Ekonomia

Z pustego się nie naleje o aksjologii luzowania ilościowego

 Być może wielu z nas o tym nie pamięta, ale nasza zamożność ma swoje granice, nie da się zjeść więcej niż wyprodukujemy, chyba że ktoś ma ochotę na karmienie się dochodami z przyszłych okresów. Wymaga to jednak stałego podwyższania efektywności albo oszczędności w konsumpcji innych osób, jednakże dla państwa rozumianego zawsze, jako system tylko wzrost efektywności może oznaczać zwiększanie konsumpcji. Nie rozpatrujemy przypadku, w którym państwo dokonuje systemowych ograniczeń konsumpcji dla części jednostek za pomocą systemu podatkowego, ponieważ to „oczywista – oczywistość”, automatycznie uwzględniana w modelach ekonomicznych. Podobnie trzeba pamiętać o przynależności państwa do organizacji międzynarodowych. Nadwyżkę zawsze trzeba albo pożyczyć, albo oszczędzić, albo komuś zabrać, – jeżeli nie jest w stanie się jej wypracować.

Pieniędzy pobieranych od społeczeństwa przez cały PRL nie ma, były wydawane na bieżąco, państwo miało swoje potrzeby związane ze scalaniem terytorium, odbudową, rozwojem itd. Natomiast, dlaczego przez 25 lat transformacji w państwie ULTRA KAPITALISTYCZNYM nie udało się oszczędzić nawet 10% rocznie ze składek – umożliwiających stworzenie górki pieniędzy pozwalającej na wypłaty świadczeń przez 2-3 lat bez zasilania składkami – tego się nie da wytłumaczyć.

Deflacja, która właśnie się pojawiła może nas kosztować ekonomiczne „dziewictwo” po raz drugi, to znaczy po okresie, który możemy nazwać „ideologiczną dominacja Balcerowicza” w rozumieniu pewnego sposobu myślenia niż osoby, aczkolwiek okres ten wiązał się z udziałem w rządzie pana prof. L. Balcerowicza. W wyniku deflacji, bowiem może się okazać, że wskaźnikowo – żadne podwyżki się nie należą, a 20 lub 30 zł podwyżki, jakie mogłoby wynikać z podwyżki kwotowej forsowanej przez rząd Pana D. Tuska, to w realu bardzo dużo pieniędzy. Jednakże bez obaw, proszę się nie spodziewać, że w wyniku deflacji – cokolwiek oszczędzimy. Na rachunkach emerytalnych nie przybędzie nawet złotówka, ponieważ wszystko wydajemy z automatu od razu – na żywo i jeszcze musimy pożyczać.

Tutaj pojawia się pewien mały schodek, albowiem nasza „pivotalna” Rada Polityki Pieniężnej jest nieobliczalna w swoich zachowaniach, co więcej wewnętrznie jest podzielona w związku z pewnymi nagraniami. Dlatego też można się spodziewać, że może nie zadziałać tak jak potrzebuje tego rynek, to znaczy sprowadzić stopy procentowe do niezbędnego minimum – tylko o jedną wielkość większą od stop Europejskiego Banku Centralnego. Może w ten sposób udałoby się napędzić nieco koniunkturę i utrzymać szalejącego szatana deflacji w pobliżu zera – to byłby wielki sukces i rzeczywiste uniknięcie kryzysu.

Jeżeli nie uda się stłumić efektów deflacyjnych, to po prostu trzeba będzie drukować pieniądze i przeznaczać je na trzy rodzaje wydatków: inwestycje technologiczne w całości realizowane w kraju i z krajowych środków, uzbrojenie oraz renty i emerytury. W ten sposób można będzie wesprzeć rozwój, zakumulować dużą ilość pustego pieniądza w nieprodukcyjnych dobrach – nie na rynek oraz stymulować konsumpcję wewnętrzną, ponieważ renciści i emeryci głównie konsumują (i oszczędzają). Trudno jest ocenić na ile możemy „luzować ilościowo” jednakże nie można mieć wątpliwości i trzeba to robić. Potrzebujemy, co najmniej takiego poziomu luzowania – żeby wypełnić dziurę pomiędzy wypłatami rent i emerytur a wpływami składek. Jednakże ostateczną wysokość luzowania powinna określać stopa inflacji, która oczywiście nie powinna wykroczyć poza cel, aczkolwiek dyskusji wymaga w ogóle sensowność jego wyznaczania w warunkach deflacji.

W praktyce oznaczałoby to mniej więcej tyle, że nie musielibyśmy się zapożyczać na kolejne wypłaty emerytur i rent w kolejnym roku. Oczywiście inwestorzy finansowi nie są idiotami i jeżeli nie zabezpieczylibyśmy ich interesów moglibyśmy się spodziewać spadku wartości złotówki, ale w warunkach deflacji – nie mamy innego wyboru, ponieważ nie będzie pieniędzy, które i tak trzeba byłoby pożyczyć. To jedynie inny sposób finansowania tego samego deficytu – nazywając sprawę po imieniu – inny sposób samooszukiwania się i drenowania zasobów gospodarki. Plusem jest to, że właśnie nie boimy się inflacji – wręcz przeciwnie mogłaby się pojawić a nie musielibyśmy płacić morderczych odsetek.

Być może udałoby się nam oszukać czas? Proszę nie mieć złudzeń – to wszystko powyżej to sztuka przelewania z pustego.

5 komentarzy

  1. Autor: “Nie da się zjeść więcej aniżeli wyprodukujemy…”
    – już zjedliśmy więcej (zadłużenie Polski, którego wysokości tak naprawdę nikt z postronnych nie zna).

    Teraz wyobraźmy sobie, że nie ma Rady Polityki Pieniężnej i nie ma Giełdy Papierów Wartościowych (instytucje zaciemniające faktyczne finanse i to nie tylko w Polsce, już czuję się okrzyknięta profanem ale nie szkodzi) i wówczas będzie znacznie łatwiej policzyć ile mamy pieniędzy a ile nam brakuje.

  2. Jan Kobuszewski Kazimierz Brusikiewicz – Dług

    XXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXX

    • Wygooglowałam, obejrzałam tz. przypomniałam sobie gdyż ten skecz znam z czasów PRL i uśmiałam się omalże spadając z krzesła, jednym słowem samo życie.

      • … ‘samo życie”.

        Jak widzisz “wieczorynko”, dosłownie
        a i w przenośni też…co nie zmienia
        postaci rzeczy. Krótko:klasyka gatunku.
        Smiech, żart i satyra to nie tylko rozrywka,
        ale ma też inne przeznaczenie…

        Pozdrawiam.

    • Oczywiście, że obejrzałam a tym samym przypomniałam sobie większość skeczy, brakuje mi tych świetnych aktorów i tak świetnych tekstów. Obecne propozycje w telewizji to: bitwa na głosy, jak oni tańczą, jak oni śpiewają i tu przypomniał mi się Jerzy Stuhr “..każdy śpiewać może… stoję przy mikrofonie niech mnie który przegoni…”, w każdym bądź razie dziękuję za podrzucony temat.

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

fourteen − 9 =