Społeczeństwo

Przepraszam, a czy z kotem można?

 Nasz stosunek do prawa to nasz stosunek do państwa. Jako społeczeństwo jesteśmy wyjątkowo odporni na prawo, w tym znaczeniu, że jak „Kali komuś ukraść krowę…” to unikamy, natomiast, jeżeli nam dzieje się krzywda – natychmiast żądamy ochrony i pomocy. Jest to kompletne rozdwojenie jaźni, absolutna dwutorowość charakteryzująca nasze państwo no i siłą rzeczy tworzone przez nie prawo.

Przykładowo taka kwestia fotoradarów – święte oburzenie w narodzie jak kraj długi i szeroki, co więcej oburzają się też rodacy za granicą, no bo jak to? Po co? Dlaczego? Rząd wspiera budżet! Zły rząd! Ogranicza nam, naszą wolność – wyciskania ile fabryka dała z naszych kilkuletnich w dobrym stanie aut poniemieckich. Ofiary? To frajerzy albo nieszczęśnicy – jakieś koszty muszą być! Nie myśli się, że ofiara ma męża, ojca, matkę, dzieci, żonę. To nie ma znaczenia, albowiem kapitał społecznego zaufania – myślenia o współobywatelu mieszkającym za ścianą lub za miedzą jest w najlepszym wypadku niewielki, w praktyce żaden a najczęściej ujemny – to znaczy, nienawidzimy się nawzajem jak się tylko da. Przykład oczywiście idzie z góry – nasi politycy nie są przykładem ludzi obdarzonych ani zdrowym rozsądkiem, ani zdolnościami koncyliacyjnymi.

Właśnie, dlatego u nas jest tak dużo zakazów, nakazów, formularzy, zobowiązań, przymusów, ślepego działania państwa i jego organów oraz instytucji uprawnionych do prowadzenia działalności w jego imieniu. Jakiś komornik zabierze nie tej osobie, co trzeba pieniądze z konta i wszystkie instytucje nie widzą w tym nic złego i żadnej możliwości wyjścia do póki telewizja nie robi ze sprawy ciężko chorej kobiety afery na cały kraj, w której jedynie minister sprawiedliwości – niebędący prawnikiem umie się zachować normalnie. No, ale co z tego, jeżeli nie jest to osoba niekontrowersyjna, – bo też ma wadę jak każdy – no zastanówmy się jak porządny człowiek może mieć takie poglądy na życie jak nasz minister sprawiedliwości?

Wymiar sprawiedliwości generalnie nie zachęca do kontaktów z nim. Nie ma czegoś takiego jak zgłoszenie się do prokuratora pokrzywdzonej, pokrzywdzonego, albowiem ludzie mają naturalny lęk przed byciem podejrzanym – „umoczonym”, albowiem instytucje odpowiedzialne za egzekwowanie porządku i prawa po prostu są w odbiorze powszechnym nieludzkie a nawet znienawidzone. Sąd, wyrok – to problem, za który się płaci, nie ma czegoś takiego jak poczucie sprawiedliwości no, bo niby jak ma ono funkcjonować, jeżeli zdarzają się sprawy, że z dwóch sprawców – jeden, który ma żonę i dziecko wychodzi a drugi, który nie ma – siedzi, chociaż jest mniej winny, to nie ważne – liczy się sprytny adwokat ze znajomościami. Generalnie w społeczeństwie panuje w znacznej mierze uzasadnione przekonanie, że prawo, sądy i cały „ten teatr” są tylko dla bogatych. Biedni zaciskają zęby i walą pięścią w ścianę – jak dzieje się im krzywda, albo biorą sprawę w swoje ręce nie licząc się z konsekwencjami. Powszechnie wiadomo, że wystarczy dwóch fałszywych świadków i się przegrywa, – więc po co ryzykować? Jak już są kłopoty – idzie się na całość.

W zasadzie stan istniejący wszystkim odpowiada, ludzie godzą się z tym, że system działa tylko do pewnego poziomu, poniżej którego bardziej działa zwykłe złe słowo i pokaz siły. Jakoś radzą sobie, pomimo przeciwności i trudności, zwłaszcza jeżeli są obyci z realiami codzienności. Kluczowe tutaj jest to, że wszyscy chcą pod wieczór wrócić do domu i mieć spokój. Każdy ma taki cel, nie liczy się nic innego, ludzie nie chcą kłopotów. Stąd też zaufanie, jeżeli jest to tylko w ramach wypróbowanych relacji, co szczególnie odzwierciedla się na wymianie handlowej, gdyż nasze firmy nauczyły się działać w realiach nie tylko bez kredytu, bo czegoś takiego jak kredyt dla małych i średnich przedsiębiorców w Polsce od przed wojny nie było i nie ma, ale także w realiach spraw gospodarczych trwających od dwóch lat w górę! No i po co się sądzić skoro to tyle trwa i nie ma się na to pieniędzy? To bez sensu w naszych realiach. Dlatego ludzie tak układają swoje relacje, żeby tego uniknąć a do sądów chodzą albo desperaci albo „frajerzy”.

Zresztą, czego wymagać od społeczeństwa w kraju, w którym minister sprawiedliwości mówi o sitwie, która go nie zastraszy pod adresem środowisk prawniczych i nic się nie dzieje? Minister przeprasza, a wszyscy milczą! Mija pół roku – o sprawie nikt nie pamięta! Znika nawet z wyszukiwarek w mediach. Gdzie tu miejsce dywagacje ministra o literze prawa a duchu prawa. Zwykła pała policyjna się liczy i możliwość nieskończonego dokuczania obywatelowi, który ma się bać władzy i jej unikać, a przede wszystkim zginać kark i płacić, płacić zawsze i za wszystko potem milczeć. Prawa nie ma, jest dla nielicznych, których stać na adwokatów. Reszta społeczeństwa ma pełną świadomość, że nie może się narażać a w sporze z urzędnikami podatkowymi i tak nie ma się żadnych szans, a wszelki opór jest bezcelowy.

Poza sprawami wielkimi ciekawią także sprawy codzienne, takie banalne niby regulacje, ale odnoszące się do życia codziennego. Czasami sposób rozumienia prostych regulacji bywa zasadniczy – jak w kwestiach obyczajowych lub ciszy nocnej. Natomiast zdarzają się też sprawy powodujące śmiech, a w istocie będące niepodważalnym przykładem, „że Polak potrafi”. W takich sprawach nawet organy prawa i porządku bywają bezsilne, otóż w Krakowie w ścisłym centrum w pewnej piekarni wisi standardowa tabliczka z napisem i grafiką. Napis głosi „Psów wprowadzać nie wolno!” Do tego jest obrazek sympatycznego psa objętego stylizowanym zakazem parkowania. Każdy wie, o co chodzi, nie wolno wchodzić do lokalu z psem. Jednakże nie takie zakazy w historii miasta nieznosząca żadnych nakazów i zakazów niepokorna ludność tubylcza już obśmiewała i torpedowała, cóż to jakiś zakaz w jednej z wiodących piekarni! To istotna trudność no, bo co zrobić z psem, jeżeli wyszło się z psem i na zakupy – jak tu nie kupić świeżego pieczywa – rano, ludzie się śpieszą! Kraków wiadomo, to nie Warszawa w tym mieście nawet psów nie zostawia się przed sklepami a co dopiero wózków z dziećmi. Stąd też zakaz wprowadzania sympatycznych czworonogów zawsze oznacza pyskówkę pomiędzy sprzedawczynią a właścicielem czworonoga. To istotny lokalny problem! No i co zrobić? Są sposoby – Naród sobie zawsze poradzi. Pewnego dnia do wojowniczej sprzedawczyni przychodzi jeden ze standardowych klientów o standardowej porze, ale zamiast okazałej przedstawicielki setera irlandzkiego ma pod pachą kota – na wejściu – wskazując na tabliczkę głośno i donośnie pyta – przepraszam, a czy z kotem można?

Reszty historii możecie się państwo sami domyśleć. Piekarnia funkcjonuje, pieczywo jest konsumowane, Wisła płynie, a oprócz psów do piekarni wchodzą też koty – podobno raz pewien mężczyzna przyszedł z akwarium i nie ma na to sposobu, zwłaszcza na właścicieli psów i kotów przynoszących także kota, żeby pies mógł wejść – każdy po jakimś czasie skapituluje przed Polakami. Tabliczek na drzwi – zakaz wprowadzania kotów jeszcze chyba nie wyprodukowano, no bo kto by wyprowadzał kota?

I po co nam prawo? Przydają się koty!

4 komentarze

  1. Wierny_czytelnik

    Popłakałem się ze śmiechu 🙂

  2. Z kotem – jak najbardziej, czego przykładem jest przywódca PiS Pan Jarosław K. Pozdrawiam.

  3. Pomysł na rozwinięcie artykułu: Przyczyny tego stanu rzeczy:
    1. Zabory, wojny, powstania, zawieruchy, niespodziewane ograbienie – wymiany pieniędzy. Skutkiem brak zaufania do władzy, dążenie do jak najszybszego zagrabienia tego co możliwe i “w nogi”.
    2. Późne zniesienie pańszczyzny.
    3. Brak czegoś na miarę Rewolucji Francuskiej.
    I zapewne wiele argumentów, o których prosty inżynier nie ma pojęcia 🙂
    Pozdrawiam

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.