Społeczeństwo

Queerowa rewolucja?

 W minioną sobotę Warszawa ujrzała kolejną manifestację środowisk LGBTQ, akcentujących w ten sposób prawo do istnienia w przestrzeni publicznej ze swoją retoryką. Każdy ma prawo manifestować, każdy ma prawo wyrażać swoje poglądy, każdy ma prawo mówić, co go boli, co mu przeszkadza, czego potrzebuje – zwłaszcza w odniesieniu relacji obywatel-system. Środowiska LGBTQ domagają się przede wszystkim równości, w podmiotowym traktowaniu uprawniającym do realizacji swojego sposobu życia.

Nie ma potrzeby wnikać w ich postulaty, jednakże trzeba sobie uświadomić, że gra nie tyczy się o jakieś tam drobiazgi w rodzaju małżeństwa, prawo dziedziczenia, czy nawet tak poważną teoretycznie kwestie jak uprawnienie do adopcji dzieci przez pary jednopłciowe lub transpłciowe. To wszystko to szczegóły, drobiazgi i dodatki do postulatu najważniejszego, jakim jest w istocie zmiana paradygmatu funkcjonowania społeczeństwa. Przez wieki zagadnienie homoseksualizmu było obecne w cywilizacji człowieka, starożytni Grecy nie widzieli w tym nic nadzwyczajnego, nawet Chrystus w przypowieści o setniku i jego słudze nie odtrąca prośby o pomoc, – choć z kontekstu wynika więź homoseksualna pomiędzy osobami. Obecnie nawet nie należy się zastanowić, czy w ogóle seksualność człowieka może być wyróżnikiem w dyskusji publicznej? Albowiem ona niestety nim jest i to bez pytania o granice wstydu.

Skąd, więc taka nienawiść do homoseksualistów w naszej kulturze i naszej rzeczywistości? Pejoratywne konotacje zachowań homoseksualnych mają podłoże kulturowe, wynikają z przełożenia oczekiwań względem pożądanych relacji społecznych a funkcją społeczną człowieka determinowaną poprzez płeć. Klasycznie, dla dominującej części społeczeństwa – zwyczajnym sposobem zachowań seksualnych jest budowa relacji damsko-męskich, co jest usankcjonowane przez prawo, albowiem w istocie rodzina – stanowi podstawę odtwarzania się i trwania społeczeństwa, na którym swój byt opiera państwo. Silnym sprzymierzeńcem państwa w utrzymaniu tego porządku jest Kościół, który dodaje sankcje moralne do zachowań seksualnych, wskazując przez to normę, którą także do tej pory akceptowało państwo i dominująca większość społeczeństwa.

Bunt środowisk LGBTQ wynika z presji środowiskowej, jaką te osoby czują na każdej z płaszczyzn funkcjonowania w społeczeństwie. Kościół zachowania seksualne nieprowadzące do prokreacji uznaje za grzech. Osoby żyjące w niestandardowych relacjach są wykluczone poza nawias kościoła, to grzesznicy, żyjący w grzechu. Społeczeństwo najczęściej wyśmiewa inne niż standardowe zachowania seksualne. Dla heteroseksualnych „normalnych” mężczyzn, homoseksualne zachowania ich kolegów są powodem do kpin i do odrzucenia. Gej nie ma szans w drużynie piłkarskiej, nawet jeżeli byłby super kolegą, nikt nie będzie chciał mieć szafki obok niego, lub być razem z nim pod prysznicem. Co więcej wielu nie będzie chciało podać mu ręki, o ile nie obędzie się bez wyzwisk i ciężkiego pobicia. Dlaczego? Ponieważ dla heteroseksualnych mężczyzn pozwolenie na przebywanie w ich otoczeniu „faceta” mogącego potencjalnie myśleć o nich w kontekście seksualnym – wywołuje chęć ochrony swojej seksualności, w jedyny sposób, jaki znają mężczyźni, – czyli poprzez agresję. Do której, oni mają pełne prawo albowiem bronią swojej prywatności, nie chcąc być oglądani, dotykani, ocierani, i mieć cokolwiek wspólnego z „facetem”, który chciałby powiedzmy enigmatycznie „się do nich przytulić”… Po prostu tak jest, z perspektywy heteroseksualnego mężczyzny, zwłaszcza znajdującego się w zbiorowości – takie zachowanie się jest koniecznością, albowiem tego wymaga ochrona własnej godności. Równie dziwnie reagują heteroseksualne kobiety, mają nawet w pewnej mierze trudniej, albowiem relacje z kobietami tej samej płci są traktowane przez dominującą część mężczyzn, jako „coś ciekawego”. Mężczyźni nie rozumieją kobiecej psychiki wykluczającej dopuszczenie do bliskości z inną kobietą rozumianą, co najmniej, jako konkurentkę, relacje damsko-damskie są z perspektywy mężczyzn nie zrozumiałe. Natomiast jeszcze dziwniej kobiety reagują na mężczyzn odgrywających rolę „kobiet” w relacjach homoseksualnych lub innych kombinacjach. Można się spotkać z opiniami skrajnymi, w świetle, których np. mężczyzna dążący do zmiany płci jest karykaturą kobiety, albowiem w sposób nieudolny dąży do nieosiągalnej z powodów biologicznych doskonałości. Różnica w zachowaniu kobiet i mężczyzn względem osób homoseksualnych standardowo jest następująca: mężczyzna i homoseksualista = agresja; mężczyzna i lesbijka = ciekawość; kobieta i homoseksualista = śmiech; kobieta i lesbijka = różnie. Abstrahując od odczucia ludycznego, które niedawno zostało publicznie wyartykułowane przez jednego z posłów należy pamiętać, że typów relacji może być o wiele więcej, jak również mogą mieć one mieszany charakter. Liczy się ogólna zasada, że mężczyźni heteroseksualni reagują agresją na homoseksualistów, a kobiety heteroseksualne patrzą na nich z pożałowaniem, czasami lękając się homoseksualnych kobiet. W dywagację na temat mechaniki i sposobu rozumienia aktu płciowego – wyrażającego zawsze stosunek dominacji i uległości nie będziemy tutaj sobie pozwalać, ale należy pamiętać, że standardowo ukształtowane wzorce męskiej dominacji i kobiecej uległości w tym miejscu biorą swój początek. To zdecydowało, co jest naturalne a co nie, można się z tym nie zgadzać, – ale w ten sposób zostaliśmy ukształtowani. To podstawa i fundament społecznego porządku, wynikający z podziału ról narzuconego przez płeć. Dopiero wraz z postępem cywilizacji stało się możliwe usamodzielnienie się kobiet, niezależnych ekonomicznie od swoich „panów i ”władców”. Pamiętajmy, że jeszcze na początku XX wieku dla rodziny śmierć ojca oznaczała głód. Tak było ukształtowane społeczeństwo w szczycie rozrostu kapitalizmu, samotna kobieta mająca na utrzymaniu dziecko lub dzieci – nie miała szans, lub miała bardzo trudno. Dopiero obecnie, kiedy to rozwój cywilizacyjny umożliwia alienację i samodzielność, bez ryzyka egzystencjonalnego, (choć z tym akurat w Polsce różnie bywa), możliwa jest emancypacja i pójście krok dalej w społecznym „rozwoju” – być może w ślepy zaułek Queeru, ale mimo wszystko zgodnie z w jakiś sposób uświadomionymi potrzebami człowieka.

Na to wszystko długim cieniem kładzie się państwo, które ze swoim prawem stawia szereg przeszkód przed osobami pragnącymi żyć zgodnie ze swoimi zainteresowaniami seksualnymi, które nie ma, co ukrywać determinują w pewnej mierze styl życia. Nie chodzi o to, że państwo stawia zakazy a niepokornych wydaje inkwizycji na zalewanie pewnych otworów ciała płynnym ołowiem. Środowiska LGBTQ słusznie podnoszą, że nasze prawo jest krępujące, dla osób pragnących żyć w wybrany przez nich sposób. Nie jest to pierwszy raz, kiedy prawo nie nadąża za rzeczywistością, jednakże w tym konkretnym wypadku ogół nie ma szczególnej ochoty się pochylić nad postulatami mniejszości. Na tym polega problem, który środowiska LGBTQ starają się nam przedstawić między innymi tak agresywną propagandą, z jaką mieliśmy do czynienia na ulicach Warszawy.

Patrząc na zjawisko LGBTQ z perspektywy państwowo-społecznej widać, że społeczeństwo reaguje na „problem” w sposób typowy dla wszelkich zagrożeń. Podobnie jak przestępcy są izolowani – osoby LGBTQ są dyskryminowane i odrzucane głównie dlatego, ponieważ w społecznym mniemaniu stanowią zagrożenie (od moralności poprzez deprawację i wykorzystywanie dzieci a po zarażenie HIV przez podanie ręki). Dlatego reakcja obronna przekłada się na wrogość, wykluczenie, dyskryminację. No, bo czy chcielibyście mieć państwo za sąsiadów dwóch gejów przebierających się w pawie pióra i pokazujących swoje ograniczone stringami pośladki waszym dzieciom – chcąc nie chcąc korzystającym z tej samej windy? Prymitywne porównanie, ale druzgocące, bo dominująca większość rodziców odpowie nie – nawet, jeżeli nie ma nic przeciwko środowiskom LGBTQ. Wniosek, – po co nam zdrowy rozsądek, jeżeli jest poczucie zagrożenia, które budzi niechęć, odrazę i w efekcie agresję, lub przynajmniej poniżenie.

Nie ma znaczenia, czy osoby ze środowisk LGBTQ mają rację czy nie, albowiem nie o rację tu chodzi, ale o zapewnienie przez państwo i prawo warunków do godnego życia człowieka w realiach naszego współczesnego społeczeństwa. Nikt nie powinien być w żadnej mierze z jakichkolwiek powodów dyskryminowany, ale z drugiej strony o dyskryminacji należy decydować w świetle kategorii obiektywnych a nie subiektywnych odczuć – osób nawet najbardziej wrażliwych.

Nie można się też dziwić osobom ze środowiska LGBTQ, że od pewnego etapu zaczną reagować agresją na tzw. standardowe normy i instytucje je podtrzymujące, albowiem odbierają je, jako zagrożenie dla siebie i prawa do bytu w ogóle. Czy słusznie, czy nie to nie ma znaczenia – liczą się fakty. Mamy w swoim społeczeństwie grupę ludzi, która chce żyć w sposób nazwijmy to dalece odmienny od przyjętych przez lata za powszechnie akceptowaną normę standardów. Żeby było bardziej dramatycznie, to nie są jacyś obcy, przyjezdni, koczujący przed murami naszych miast. To nasi sąsiedzi, znajomi, koledzy z pracy, koleżanki, czasami rodzeństwo, a także, co się też zdarza – małżonkowie. Oni żyją i funkcjonują w społeczeństwie nie, jako jakaś stygmatyzowana mniejszość, ale jako dokładnie tacy sami zjadacze chleba jak heteroseksualna większość. Tak samo płaca podatki, ZUS, KRUS, co więcej – mają dzieci, wychowują je – w różnych związkach lub samodzielnie, albo żyjąc na przysłowiową „kocią łapę”, z partnerem tej samej płci, mniej lub bardziej lękając się reakcji otoczenia. No, bo jak przeprowadzić komunię dziecka, które ma dwie mamusie? A co zrobić, jeżeli pani nauczycielka prosi dziecko żeby mamusia przyszła na rozmowę, a mamy nie ma – jest za to dwóch tatusiów? Bo takie przypadki także się zdarzają? Dlaczego ci ludzie i ich dzieci mają cierpieć, być wyszydzani, albo traktowani, jako odmieńcy? Mający szczęście, jeżeli jest jakaś babcia w pobliżu i czasami przejmie rolę dysfunkcjonującego (w znaczeniu społecznym) rodzica?

Teoretycznie istnieje zagrożenie rozpadu społeczeństwa, jeżeli znaczna ilość ludzi uzna, że możliwe jest życie w trybie indywidualnym, w oderwaniu od związków i relacji społecznych – uznając swoje własne „ja” za coś najważniejszego i kluczowego w ich życiu. Rezygnując z wysiłków i wyrzeczeń związanych z kosztami wychowania dzieci, współżycia i współutrzymywania partnera/partnerki w związku. Może to już przeszłość? Może np. ze względu na ilość rozwodów, trzeba poszukać nowego paradygmatu rozwoju społecznego umożliwiającego np. rozmnażanie uwalniające kobietę (rodziców) od kłopotu wychowania dziecka? Zapłodnienie – z doboru nasienia, przedstawionego przez matkę lub przez komputer, albo zapłodnienie naturalne, poród, oddanie dziecka do placówki kolektywnego wychowania? Z mniejszym lub większym interesowaniem się? Jakież to demokratyczne – wszyscy by mieli szansę mieć dziecko, a nie tylko ci, których partnerki do tego wybiorą! Jakież to demokratyczne – nie utrzymywalibyśmy dzieci niepłacących alimenciarzy i przywilejów kobiet na niekończących się zwolnieniach macierzyńskich. Rodzisz, oddajesz – idziesz do pracy i płacisz.

Może o to chodzi w ewolucji społeczeństwa? Co zyskujemy? Absolutną wolność jednostki. Prawo do dowolnego doboru partnera (ów). Oderwanie od stygmatyzacji nieposiadania dzieci, lub braku predestynacji kulturowej (rzekomo rodziny jednopłciowe nie są w stanie przekazać dzieciom odpowiedniego kodu kulturowego, – ale nie ma na ten temat dokładnych badań).

Jedno nie ulega wątpliwości, tam gdzie są ludzie musi być państwo – zwłaszcza, jeżeli znaczna zbiorowość twierdzi, że dzieje jej się krzywda. Trzeba się nad ich problemami pochylić i zastanowić jak rozwiązać wskazywane kwestie w sposób stwarzający największy obszar swobody, jakie można zaakceptować – raczej w sposób ewolucyjny niż rewolucyjny. Albowiem rewolucja w sferze obyczajowej do niczego dobrego nie prowadzi. Przykładowo, jeżeli prawdą jest, że na minionej paradzie wznoszono hasła antykościelne, a nawet w sposób czynny lżono z czci Matki Boskiej lub przedrzeźniano święte pieśni – to należy mieć świadomość, że sytuacja zabrnęła już zbyt daleko. Państwo musi reagować, zanim wśród ludzi pojawi się demon nienawiści i prześladowania. Nie można pozwolić na konflikt kulturowy i przeciwstawianie kiełkującej kultury LGBTQ utrwalonej kulturze chrześcijańskiej, albowiem z tego może powstać tylko i wyłącznie krwawy konflikt. Pamiętajmy o tym, że reakcja środowisk konserwatywnych z reguły jest powolna i spóźniona, ale zawsze dosadna. Nie ma nic gorszego niż kolejna spirala nienawiści w naszym społeczeństwie, zwłaszcza tak symboliczna jak na tle kulturowo-obyczajowym. Dlatego trzeba postulować przegląd postulatów środowisk LGBTQ – poszukiwanie obszarów niekonfliktowych i wspólnych, a następnie implementowanie do systemu prawnego rozwiązań czyniących funkcjonowanie tych osób w społeczeństwie – realnie uprawnionym i równorzędnym ogółowi, zgodnie z przysługującymi im prawami oraz niezbywalną godnością każdego człowieka.

Przy czym nie można zapominać, że prawo do wolności nie jest nieograniczone, ogranicza je zawsze prawo do bytu i wolności drugiego człowieka. Stąd moralność, stąd ochrona płodów, stąd nazywanie dobra dobrem a zła złem. Albowiem indywidualizm i samouwielbienie to najstarszy grzech – praprzyczyna całego zła na świecie a, że to nawet nie człowiek go popełnił to już inna historia i inne okoliczności – jednakże nawet na biblijnym przykładzie widzimy, że pełna wolność (bytu) prowadzi zawsze do samotności. A to przecież nie o to chodzi. A na pewno nie o to chodzi w rozwoju cywilizacyjnym człowieka.

3 komentarze

  1. To prawo do kolektywnego wychowywania dzieci już gdzieś kiedyś przerabiano i zawsze wychodziły potwory …

  2. Stach Głąbiński

    Przedstawienie sprawy najbardziej przekonujące spośród znanych mi opinii dotyczącej poruszonego tematu. Mam jedynie wątpliwość, czy w opisie kwestii opieki nad dziećmi nie zostało pominięte prawo dziecka przy jednoczesnym silnym zaakcentowaniu oraw indywidualnych osób dorosłych.

  3. Strasznie ksenofobiczny i pachnący odium przegniłego pedofilo-ortodoksa artykuł! Idę sobie zrobić lewatywę! Nie da się tego czytać! A tfu!

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

12 + 13 =