Polityka

Rozważmy mit o prowokacji trotylowej

 Słynna już kaczka dziennikarska Rzeczpospolitej autorstwa pana Cezarego Gmyza pod tytułem „Trotyl we wraku Tupolewa” jest podnoszona, jako prowokacja przez niektóre środowiska prawicowe reprezentowane na wielu portalach internetowych przez licznych wyrazicieli „teorii zamachu”. Zastanówmy się, zatem czyja to mogła być prowokacja i w czyim interesie było, żeby sprawy przyjęły obrót, którego świadkami zostaliśmy wszyscy w ostatnich dniach.

Faktem jest, że przez ostatni mniej więcej rok prawica liberalna, której póki, co przywódcą jest Donald Tusk nieco przysnęła na wszystkich frontach wojny polsko-polskiej. Różne są tego przyczyny – zwykłe zmęczenie, wypalenie zawodowe, słabość i niemoc merytoryczna w wyniku utarczek w ramach obozu władzy. Wszystkie powody są możliwe, albowiem jeżeli się sprawuje przez dłuższy czas władzę, to całe środowisko musi podlegać regularnej inercji. W każdym bądź razie od pewnego czasu „władza” oddawała pola w wojnie polsko-polskiej, być może nie chcąc się zniżać do poziomu argumentacji o „tytanowym trzpieniu” w brzozie smoleńskiej, helu rozpylonym nad lotniskiem owego feralnego dnia, lub dementować, co rzekomo prezydent Władimir Putin miał szepnąć premierowi Tuskowi podczas ostatniego spotkania obu panów w Sopocie. Jest oczywistym, że wymienianie się absurdami musi męczyć ludzi rozsądnych, zwłaszcza jeżeli wszystko jest przesycone widmem oskarżeń o zdradę narodową, zaprzaństwo i wszystko co najgorsze. W uśpieniu Platformy Obywatelskiej wydatnie pomogła retoryka Prawa i Sprawiedliwości, które w ostatnich miesiącach, – co już dzisiaj wiemy symulowało po raz kolejny – próbę dyskusji merytorycznej, której ukoronowaniem było powołanie niby premiera nieistniejącej IV-tej Rzeczpospolitej – tym razem jak się okazało bez „bycia na proszkach”. Społeczeństwo dało się nabrać na te sztuczki, w sondażach słupki poszły do góry, naprawdę niewiele trzeba, żeby rządzić naszym państwem.

Jest oczywistym, że w takim układzie wcześniej czy później musiała nastąpić jakaś kontrakcja z drugiej strony polsko-polskich okopów, albowiem teza prawdopodobnie samego Tuska, – że nie ma, co się wdawać w „około po-smoleńskie” pokrzykiwania niestety przegrywa ze starą tezą Josefa Goebbelsa – „Kłamstwo powtarzane tysiąc razy staje się prawdą.” Można dodać – obiektywną, czy to się komuś podoba czy nie. Po prostu kłamstwo jest atrakcyjniejsze we współczesnych kolorowych mediach, piękne krzykliwe tytuły sprzedają się same, a jak się sprzedają to i w redakcjach się bronią – nie ma problemu, głupota raz puszczona w obieg urasta do rangi mitów i opowiadań najwyższego sortu – sama się karmi i napędza. Kłamstwu nie sprosta żadne pokorne tłumaczenie zawiłości technicznych przez sędziwych lotniczych ekspertów, których nikt nie słucha, jeżeli w tle ma do czynienia z kolejnym ogniwem afery – np. pomyłkami przy oznaczaniu zwłok w trumnach. Naprawdę mity ciągną swoje paliwo skąd się tylko da, jeszcze odrobina głupoty z naszych ekranów telewizorów i będziemy słyszeli o „czarnej wołdze” widzianej pod domami spontanicznych samobójców, którzy ochoczo jak jeden mąż – po kolei wieszają się w piwnicach. Nie ma takiej głupoty, której nasze media nie mogłyby powtórzyć a w konsekwencji społeczeństwo w nią uwierzyć. To koszt realnej wolności słowa w demokracji, do tej pory godziliśmy się bezkrytycznie ten koszt płacić – to wielkie osiągnięcie naszego państwa i społeczeństwa.

Wracając jednak do istoty zagadnienia – rozstrzygnięcia, czy mogliśmy mieć do czynienia z prowokacją, zastanówmy się, kto mógł podsunąć odpowiednio spreparowane materiały dziennikarzom redakcji Rzeczpospolitej? Kto miałby w tym potencjalnie interes?

Większość prawicowych publicystów widzi sprawę w czarnobiałych kolorach niczym szachownicę – wiadomo, kto podrzucił spreparowane treści – jest oczywiste dla wielu publicystów, że uczynili to „PR-owcy Tuska”. Cała idea jest przedstawiana w ten sposób, że to premier jak również ktoś potężny z jego środowiska mógł zdecydować o dokonaniu odpowiedniej prowokacji, najpierw ustawiając odpowiednio fakty poprzez wysłanie specjalistów do badania wraku a następnie przeprowadzenie kontrolowanego przecieku, którego ostatecznym adresatem stał się pan redaktor Gmyz. Teoria ta odpowiada falsyfikacji zgodnie z zasadą „cui bono, qui prodest” – (czyja korzyść ten sprawcą), albowiem faktycznie w interesie premiera jak i całego obozu rządzącego było pogrążenie głównej idei po-smoleńskiej w oparach zupełnego absurdu. Jednakże w tym prostym wnioskowaniu nie uwzględniamy ceny, jaką inicjatorzy prowokacji musieliby zapłacić, w momencie gdyby ona wyszła na jaw, a o to w cale nie jest trudno w naszym kraju. Jest przecież oczywistym, że jeżeli udowodniono by premierowi sprawstwo kierownicze takiej prowokacji – to oznaczałoby natychmiastową dymisję i dekompozycję obozu władzy z pociągnięciem do odpowiedzialności przed Trybunałem Stanu. Byłaby to natychmiastowa i absolutna śmierć polityczna, ryzyko okupione ceną przekraczającą wszelkie możliwe zyski, gdyż to nie jest „strzał” na miarę wygrania wojny polsko-polskiej, jakim mogą okazać się np. stenogramy z rozmów na pokładzie samolotu lub filmy z pokładu przed katastrofą. Tutaj mamy do czynienia jedynie z jedną z „bitew”, a jeżeli celem działania jest zwycięstwo taktyczne, a nie strategiczne przeważenie zwycięstwa na swoją szalę w grze o całą stawkę, to nie podejmuje się ryzyka systemowego. Wie o tym każdy, kto miał kiedykolwiek coś do stracenia. Stąd też, można w prosty sposób wyeliminować pana premiera z kręgu bezpośrednich inicjatorów tego typu prowokacji. Pomijamy już kwestię moralne, które jak należy domniemać z pewnością nie pozwoliłyby temu człowiekowi na tego typu w istocie prymitywną prowokację – kosztem Polski. Nie ma znaczenia jakby to naiwnie brzmiało, po prostu trzeba domniemać dobrą wiarę, jeżeli nie ma się argumentów.

Jeżeli zatem wykluczamy z kręgów ewentualnych „podejrzanych” osobę pana premiera, to powstaje pytanie o ludzi z jego otoczenia, którzy mogli z własnej inicjatywy zdecydować się na tą grę, z jednej strony licząc na to, że jeżeli się uda to przyniesie to całą gamę korzyści dla całego obozu, a jeżeli się nie uda, to wina zgodnie z zasadą „cui bono?” (czyja korzyść?) spadnie na premiera, który już się przyzwyczaił do brania na siebie odpowiedzialności za wszystko z kwestią zamykania dachu na stadionie narodowym włącznie, nie pomijając takich spraw wagi państwowej jak rzekomo niska jakość sztucznej trawy na „Orlikach”. W konsekwencji przyjęcia odpowiedzialności, premier podałby się do dymisji i byłaby szansa na nowy rząd w dotychczasowym układzie politycznym z nowym liderem, ewentualnie po np. półrocznych perturbacjach, w oparciu o prezydenta – stworzenie poszerzonej koalicji z Ruchem Palikota i może nawet starym-nowym SLD. Jednakże ten scenariusz także musimy wykluczyć, albowiem w tym przypadku – ci zakulisowi demiurdzy naszej sceny politycznej musieliby się liczyć z tym, że premier przed złożeniem dymisji zniszczy ich, zmieli na proch i spowoduje nietykalnymi do końca świata i jeden dzień dłużej – wytaczając oficjalne oskarżenie przez upoważnione do tego organy. Prawdopodobieństwo takiego faktu jest praktycznie 100%-towe, gdyż jak władca ma tonąć to, dlaczego samodzielnie?

Jeżeli zatem z teorii o „podłożeniu świni” wykluczymy pana premiera, jak również grających swoją grę ludzi z jego otoczenia (czy też obozu politycznego), to kto nam jeszcze zostaje w kręgu możliwych podejrzeń? Można wytypować trzy grupy interesariuszy: polskie służby specjalne, osoby z dawnych służb specjalnych, resortów siłowych i ludzi, którzy w ewentualnym zwycięstwie politycznym obozu pana Jarosława Kaczyńskiego upatrują zagrożeń w rodzaju alternatywy: „tajemnicze samobójstwo w łazience o poranku” – lub emigracja; zagraniczne służby specjalne i wreszcie środowiska prawicowe dążące do odsunięcia Jarosława Kaczyńskiego od wpływu na polską prawicę.

Polskie służby specjalne można o wiele rzeczy posądzać, ale o tak odważne działanie wymagające inicjatywy, ryzyka, całej organizacji przedsięwzięć – raczej trudno. Nie wynika to z braku wiary w możliwości naszych agentów „007”, ale z prostej zasady – kwitowania wszystkiego i sprawozdawczości. Nawet przy założeniu, że w naszych służbach specjalnych jest „jakiś spisek” i „jacyś ludzie” samowolnie lub w działaniu z inspiracji podjęli się czynności w omawianym rodzaju, – czyli grubej prowokacji aferalnej – to zawsze w tych strukturach pozostają jakieś kwity, albowiem każdy oficer zawsze działa na rozkaz. Nikt mający nawet resztki zdrowego rozsądku w głowie nie podjąłby się takiego ryzyka „na gębę”, albowiem oznaczałoby to porażkę w znaczeniu utraty prawa do emerytury, pozbawienia godności oficerskich, wyrzucenie ze struktur itd. Mało się o tym mówi, ale wielkim dramatem dla „tych ludzi” jest problem ze znalezieniem zatrudnienia po odejściu z „tych szeregów”. Dlatego też, jeżeli ktoś podjąłby się tutaj działania, musiałby się liczyć z tym, że prędzej lub później wypłyną na jaw jakieś kwity wskazujące na jego związek z działaniami „w sprawie”. Oczywiście byłoby to moralnie dyskwalifikujące i prawdopodobnie skończyłoby się w efekcie rozwiązaniem odpowiedzialnej za organizację afery struktury, dlatego też jest to zabezpieczenie systemowe, przemawiające za brakiem zaangażowania oficjalnych polskich struktury tajnych w to przedsięwzięcie. Natomiast odrębną kwestią i ciekawostką jest to, czy one o przygotowywaniu tej afery wiedziały? Tego się prawdopodobnie nie dowiemy, albowiem wiedza w tym zakresie oznaczałaby, że polskie służby specjalne inwigilują w jakiejś mierze środowiska dziennikarskie, co także samo z siebie – przynajmniej modelowo byłoby ocenione, jako naganne i stanowiło aferę nie mniejszą niż ewentualny trotyl w jakimś wraku, nawet świeży w kostkach…

Wyeliminowaliśmy do tej pory z kręgów podejrzeń – pana premiera, jego otoczenie oraz polskie służby specjalne. Przyjrzyjmy się teraz jako potencjalnym sprawcom osobom z dawnych służb specjalnych, resortów siłowych i ludzi, którzy w ewentualnym zwycięstwie politycznym obozu pana Jarosława Kaczyńskiego upatrują zagrożeń w rodzaju alternatywy: „tajemnicze samobójstwo w łazience o poranku” – lub konieczność emigracji. Nie ulega wątpliwości, że tacy ludzie są, wskazał na to przecież sam słynny pan poseł Macierewicz w swoim ośmieszającym i rozbrajającym polskie państwo raporcie o służbach specjalnych. Przyjmijmy zatem, że w kraju rzeczywiście funkcjonuje znaczna grupa wpływowych, majętnych i doskonale znających polskie realia ludzi, mająca osobisty interes w tym, żeby do władzy nie doszedł pan Jarosław Kaczyński, albowiem mogą się po nim spodziewać ograniczenia swoich wpływów, jak również sytuacji dziwnych wedle scenariusza – oczywiście przypadkowego – jak z nagłą i tragiczną śmiercią pani Blidy. Tutaj jest rzeczywiście wielce prawdopodobne, że „owi wpływowi”, obserwując słabość premiera Tuska i jego coraz bardziej niechętnej do wspierania lidera ekipy, zdecydowali się, jako zakulisowi władcy „teatru lalek” na działanie. Rzeczywiście tutaj element ryzyka nie występuje, albowiem nawet jeżeli zostałby wskazany sprawca, to bardzo łatwo jako osoba prywatna może zatrzeć ślady, odciąć się, wszystko dementować. Mając pieniądze, można odpowiednich ludzi do wszystkiego wynająć, niekoniecznie Polaków, czy też Polaków, ale nie z Polski. Występuje tu absolutny brak jakiejkolwiek odpowiedzialności politycznej po stronie odpowiedzialnych, zatem to właśnie mogą być potencjalni kandydaci do zlecenia tego typu działania. Oczywiście w Polsce nie ma mafii, to wiemy z licznych wypowiedzi wielu najwyższej rangi przedstawicieli Policji, więc nie można podnosić, że to jakaś zakulisowa struktura, co najwyżej element patriotyczny, realizujący własną grą troskę o interes narodowy (i swój własny) w taki sposób, w jaki najlepiej jest on zrozumiały. Przy czym w ogóle nie ma znaczenia, kto byłby rzeczywistym sprawcą, liczy się czy osoby z tak nazwanej grupy nie były inspirowane przez kogoś innego – znacznie potęzniejszego. Tutaj już nie będziemy więcej pisać, albowiem nie chcemy popełnić spontanicznego samobójstwa rano we własnej łazience, np. ślizgając się na mydle (wielokrotnie) aż do rozbicia głowy lub przerwania rdzenia kręgowego.

Rozpatrzmy, zatem kolejnego kandydata, także ochoczo propagowanego „w sprawstwie”, jako możliwy demiurg, czy też wielki reżyser naszej sceny politycznej – tym razem bierzemy pod uwagę zagraniczne służby specjalne. Oczywiście tutaj wariacji może być bez liku, gdyż jesteśmy przecież krajem tak ważnym i znaczącym, że prawie każdy chciałby zamieszać w naszym garnku wietrząc w tym swój własny interes. Ograniczmy się jednak do służb specjalnych najczęściej podejrzewanego o inicjowanie wszelkiego zła w Polsce sąsiedniego imperium. Faktem jest, że Federacja Rosyjska posiada w Polsce swoje interesy. Nie da się ukryć, że Rosja zbudowała swoje imperium na trupie Rzeczpospolitej, po czym przez 300 lat trzymała nas pod butem najpierw carskiego żołdaka a potem czerwonoarmisty. Co więcej, nie da się nie zgodzić z faktem, że to rosyjskiej produkcji samolot rozbił się podchodząc do lądowania na rosyjskim lotnisku w Rosji. Nie można też bezkrytycznie podchodzić do wniosków rosyjskiej komisji lotniczej badającej przebieg katastrofy smoleńskiej. W ostateczności można się zgodzić z faktem, że Rosjanie nas prawdopodobnie nie kochają za naszą antyrosyjskość i pragną naszej krzywdy, mniejszej lub większej o tym można dyskutować, ale jest to uprawnione wnioskowanie, albowiem trudno jest darzyć sympatią tak szowinistycznie nastawiony kraj jak Polska (zwłaszcza po tym jak zostali potraktowani rosyjscy kibice niedawno w Warszawie). Nie ulega też wątpliwości, że chociaż oficjalne czynniki w imperium milczą, to kwestia rozgrywania katastrofy smoleńskiej w Polsce znajduje się pod ciągłym nadzorem właściwych czynników analitycznych ze strony, – co jest bardzo prawdopodobne – rosyjskich służb specjalnych. Tego nie da się wykluczyć, a ze względu na wagę tej sprawy dla polskich spraw wewnętrznych – nikt nie zrezygnowałby z możliwości rozgrywania tak łakomego kąska. Jeżeli do tego weźmiemy pod uwagę fakt, że Rosjanie dysponują możliwościami sprawczymi, umożliwiającymi przeprowadzenie operacji polegającej na spreparowaniu materiałów – informacji, które posłużyły panu Gmyzowi do upieczenia słynnej już kaczki dziennikarskiej – to nie można ich wykluczyć z kręgu sprawców. W tym rozumowaniu jest jednak jeden problem. Bez względu na to, czy do takiego działania używa się agentów wpływu (świadomych lub nieświadomych), czy kadrowej agentury, to zawsze należy się liczyć z tym, że sznurki prowadzą do mocodawcy, albowiem nie ma na świecie służb specjalnych wyposażonych w autonomię działania na scenie politycznej inwigilowanego państwa. Owszem były takie standardy, ale do epoki telekomunikacji! Od czasu wymyślenia telegrafu zawsze decyzja jest podejmowana w centrali – to wynika z samej istoty i konstrukcji służb specjalnych, które bardziej niż szpiegów pilnują absolutnej, niczym nieograniczonej i niepodlegającej dyskusji – pełnej lojalności swoich własnych agentów. W związku z tym, wymagałoby to decyzji na odpowiednio wysokim szczeblu w Moskwie. Powstają tutaj dwie wątpliwości – czy decydent podjąłby ryzyko udowodnienia skandalu przez polskie/natowskie czynniki? A także, co jest chyba ważniejsze – czy my naprawdę nie mamy o sobie zbyt dużego mniemania? Czy Rosjanie naprawdę żyją codziennie katastrofą smoleńską i Polską – kombinując tylko jak by tu jeszcze głębiej wbić „Polaczkom” szpilę? Przecież takie myślenie wymaga, co najmniej przeprowadzenia dowodu w oparciu o jakieś przesłanki strategiczne! Ich nawet pobieżna analiza wskazuje, że nie jesteśmy uznawani za państwo-zagrożenie, ani nawet już nie za państwo-pomost (wiadoma rura z gazem). Jesteśmy elementem zachodniej układanki, która ma tą niewygodną cechę, że jest niewdzięczna w ich rozumieniu historii i tyle. Kropka. Nie jesteśmy w centrum zainteresowania spraw rosyjskich, głównie dlatego bo jak podskoczymy zbyt wysoko – sam zachód sprowadzi nas boleśnie na ziemię. Jest to oczywiste dla każdego, kto rozumie nasze miejsce na mapie i konsekwencje z bycia biedniejszym bratem we „wspólnocie” zachodnich demokracji. Dlatego też, udział obcych służb specjalnych – w szczególności rosyjskich możemy wykluczyć, albowiem po prostu przeceniamy swoje znaczenie.

Pozostała nam ostatnia grupa „podejrzanych” – są to środowiska prawicowe dążące do odsunięcia Jarosława Kaczyńskiego od wpływu na polską prawicę. Osób jawnie mających Jarosławowi Kaczyńskiemu za złe np. to, że usunął ich z partii nie brakuje. Co ciekawe są to do niedawna pierwsze nazwiska w garniturze politycznej forpoczty Prawa i Sprawiedliwości. Mamy niedoszłego lidera, jego pomagiera – także postać wybitną z wielce jadowitym językiem, a nawet posiadającą rodzinne koneksje w środowisku dziennikarskim i to nie jakieś tam „piąte wody po kisielu”, ale ważnego redaktora w potężnym koncernie medialnym. Dlatego też wpływów ludzi z tego środowiska nie można niedoceniać, albowiem przecież chyba oczywistym dla państwa czytelników jest fakt, że to co widzimy dzisiaj w mediach – to relacje z tego co minęło lub wynik uzgodnień w co ciekawszych sprawach… nic się nie dzieje z przypadku, chyba że sytuacje nagłe. W tej grupie mamy, co najmniej dwa środowiska – wspomniane z bratem wielkiego redaktora – człowieka najwyższej próby – doskonale zorientowanego w środowisku, jak również ludzi, którzy nie mają już zupełnie nic do stracenia, albowiem mogą mieć prawie absolutną pewność, że nie wejdą do Sejmu lub Parlamentu Europejskiego z żadnej listy, gdyż ich rachityczna bezideowa partia w żadnej mierze nie przekroczy w skali kraju progu wymaganego w podziale mandatów. Ponieważ oba środowiska szczerze mają dość pana Jarosława Kaczyńskiego, oskarżając go przy tym wprost o bycie główną przyczyną niedawnej klęski wyborczej – nie można wykluczyć, że ten tekst prasowy był prowokacją, ale zrodzoną na prawicy i wycelowaną w osiągnięcie celów na prawicy. Co jest szczególnie ważne, nawet w przypadku „wsypy” można całą sprawę bagatelizować mówiąc, że to była jedynie rozmowa „między nami dziennikarzami”, jak również robić z siebie samego ofiarę, wskazując na nieujawnione źródło informacji, z którego pozyskano „mityczny przekaz”. W każdym bądź razie – takie zachowanie w środowisku politycznych odszczepieńców od partii Jarosława Kaczyńskiego stanowiłoby jedynie ilustrację do kreowania istniejących już mitów – zwykły wypadek przy pracy, w zasadzie niewielką sprawę, którą rozdmuchano ku uciesze konstruktorów (zapewne dwóch) tego spisku. Bez wątpienia także ci panowie zyskują na stracie „prezesa” zgodnie z maksymą „cui bono, qui prodest”, przy czym politycznie nic nie ryzykują, albowiem w razie rzeczywistej wpadki – mieliby piękny argument do przejścia na drugą stronę „okopów”, celem otrzymania dwóch mandatów na listach szerokiej jak Polska – Platformy Obywatelskiej, która jak wiadomo jest dla wszystkich Polaków, a w szczególności tych, którzy „ukąsili” wiadomo którego prezesa…

Reasumując, z przedstawionych pięciu grup interesariuszy wytypowaliśmy dwie najbardziej prawdopodobne, jako potencjalni inicjatorzy i sprawcy scenariusza o prowokacji poprzez dostarczeniu panu redaktorowi Gmyzowi fałszywych materiałów, które posłużyły do stworzenia nieszczęsnego artykułu o trotylu na wraku Tupolewa. Jeżeli faktycznie brałoby się pod uwagę scenariusz prowokacji i celowego działania jakichś inicjatorów mających w przebiegu spraw swój interes, to należy wskazać na dwie możliwe kategorie takich sprawców. Mogą to być osoby z dawnych służb specjalnych, resortów siłowych i ludzi, którzy w ewentualnym zwycięstwie politycznym obozu pana Jarosława Kaczyńskiego upatrują zagrożeń w rodzaju alternatywa: „tajemnicze samobójstwo w łazience o poranku” – lub emigracja; albo środowiska prawicowe dążące do odsunięcia Jarosława Kaczyńskiego od wpływu na polską prawicę. Te dwie grupy mają realny interes i nie ponoszą ryzyka systemowego. Właśnie tutaj, na post-pisowskiej prawicy – gdzie nikt by się nie spodziewał i gdzie ewentualne podejrzenia są jak najdalsze należałoby upatrywać możliwych inspiracji dla tych w istocie żałosnych wydarzeń.

3 komentarze

  1. Bardzo dobry tok rozumowania.
    Od siebie bym dodał podejrzenie o siły sprawcze poza państwem . Bez precyzowania kierunku, chodzi wyłącznie o stopniowe obniżanie pozycji i wszelkich notowań ( a szczegłonie wiarygodności politycznej ) państwa polskiego. To się świetnie udaje, głównie dzięki działaniom samych Polaków.
    Jakoś trzeba te rury i kable podmorskie usprawiedliwić, wyjaśnić dlaczego tu nie wolno zbudować siłowni nuklearnej , zezwolić na wydobywanie bogactw naturalnych, mieć uzasadnienie do przeniesienia tranzytu drogowego i kolejowego na południe od Karpat, w końcu na to co się własnie dziać zaczyna: wycofywanie produkcji z polskich montowni na rzecz włoskich, niemieckich, plus miła perspektywa dla polskich niewolników: praca na wyjeździe albo żadna….. W tle mamy jeszcze jakieś mgliste 300 dużych baniek dotacji , które w obecnej sytuacji zaczynają znaczyć dla państwa ekonomiczne być lub nie.

    Jeżeli połączyć te drobne w sumie incydenty ( zdjęcia, zwlekanie z przekazywaniem materiałów, NIEumyślne podmiany ciał , ciągłe jątrzenie w mediach ) to mamy logicznie układający się w całość ciąg działań, daleko bardziej wyszukany niż atak na rozgłośnię gliwicką, do tego wykonany – niemal – bez konieczności udziału sił zewnętrznych.

    Jest tylko jedno państwo na świecie, które potrafi dokonać takich rzeczy, jest też drugie jedyne, które ma tyle pieniędzy żeby pokryć koszta operacji.
    Oba potrafią planować swoją przyszłość i zlikwidować potencjalne przeszkody na swojej drodze

    A panowie Cyfra i Rajdowiec? idealni do wykorzystania jako marionetki. Dwaj zdesperowani psychopaci, dwaj aniołowie upadli dyszący chęcia zemsty, idealny materiał nawet na żywe bomby.

    ps. jest także jedno, jedyne państwo w swoim rodzaju na świecie: zarażone wirusem samobójczym i popełniające samobójstwo na oczach obojetnej i przypadkowej publiki. Nie pierwszy raz ale chyba ostatni…

  2. Bardzo ciekawe spostrzeżenia i nie pozbawione dużego rozsądku. Brawo.

    • Logiczne aż do bólu.Autor ma stuprocentową rację my Polacy nie jesteśmy pępkiem świata i powinniśmy zdać sobie z tego wszyscy sprawę ,łącznie albo zwłaszcza z politykami.

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.