Paradygmat rozwoju

Równouprawnienie płci pod względem płacy to bzdura

 Równouprawnienie płci pod względem płacy to bzdura, nie ma tutaj równości, albowiem nie można na podstawie genitaliów oceniać czyjejś indywidualnej efektywności i przydatności dla pracodawcy. Czym innym jest ocena przeciętnej spodziewanej wydajności i efektywności – użytku, jako pracodawca spodziewa się uzyskać z zatrudnienia pracownika. W tej kwestii wszystko jest możliwe tzn. nawet jawna dyskryminacja polegająca na słabszym przeciętnym wynagradzaniu kobiet – zwłaszcza młodych, – jako osób niepewnych dla pracodawcy w procesach pracy ze względu na potencjalne macierzyństwo i kwestie z tym związane tj. nieobecność, reorientację priorytetów, ograniczoną dyspozycyjność.

Nie oszukujmy się – nie dajmy się omamić żadnym genderowym feministkom – dzieci zawsze wychowywały kobiety, wychowują je i będą je wychowywały. Tak jest skonstruowana nasza cywilizacja, póki, co nie wymyślono jeszcze nic lepszego od matki dla dziecka. Jeżeli genderowe feministki to wymyślą – warto będzie to opatentować i wdrożyć.

Z tego powodu jest oczywistością – chronioną i promowaną przez państwo, że kobieta w ciąży jest szczególnie chroniona w stosunkach pracy. Nie podoba się to wielu pracodawcom, którzy starają się wykluczyć ryzyko ponoszenia kosztów związanych z prokreacją poprzez unikanie zatrudnienia kobiet o określonych predyspozycjach i cechach osobistych. To jest pierwszy próg dyskryminacji – pełne wykluczenie kobiet z pewnych kategorii zatrudnienia, albowiem grożą dezorganizacją np. produkcji, działalności biura itp. Są również instytucje sfeminizowane, gdzie dominują kobiety w tym w różnym wieku – tam z kolei pracodawca zakłada, że po okresie związanych z urodzeniem dziecka i jego wstępnych wychowaniem nastąpi okres wzmożonego zaangażowania się kobiety w pracę. To wszystko się zawsze musi jakoś bilansować – albowiem nie ma darmowych obiadów – kobieta w ciąży, czy też 60 dni w roku zwolnienia ze względu na chorobę dziecka to wielki koszt i obciążenie dla pracodawcy – nie tylko w sensie płacowym, ale w sensie paraliżu wykonywania części działalności operacyjnej przypadającej na kobiety – zatrudnione de facto w ograniczonym wymiarze czasu. Wpływa to na planowanie procesów pracy, model zatrudnienia, emocje itp. W wyniku tego, że jest to zawsze dla pracodawcy koszt – model w pełni socjalny istnieje w Polsce praktycznie głównie tylko w urzędach publicznych. Cała reszta jest nastawiona do potrzeb kobiet w sposób rynkowy, czyli z przysłowiowego buta. I nic żadne państwo na to nie poradzi, zwłaszcza tak słabe jak nasze.

W powyższym kontekście nie ma i nie może być równowagi i równouprawnienia pomiędzy płciami, ponieważ kobiety pracują przeciętnie mniej, są przez to przeciętnie dla pracodawcy mniej wydajne. Żeby to zmienić trzeba zmienić logikę systemu, w ten sposób, żeby kobiety nie były dyskryminowane przez swoją naturalną cechę i skłonność do macierzyństwa.

Przede wszystkim kobieta w ciąży nie może być utrapieniem dla pracodawcy, system powinien być tak skonstruowany, żeby wręcz pracodawca zatrudniający kobietę w ciąży dostawał bonus w postaci zwolnienia podatkowego, a nie był obciążany obowiązkiem utrzymywania kogoś, kto nie pracuje! Potrzebujemy w tym zakresie zmiany filozofii, potrzebujemy w tym zakresie zupełnie innego podejścia – nie ma, co ukrywać – silnie afirmującego społeczną pozycję kobiet, albowiem społeczeństwo, które nie otacza matki i macierzyństwa opieką, nie stwarza dla kobiet możliwości przetrwania okresu ciąży – skazuje się samo na wymarcie. Nie potrzeba do tego przeprowadzać badań empirycznych – wystarczy podstawowa matematyka, zresztą prognozy są udostępnione na stronach statystyki publicznej.

Dlatego więc nie myślmy o równouprawnieniu płci pod względem jakiejś banalnej płacy, albowiem jest to bzdura i nierówne traktowanie ludzi – płaćmy każdemu wedle jego wyników, natomiast nikt i nic nie może nam zabronić otoczenia kobiet szczególną opieką – afirmującą macierzyństwo, w tym finansowo. To wyzwanie czasów, ponieważ niż demograficzny nas zbyt wiele kosztuje a zarazem skuteczny sposób na obalenie mitów gen derowego feminizmu – rozkazującego pracodawcom płacić tak samo za nierówną i różną pracę. Nie da się oszukać natury – stymulowanie procesów zgodnych z biologią może wyjść nam tylko na dobre.

2 komentarze

  1. Trochę racji w tym co pisze @krakauer jest.

  2. wieczorynka

    Zgadza się, że kobieta w ciąży, kobieta wychowująca dziecko to obciążenie dla biednego pracodawcy. Dlatego kobiety nie powinny rodzić dzieci to i pracodawcom będzie lżej a tym bardziej kobietom. Ponieważ wydłużono wiek emerytalny powinno się zatrudniać głównie osoby 60+.
    Stąd wniosek pierwszą pracę należy podejmować po 40-tym roku życia, bo to i dzieci odchowane, nawet częściowo wnuki, a pracodawca nie będzie się stresował, że jakaś pani zajdzie w ciążę.
    Dla równowagi należy dopisać jak te sprawy wyglądają choćby w Wielkiej Brytanii gdzie Polki rodzą więcej dzieci aniżeli Pakistanki.

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

1 × 3 =