Niedaleko jest Cybina. Przejścia chyba nie znajdę, trzeba się więc będzie wspiąć na drogę. Mogę albo zawrócić, albo na iść szagę. Jest jeszcze jakaś biegnąca górą rura ciepłownicza. Można by się wspiąć na nią i nią przejść na drugą stronę. Trudno orzec jednak, co by mnie tam czekało, czy dałoby się wędrówkę suchą nogą kontynuować, czy wprost przeciwnie, zszedłbym wprost w jakiś podmokły, bagnisty teren. Jest jakaś wydeptana ścieżynka. Skoro jest, da się nią gdzieś dojść. Sprawdźmy to, dokąd też prowadzi i co tam ciekawego po drodze. W międzyczasie kończy mi się miejsce na aparacie. Docieram do rzeczki. Na niej para łabędzi z trójką potomstwa. To już nie pisklaki, ale całkiem spore, wciąż jednak jeszcze szare pisklęce upierzenie ptaki. Nie okazują lęku, jednak się rozdzielają. Jedno z nich pozostaje, jakby chciało mnie mieć cały czas na oku. Pozostałe odpływając niknąc mi z oczu.

Nic, czas zrzucić zdjęcia. Niestety, niemiła spotyka mnie niespodzianka. Tablet się rozładował. Zapomniałem sprawdzić go wczoraj wieczorem będąc pewnym, że jest naładowany. Tymczasem nie jest. Z zrzutki nici. Aby zrobić kilka kolejnych ujęć, przeglądam fotki. Szukam tych, które wyraźnie są nieostre. Kilka wyrzucam, idę wzdłuż rzeki i napotkawszy ponownie młode dorzucam jeszcze kilka ich fotografii do aparatu. Później jeszcze dwa czy trzy ujęcia z góry, z poziomu biegnącej tam drogi.

Poznań, 2013.08.03
Autor: Adam Gabriel Grzelązka

One Comment

  1. Wędrując też na ogół zbaczam z utartego szlaku za to wrażeń jest co niemiara.

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.