Równe żołądki, równe płace?

Jedna z utopijnych koncepcji współczesnego post-socjalizmu zakłada, że wszyscy za swoją pracę liczoną w jednostkach czasu powinni otrzymywać taką samą zapłatę. To znaczy, żeby np.: czas profesora uczącego szczegółów genetyki i sprzątaczki czyszczącej szyby w biurze – był wyceniony na taką samą ilość jednostek pieniądza. Trzeba przyznać, że jest to propozycja rewolucyjna i niesamowicie egalitarna, chyba nie da się bardziej posunąć w równości społecznej?

Generalnie pomysł jest genialny – wszyscy jako jednostki ludzkie posiadamy tą samą godność i jesteśmy wartościowi, realizując swoje talenty zawodowo poświęcamy swój czas. W interesie wszystkich jest równy podział zasobów na poziomie zaspokojenia potrzeb, podzielenie ogólnej ilości pracy koniecznej do wytworzenia dóbr i usług dla zaspokojenia potrzeb społeczeństwa przez ilość godzin pracy przy zoptymalizowanej wydajności i uśrednionej efektywności – powinno umożliwić równość zapłaty w przynajmniej uśrednionej jednostce czasu. Może to teoretycznie działać pod warunkiem, że ilość wkładu pracy „pasażerów na gapę” i „przodowników” będzie się równać nie mniej niż zero, a konsumpcja wszystkich konsumentów będzie się cechować pewnym poziomem oszczędności i danin publicznych ograniczających jej bazę. Chodzi o to, żeby zabierać społeczeństwu część dochodu w taki sposób, żeby wystarczało na pokrycie ewentualnych zawahań się systemu jak również finansowanie potrzeb państwa.

Oczywiście cudów nie ma i w realiach prawdziwej gospodarki ilość „pasażerów na gapę” lub tych co chcą przewieść za darmo chociaż ponad wymiarowy bagaż, albo korzystać z wszystkich linii – płacąc za jedną zawsze będzie rosnąć w miarę starzenia się systemu. Można temu zaradzić na wiele sposobów, jednym z nich jest doprowadzenie do odpowiednio posuniętego stanu popytu na pracę, jako dobra rzadkiego w gospodarce. Wówczas osoby posiadające pracę zaczynają ją cenić, ponieważ widmo bezrobocia oznacza ograniczenie możliwości konsumpcji i cały szereg negatywnych konsekwencji z tym związanych.

Rzeczywistym powodem, dla którego taki model jest skazany na nieefektywność, są różnice w efektywności poszczególnych pracujących. Przykładowo żołnierz może przez 10 lat nic efektywnego nie robić na rzecz obronności w znaczeniu – walki z przeciwnikiem. Natomiast, może się zdarzyć, że kiedyś w ciągu dwóch dób jego skumulowane umiejętności wynikające z wyszkolenia – przydadzą się, żeby ochronić system, któremu służy. Podobnie kelner, tak długo jak nie obsługuje klientów – nie jest do końca efektywny. Może coś robić w pracy, ale na jednostkę jego czasu przypada określona ilość klientów – nie więcej. Analogicznie lekarz, czy też tak produktywny zawód jak rolnik – nie tyra cały dzień w kieracie, ale umiejętnie i efektywnie organizuje swoją pracę, której ma więcej w określonych porach roku. O projektantach, pisarzach, artystach malarzach a malarzach pokojowych i innych różnicach w podejściu do efektywności czasu pracy skumulowanej w jego jednostce lepiej nie wspominać.

Jedynie w warunkach okresowo pojmowanej konieczności wyższej, cechującej się ograniczeniem wolności – jak np. gospodarka czasu wojny, tego typu działania się udają. W warunkach wolności – nie mają szans, ponieważ ludzi są przeważnie chciwi, leniwi i zachłanni. Wykształcenie i ogólny poziom cywilizacyjny mogą jedynie nieco złagodzić te negatywne cechy, jednakże nic nie jest w stanie zmienić ludzkiej natury – co prawda nie udało się to w Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich, gdzie próbowano stworzyć nowego człowieka, ale może uda się w gospodarce neoliberalnej dzięki masowemu ogłupianiu i odmóżdżeniu ludzi pozbawionych wszelkich wartości.

Teoretycznie można sobie wyobrazić model gospodarki pro-ekologicznej (który powoli zaczyna realizować Unia Europejska), w którym ludzka konsumpcja byłaby z góry ograniczona do maksymalnego pułapu określonego przez algorytm sterujący – odpowiednio nakazujący człowiekowi wzmóc wysiłki i efektywność lub korzystać z czasu wolnego, jeżeli ogólny system gospodarczy by czegoś takiego wymagał. W epoce Excela i super komputerów jest to możliwe, jednakże ludzie musieliby uwierzyć w jakąś odmianę równości motywowanej ekologicznie, bez czego będzie bardzo trudno spowodować samoograniczenie lub zgodę na odgórne ograniczenie.

Reasumując – niestety nie jesteśmy równi, ale przeważnie jesteśmy leniwi lub wykazujemy skłonności do bycia leniwymi. Można wręcz mówić o preferencji lenistwa i czasu wolnego, jednakże to już jest kwestia wolności klasy próżniaczej, której nie będziemy tutaj poruszać. Należy jedynie mieć świadomość, że na nasz dobrobyt, a mówiąc wprost na to co jemy – pracuje o wiele mniej ludzi niż jest żołądków do wypełnienia. To determinuje efektywność, a przy niewystarczającej efektywności, niektórzy – po prostu nie dojadają, jedzą szczaw lub chodzą głodni. Żaden system komputerowy tego nie zmieni.

2 thoughts on “Równe żołądki, równe płace?

  • 5 maja 2013 o 11:41
    Permalink

    Podobno praca uszlachetnia, ale lenistwo uszczęśliwia.
    Dobry tekst poruszający istotne sprawy, chociaż nie dotyczący pokolenia 1500 zł brutto, łaknących jakiegokolwiek zatrudnienia.

    Odpowiedz
  • 5 maja 2013 o 22:30
    Permalink

    “Równe żołądki, równe płace?” to genialny pomysł Solidarności z lat 80-tych ubiegłego wieku, ja wcale tak nie uważam.Szanuję każdą osobę i pożyteczną pracę. Bardziej chodzi jednak o podział wypracowanej wartości. Ogromne różnice w podziale wartości wypracowanej prowadzą do wykluczenia części społeczeństwa a tym samym niepokojów społecznych a to już się nikomu nie opłaci.Od lat 70-tych XX wieku różnice w podziale dochodu wzrosły kilkadziesiąt razy, dotyczy to zarówno Europy jak i USA i stąd napięcia społeczne.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.