Paradygmat rozwoju

Rozwój regionalny a katedry na pustyni

 Nasze państwo opiera się na terytorialnym podziale zasadniczym państwa, w ten sposób jest realizowana część władztwa państwowego, w tym funkcjonują samorządy terytorialne, – czyli upodmiotowione na danym obszarze kraju i poziomie właściwości wspólnoty lokalne obywateli, wybierające swoje władze, które realizują zakres właściwości przewidziany dla ich kompetencji. Równolegle kraj jest stale zarządzany zgodnie ze szkołą centralistyczną, czyli resortowo – poszczególne resorty mają swoje zakresy właściwości i władają całymi zakresami zadaniowymi administracji państwowej decydującej o sprawach z założenia ponad lokalnych.

Rozwój w Polsce, pojmowany zgodnie z zachodnimi wzorcami, jako ogólny rozwój cywilizacyjny – zgodnie z dogmatem rozwoju zrównoważonego, odbywa się na linii samorządy – rząd, a właściwie Ministerstwo Rozwoju Regionalnego i w dużej mierze sprowadza się do wydatkowania środków unijnych. Dlatego w ogóle niezwykle trudno jest dzisiaj mówić w Polsce o polityce rozwojowej, jako takiej, zarówno państwa jak i samorządów, ponieważ jest ona zafałszowana poprzez prymat polityki rozdawnictwa i przymusowej implementacji środków unijnych do gospodarki. No, bo przecież trzeba brać jak dają a uciekać jak biją…

W ten sposób w naszym kraju wydatkowano już bardzo dużo środków unijnych i krajowych, kierując się w istocie sprawozdawczością z wykorzystania środków unijnych, którą oficjalnie się chwali samo ministerstwo rozdające główną część środków. Na stronie internetowej Ministerstwa Rozwoju Regionalnego obok zdjęcia pięknej pani minister Elżbiety Bieńkowskiej mamy dwa liczniki pierwszy pokazuje ile do tej pory wydaliśmy: 132.717.045.925 zł; oraz: wartość podpisanych umów: 293.310.218.857 zł tj. współczynnik zaangażowania środków wynosi: około 45,3% Problem polega na tym, że nie bardzo wiadomo, na co to się przekłada. Poszczególne regionalne programy operacyjne opiewają na szereg inwestycji, w tym tych najistotniejszych – w infrastrukturę, kraj zapełnia się oczyszczalniami ścieków, autostradami, drogami, szkołami, budynkami użyteczności publicznej, w tym niezwykle potrzebnymi z punktu widzenia kultury i sztuki. Ilościowo wszystko wygląda coraz lepiej, jednakże w praktyce wiele inwestycji robionych jest na wyrost. To znaczy, istnieje niebezpieczeństwo, że beneficjentów może nie być stać na utrzymanie obiektów, które powstały z użyciem zewnętrznego finansowania. W efekcie tak rozumianej – i sterowanej regionalnie polityki rozwoju poprzez granty unijne, będziemy mieli kraj pełen mniejszych lub większych „katedr na pustyni”, z rzadka jedynie czasami tworzących jedynie jakąś przemyślaną, zaprogramowaną i funkcjonalną sieć. W naszej polskiej rzeczywistości, osiągniemy makro efekty, w mikro skalach, tzn., poprawi się poziom życia „po trochę” w wielu miejscach kraju – bez efektu synergii, bez efektu kuli śniegowej. Najzwyczajniej w świecie powstanie ileś tam oczyszczalni, ileś teatrów, ileś muzeów, ileś szpitalnych oddziałów onkologicznych, ileś kampusów uniwersyteckich, trochę dróg, zmodernizowane zostanie szereg odcinków linii kolejowych oraz wybudowane z pewnością parę nowych. Niestety inwestycje te nie spowodują w Polsce skoku cywilizacyjnego poprawiającego nasz ogólny poziom rozwoju. Oczywiście nie można mieć o to pretensji, ponieważ w tak opóźnionym cywilizacyjnie kraju jak nasz – należało zacząć inwestycję od budowy i modernizacji infrastruktury prostej. Jednakże można się zastanowić, czy aby naprawdę te epokowe pieniądze – „wiano”, jakie Polska otrzymała w momencie wejścia do Unii Europejskiej wydaliśmy wystarczająco efektywnie, czy te pieniądze zaprocentują i stworzą miejsca pracy, zaowocują trwałym podwyższeniem poziomu życia, czy będą okazją do czegoś więcej, czy jako zmaterializowane substraty nowej infrastruktury, będą wymagały stałego finansowania, funkcjonując jak przysłowiowe „katedry na pustyni”.

Mogło być zupełnie inaczej, państwo polskie mogło oprzeć swój rozwój nie na abstrakcyjnych i sztucznie utworzonych za czasów premierostwa Jerzego Buzka – regionach, ale na realnie działających metropolitach, w których generowana jest dominująca część krajowego PKB. To miasta są biegunami rozwoju Polski, to w miastach koncentruje się dominująca cześć życia społecznego i gospodarczego, to w miastach żyje dominująca część ludzi. To w miastach wykorzystanie infrastruktury jest najbardziej efektywne, ponieważ korzysta z niej największa ilość mieszkańców. Miasta a właściwie duże metropolie to najważniejszy zasób Polski, to tam istnieje Polska, tam się rozwija i tam wzrasta.

Rozwojowi polskich metropolii towarzyszy szereg problemów, z którymi miasta nawet największe jak Kraków, Wrocław czy nawet Warszawa – nie są w stanie sobie poradzić. Problemem jest nie tylko zbyt niskie finansowanie rozwiązywania problemów publicznych. Najistotniejszym wyzwaniem, problemem i zarazem kłopotem polskich metropolii – aglomeracji, przesądzającym o ich niemocy sprawczej jest brak właściwej podmiotowości, to znaczy podmiotowości adekwatnej do zadań, jakie przez metropolitami stwarza rzeczywistość i codzienność. W Polsce wielkie miasta to najczęściej tzw. miasta na prawach powiatu, tj., specyficzne osoby samorządowe – będące zarazem gminami i powiatami. W praktyce powoduje to, że w oczach marszałków województw decydujących o przydzielaniu środków z regionalnych programów operacyjnych prezydenci największych miast są formalno-prawnie równi burmistrzom miasteczek a nawet wójtom gmin wiejskich! W konsekwencji dochodzi do rozmycia się środków wspierających na różne małe, – czego nie można kwestionować z pewnością – potrzebne lokalnym wspólnotom inwestycje, a duże miasta – dalej nie mogą wydobyć się z odmętów realnego socjalizmu, kuleją przez upośledzenie infrastruktury, nadmierny rozwój suburbiów i inne problemy typowe dla problemów w funkcjonowaniu przestrzeni miejskiej. Czas najwyższy zapytać rządzących Polską, – dlaczego nie ma od tylu lat specjalnych programów wsparcia dla miast, – dzięki którym prawie milionowe lub wielu set tysięczne wspólnoty nie musiałyby stawać do idiotycznej konkurencji o środki unijne – z małymi kilkutysięcznymi gminami? Czy naprawdę rządowi bliższe są personalia i powiązania osobowe tworzone przez marszałków województw? Niż los milionów Polaków żyjących w miastach? Jak można było nie zauważyć odmiennej specyfiki wielkich miast, – co do ich potrzeb rozwojowych! Dlaczego rząd Polski nie zauważył, że ma wielkie aglomeracje, co najmniej jedną metropolię i koszty funkcjonowania w tych obszarach wyglądają zupełnie inaczej niż na głębokiej, tak szczodrze wspieranej prowincji.

Jeżeliby zapytać marszałków województw jak wyobrażają sobie swoje metropolie we własnych województwach, wówczas pojawia się problem kompetencyjny. Teoretycznie marszałkowie, jako szefowie samorządów regionalnych odpowiadają za rozwój regionalny, tj. zrównoważony rozwój całego regionu. Czyli całych województw od miast rdzeniowych tj. stanowiących rdzeń danego województwa, powiatowych, poprzez ośrodki lokalne a na najmniejszych gminach, przysiółkach i osadach kończąc. Jak zatem efektywnie i w sposób zrównoważony dbać o tak zróżnicowane przestrzenie? W zasadzie w każdym województwie mamy do czynienia z konfliktem – pomiędzy jednym dużym miastem (lub konurbacją) a resztą regionu. Jest to zwyczajna brutalna konkurencja o pieniądze i znaczenie w regionie. Jak pogodzić te interesy? Zwłaszcza, jeżeli w wielu małych gminach – ma się zaprzyjaźnionych – i silnie opartych o lokalne układy kolegów polityków, którzy składają się na wynik wyborczy w Sejmiku województwa, a także swoje dołożą, jeżeli chodzi o wysiłek w wyborach parlamentarnych wiodącej partii. Więc jak można powiedzieć tym wszystkim ludziom, że są mniej ważni a ich potrzeby i problemy, to najczęściej nieracjonalne marnowanie i rozdrobnienie środków finansowych, które włożone w metropolię dałyby efekt dźwigni rozwojowej, tworząc miejsca pracy, nowe pomysły, idee, postęp, lub przynajmniej zmniejszyłyby koszta funkcjonowania w metropolii setek tysięcy ludzi. Ale niestety realia polityczne mówią same za siebie. Stąd mamy finansowanie małych szpitali i przychodni, które w wielu przypadkach nie powinny istnieć, albowiem nie ma dla nich uzasadnienia ekonomicznego na danym terenie, szkół, przedszkoli i innych obiektów użyteczności publicznej, – w których inwestowanie wymusza istnienie lokalnych układów wsparcia władzy. Jest to bardzo dobre dla ludzi mieszkających na prowincji, ale tylko i wyłącznie pod warunkiem, że np. ambicją ich dzieci nie będzie ucieczka na studia a potem zamieszkanie – gdzie? Oczywiście w metropolii, ponieważ niezwykle trudno jest utrzymać młode pokolenie na prowincji.

Duże miasta potrzebują specjalnych programów wsparcia, odrębnych od wojewódzkich – obecnie nie ma mowy o jakimkolwiek zarządzaniu rozwojem regionalnym, jeżeli jest on robiony w opozycji do potrzeb metropolii. W taki sposób potrzebami publicznymi w naszym kraju zarządzać się nie da. Prawdopodobnie problemem jest to, że prezydenci dużych miast są zbyt liczącymi się podmiotami dla marszałków województw, a zarazem muszą być ich beneficjentami. Stworzenie systemu – w istocie patologicznego dla metropolii skazuje nas na marnowanie szansy rozwojowej. Marszałkowie niech się zajmą wioskami, miasteczkami i podłączeniem województwa do sąsiednich – kwestiami współpracy międzynarodowej a w ostateczności relacjami metropolia – region. Natomiast rozwój metropolii pozostawmy ich władzom, uczyńmy prezydentów miast osobami uprawnionymi do decydowania o pieniądzach przekazywanych im bezpośrednio z klucza przez rząd, z pominięciem szeregu potrzeb – na pewno słusznych – poszczególnych wójtów i burmistrzów.

Nie można dłużej patrzeć na bezsensowne wmieszanie metropolii rządzących się zupełnie innymi prawami niż region do tego samego worka, co reszta województwa. Zbliża się nowa perspektywa programowania budżetowego Unii Europejskiej, Polska dostanie nowe środki na drugi skok cywilizacyjny – nie można ich zmarnować na wioskach. To, że rząd nie ma odwagi zdecydować się na stworzenie lex metropolis, o jakie od kilku lat upomina się Unia Metropolii Polskich – to jeszcze nie oznacza, że powinien nadal traktować wielkie miasta jak zwykłe małe i średnie gminy. Jeżeli ktoś twierdzi, że da się skutecznie zarządzać rozwojem regionalnym – mając w trosce setki małych podmiotów i jeden – dwa lub kilka dużych tworzących centralny ośrodek miejski dla danego układu – to nie ma najmniejszego pojęcia o rozwoju regionalnym, a nawet o rozwoju w ogóle. Idealnym byłby stan, w którym metropolia – byłaby równoległym partnerem dla regionu, a polem stycznym dla polityk i ingerencji władz dużego miasta i regionu – był obszar metropolitalny, czyli rejon położony w funkcjonalnej bliskości metropolii. Takie rozgraniczenie kompetencji, powodowałoby, zachowanie autonomii a tym samym ochronę potrzeb metropolii przed rozdrabniającymi dążeniami marszałków województw a zarazem osadziły metropolię w ich obszarach metropolitalnych, stanowiących obszary dyfuzji, przenikania się i rozwoju metropolii. Inaczej nie da się pogodzić ambicji, potrzeb i problemów metropolii, które są zupełnie inne w samej metropolii, jej obszarze metropolitalnym a reszcie regionu. Obszar metropolitalny zyskiwałby w tym układzie na znaczeniu, jako zwornik cywilizacyjny, umożliwiający łatwe przejście z porządku urbanistyczno-funkcjonalnego w porządek specyficzny dla zabudowy dalszej niż przedmieścia i form funkcjonalnych gospodarki, właściwych dla np. obszarów rolniczych, których ochrona jest równie niezbędna jak rozwiązywanie problemów miast.

Podtrzymując dotychczasowy model pewnej fikcji, w której rząd nie zauważa faktu istnienia dużych miast w Polsce i ich specyficznych problemów oraz nadzwyczajnych szans rozwojowych, decydujemy się na ułomność własnej przestrzeni publicznej. Marszałkowie województw, kurczowo będą się trzymali władzy nad całym regionem w tym metropolią, albowiem boją się utraty prestiżu politycznego – związanego z koniecznością liczenia się z autonomicznością funkcjonalną i specyfiką rozwojową metropolii. Jeżeli to nie zostanie ustawowo przełamane, nigdy nie dojdzie w Polsce do rozwinięcia się miast w stopniu odpowiadającym potencjałowi, nie mówiąc już o utworzeniu jednej a być może dwóch dużych metropolii o randze kontynentalnej.

Oczywiście można odwrócić paradygmat i żądać, żeby zarządzanie rozwojem regionu, w skład, którego wchodzi metropolia – było podporządkowane jej usieciowieniu w regionie, dostarczaniu jak największej ilości zasobów itp., a wszystko to w imię wzrostu jej funkcjonalnego znaczenia. Jednakże nie ma takiego województwa w Polsce, gdzie marszałek faworyzowałby metropolię – ze względu na określone powyżej wąsko pojmowane interesy polityczne. Dlatego Polska dalej będzie rozwijać się pasmowo, z nielicznymi mniejszymi i jeszcze mniejszymi wyspami rozwoju, wśród których będą się wyróżniały największe miasta – jakoś pomimo wszelkich przeciwności dające sobie radę z rozwojem, a raczej duszeniem się w swoich własnych granicach. Tak jak przez ostatnie lata, w kolejnej perspektywie finansowej będą nadal powstawały katedry na pustyni, a największe polskie miasta o takich inwestycjach jak np. metro, oświetlenie LED, woda, o jakości wody pitnej w kranie, systemowe reformy sieci oświatowej – stawiającej, na jakość kształcenia klasy metropolitalnej i innych – nie będą nawet marzyć, ponieważ kolejna gmina potrzebuje kolejnych kilometrów wodociągów i kanalizacji, gazociągów i asfaltów – dla rozrastającej się zabudowy, bez planowania przestrzennego z pominięciem zasad ładu i poszanowania terenu. Niestety „katedry na pustyni” to nie jest w Polsce nic nadzwyczajnego, w zasadzie powinniśmy się do ich widoku przyzwyczaić.

Reasumując, nie ma prostej recepty na rozwój zrównoważony w wykonaniu marszałków województw. Z konieczności musi on oznaczać osłabienie komponentu metropolitalnego, ponieważ te ośrodki władzy politycznej nie mają interesu działać na rzecz wzmacniania prezydentów największych miast, – czyli konkurentów do władzy i zaszczytów w regionie. Powodów słabości naszych metropolii należy szukać w Warszawie, tj. w absolutnie nieudolnym zarządzaniu państwem, poprzez system zarządzania regionalnego w oparciu o środki grantowe. Dalsze niezauważanie odrębności i specyfiki metropolii – będzie dla nas oznaczać utratę liczącej się szansy na zdynamizowanie rozwoju.

3 komentarze

  1. Zaprezentowana teza główna sprowadza się do upodmiotowienia metropolii i uczynienia z nich odrębnych podmiotów polityki grantowej rządu. Na to kraj mający na celu zniewolenie społeczeństwa nigdy się nie zgodzi. Prezydentów miast wybierają ludzie, a marszałka wybiera układ koteryjny – wyłoniony w sejmiku … dlatego proszę się nie dziwić że jest jak jest, władza nie odpuści koryta…

  2. Tak. Zabrać dzieciom wiejskim obiady żeby Krakauer zarabiał 200 zł więcej. No super.

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.