Przyśpieszenie premiera, czyli wzrośnie VAT?

Do mediów zaczynają przenikać śladowe deklaracje premiera Donalda Tuska i ludzi z jego otoczenia jak np. wypowiedź pani Małgorzaty Starczewskiej-Krzysztoszek, o podwyżce VAT do 24%. Jest to bardzo ciekawe, bo jeszcze we wrześniu bieżącego roku Minister Finansów pan Jacek Rostowski twierdził, w wywiadzie dla RMF FM, że: „Nie widzę żadnego powodu, żeby VAT był podniesiony w przyszłym roku – absolutnie żadnego powodu. W ramach tego, co można dzisiaj przewidzieć, polska gospodarka wchodzi w przyszły rok silna. Widzimy, co się stało, jakie były naprawdę znakomite wyniki w drugim kwartale tego roku, kiedy mieliśmy wzrost gospodarczy, kwartał do kwartału, dziesięciokrotnie większy niż w Niemczech. Musimy być też świadomi tego, że na świecie są bardzo poważne zagrożenia, ale ja na przyszły rok podwyższenia podatków nie przewiduję”. Oczywiście nie były to wypowiedzi samego szefa rządu, ale komu, jak komu ale Ministrowi Finansów po prostu nie wypada nie ufać.

Jeżeli rząd zdecyduje się na kolejną podwyżkę podatku VAT, to tym samym bezpośrednio przekłada koszty swojego nieudolnego zarządzania krajem na barki społeczeństwa, znowu za błędy elity zapłacą konsumenci najbardziej powszechnych dóbr usług. Podwyżka tego podatku, aczkolwiek najłatwiejsza do wykonania i przeprowadzenia, powoduje brutalną ingerencję w siłę nabywczą ludności, albowiem podatki pośrednie dotykają sumy dochodów rozporządzalnych gospodarstw domowych (tego, co pozostaje po zapłaceniu wszelkich opłat, składek i podatków bezpośrednich). Ludzie będą mieli mniej na konsumpcję, firmy będą drożej prowadzić swoją działalność. W praktyce gospodarka będzie się kręcić nieco wolniej niż mogłaby i poniżej swojego poziomu równowagi.

Stosowana przez rząd pana Tuska taktyka małych kroczków podatkowych jest zabójcza dla gospodarki, albowiem i tak, co roku wszystko drożeje i wzrasta, z wyjątkiem pensji. Łączna suma pieniądza w gospodarce znajdującego się w dyspozycji gospodarstw domowych i podmiotów gospodarczych się zmniejszy i spowoduje presję dekoniunkturalną! Rząd nie bierze pod uwagę faktu, że społeczeństwo żyje na przysłowiowy „styk” i ludzie naprawdę nie mają pieniędzy. Nie chodzi tylko o grupy wyjęte poza nawias ekonomiczny, ale o całe rzesze tzw. statystycznych Polaków, którym na tydzień lub dwa przed pensją po prostu zaczyna brakować pieniędzy na życie. Powstaje ryzyko, że kolejne podwyższenie podatku zrodzi efekt przełamania, czyli kolejne elementy łańcucha gospodarczego podwyższą swoją sumę kosztów o n+1 %, co spowoduje znaczny wzrost kosztu składowego. Odbije się to na cenie pojedynczych dóbr i usług, ponieważ przykładowo wzrost VAT na towar w sklepie o 1% powoduje, że wzrasta nie tylko jego cena obecnie widoczna na półce, ale także cena składowych procesu jego wytworzenia i dostarczenia (surowce, paliwo itd.).

W zasadzie, rozsądniej było by podwyższyć ten podatek uczciwie od razu do 25%, albowiem w ten sposób rząd wypracowałby sobie pewną poduszkę finansową (około 7-12 mld zł), co miałoby ten sens, że wraz z oszczędnościami np. na KRUS umożliwiłoby jednorazowo znaczne zmniejszenie ogólnego poziomu zadłużenia (razem około 20 kilku mld zł). Byłby to bardzo duży wysiłek finansowy dla społeczeństwa, dający znaczny oddech finansom publicznym, jednakże żeby było to społecznie sprawiedliwe, powinno być powszechne i wiązać się z proponowanym zmniejszeniem budżetowych wydatków. Innej drogi nie ma, albowiem bez tego typu myślenia, podwyższane podatki będą siłą rzeczy przeznaczane na łatanie dziur systemu, a po prostu cięcia są koniecznością. W takim układzie, podwyżka tego podatku mogłaby znaleźć społeczne zrozumienie, albowiem cel byłby jasno zdefiniowany, a dodatkowo wyrzeczeniom całego społeczeństwa, towarzyszyłoby zmniejszenie obciążeń z tytułu super przywilejów jednej z grup.

To, co zaproponowano powyżej, to bardzo przejrzysty sposób komunikowania się rządu ze społeczeństwem, albowiem wzrost dochodów państwa i oszczędności na dotychczasowych kategoriach wydatków posłużyłyby na zmniejszenie obciążenia długiem. Odpowiednie przedstawienie tego społeczeństwu, spowodowałoby prawdopodobnie mniejsze niezadowolenie.

Po okresie 2-3 lat, i miejmy nadzieje powrocie do koniunktury, należałoby pomyśleć o ujednoliceniu stawek VAT z równoległym zmniejszeniem stawki podstawowej, przynajmniej do poziomu o 1% mniej niż u naszego zachodniego sąsiada. Manewr ten miałby kolosalne znaczenie gospodarcze, albowiem wówczas dla przedsiębiorców zza Odry inwestowanie w naszym kraju byłoby faktycznie tańsze. Dla społeczeństwa zmniejszenie podstawowej stawki podatku pośredniego z poziomu 25% do np. 18% oznaczałoby znaczną ulgę. Dla budżetu byłby to szok, jednakże łagodny ze względu na celowe przeznaczanie środków z zaaplikowanej podwyżki (na spłatę zadłużenia). Idealnie byłoby zmniejszyć stawkę jednorazowo i to z zaskoczenia! Byłby to silny bodziec popytowy dla gospodarki i wreszcie odczuwalna i istotna poprawa dla podatników (aczkolwiek niejako w kontekście znanego dowcipu o wprowadzaniu kozy do zatłoczonej izby).

Posunięcie to, mogłoby stanowić ukoronowanie działalności politycznej tej kadencji rządu. Tego typu myślenie wymaga wizji czegokolwiek, a zwłaszcza w zakresie finansów publicznych, a brak takiej w wydaniu aktualnego rządu już nawet najwięksi malkontenci nie mają pretensji.

Pozostaje jedynie mieć nadzieję, że obietnica Ministra Rostowskiego jest godna zaufania, a sprytny rząd na fali przyśpieszenia legislacyjnego na froncie walki z kryzysem nie podwyższy nam VATu jeszcze w tym roku…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.