Ekonomia

Prywatyzacja majątku komunalnego – głos przeciw koncepcji

 Nasze samorządy odziedziczyły sporo mienia, jak również nabyły je przez lata w drodze rozwoju posiadanej infrastruktury. Gminy, czy też miasta na prawach powiatu, – bo to głównie o te podmioty zaczyna toczyć się gra, znajdują się w posiadaniu sporych zasobów majątkowych, ukrytych pod wspólnym mianem – mienia komunalnego.

W zakres mienia komunalnego, czy też, jak kto woli majątku komunalnego wchodzi cały szereg obiektów i sprzętu – używanego, na co dzień do dostarczania tzw. usług publicznych, czy też usług komunalnych. Usługi te dotyczą najpowszechniejszych dóbr codziennego użytku i w szerokim rozumieniu tworzenia cywilizacyjnych podstaw funkcjonowania społeczeństwa. Spektrum zadań jest stosunkowo szerokie, jego podstawowy a zarazem obligatoryjny zakres wyznacza katalog zadań własnych gminy w art. 7 ust. 1 ustawy z 8 marca 1990 r., o samorządzie gminnym, znajdują się tam między innymi sprawy: gminnych dróg, ulic, mostów, placów oraz organizacji ruchu drogowego, wodociągów i zaopatrzenia w wodę, kanalizacji, usuwania i oczyszczania ścieków komunalnych, utrzymania czystości i porządku oraz urządzeń sanitarnych, wysypisk i unieszkodliwiania odpadów komunalnych, zaopatrzenia w energię elektryczną i cieplną oraz gaz, działalności w zakresie telekomunikacji, lokalnego transportu zbiorowego, zieleni gminnej i zadrzewień, cmentarzy gminnych, porządku publicznego i bezpieczeństwa obywateli oraz ochrony przeciwpożarowej i przeciwpowodziowej.

Duże gminy – miasta, najczęściej realizują swoje zadania komunalne za pomocą specjalnych przedsiębiorstw komunalnych, które korzystają z przywilejów, jakie daje im naturalny monopol w zakresie głównych sieci infrastruktury liniowej, odpowiedzialnych za dostarczanie i odbiór kluczowych mediów, lub innych przywilejów wynikających z dotychczasowej organizacji rynku np. transportu zbiorowego, lub gospodarki odpadami komunalnymi.

Przedsiębiorstwa te, to najczęściej gigantyczne molochy realizujące cały zakres gminnej właściwości w danym zakresie sfery publicznej. Swój rodowód mają często jeszcze w początkach XIX wiecznej industrializacji, kiedy to w wielu polskich miastach zaczęły pojawiać się powszechne usługi w zakresie dostępu do wody, odprowadzania ścieków i oświetlenia – początkowo gazowego. Przez lata ich pozycja i zakres odpowiedzialności wydawał się naturalny, albowiem tak jak nikt w PRL nie wyobrażał sobie, że można mieć inny telefon niż z Telekomunikacji Polskiej, tak przeważnie do końca lat 90 tych niezwykle ciężko było lokalnym władzom wyobrazić sobie inną organizację lokalnych rynków usług komunalnych niż poprzez oparcie ich świadczenia i w ogóle organizacji całego rynku na własnych podmiotach monopolistach.

Problemem usług komunalnych jest to, że one muszą być świadczone, bez względu na cząstkowy rachunek ekonomiczny i koniunkturę. Co to oznacza? Najłatwiej sprawdzić to na przedmieściach, gdzie niezwykle ciężko jest uzyskać przyłącze do sieci najpopularniejszych telewizji kablowych, natomiast przyłączenie do gminnej kanalizacji i wody – musi być udostępnione nawet, jeżeli trzeba wcześniej – stworzyć nową infrastrukturę na kilku kilometrach terenów dotychczas nieprzewidzianych do osadnictwa.

Innymi słowy warunkiem świadczenia usług komunalnych jest maksymalizacja ich powszechności, w ten sposób rozumie się paradygmat użyteczności sektora komunalnego, co implikuje jego rachunek ekonomiczny. W wyniku gromadzenia 22 lata doświadczeń krajowego rynku usług komunalnych można stwierdzić, że podstawową cechą usługi komunalnej jest właśnie jej powszechność. To decyduje o podstawach funkcjonowania we wspólnocie i wyznacza poziom rozwoju cywilizacyjnego w ogóle. Oznacza to, że samorządy nie dążą do zarabiania na usługach komunalnych – albowiem nie chodzi o zysk z ich dostarczania, czy też udostępniania. Ideą działania przedsiębiorstw komunalnych jest bilansowanie swoich wydatków i potrzeb w ramach rachunku ekonomicznego, oczywiście mogą a nawet powinny one odnosić zysk – jednakże, jego przeznaczeniem jest wsparcie rozwoju, jakości i powszechności świadczonych usług.

W praktyce ma to bardzo duże znaczenie, albowiem władze lokalne wyznaczając lokalne taryfy odpłatności za usługi komunalne, zarazem wyznaczają progi opłacalności ekonomicznej domykania rachunku działalności swoich przedsiębiorstw komunalnych. Dzięki temu władze publiczne mogą prowadzić szeroko zakrojoną politykę społeczną, w której poziom odpłatności za dostęp i korzystanie z podstawowych zdobyczy cywilizacyjnych nie jest obłożony barierą ekonomiczną – wynikającą z renty, czyli chęci zysku – odzyskania za pomocą stopy zwrotu zainwestowanego kapitału. Jeżeli nawet samorządy decydują się na podwyższenie taryf, to przeważnie zawsze jest to czynione dopiero wówczas, gdy nie ma innego wyjścia, – bo nie domyka się rachunek ekonomiczny, albo w konsekwencji wprowadzenia dużych inwestycji infrastrukturalnych, lub ze względu na zapaść systemu. Zawsze dodatkowy dochód z taryfy służy lokalnej społeczności, w tym znaczeniu, że zbierane środki wracają do użytkowników poprzez wzrost użyteczności systemu. Wspomniany powyżej aspekt socjalny jest niesłychanie ważny, albowiem trudno jest wyobrazić sobie obecnie świadczenie usług komunalnych w cenach wymuszających niedostępność tych dóbr dla pewnych klas społecznych, ze względu na ich upośledzenie ekonomiczne. Dostęp do usług komunalnych należy się każdemu, znane są teorie – w świetle, których, pewne usługi powszechne w ogóle powinny być finansowane z podatków powszechnych, – czyli przez tych, którzy mogą i są w stanie finansować funkcjonowanie systemu, a powinny być dostępne dla wszystkich, którzy ze względu na zamieszkiwanie na danym terytorium powinni dla zapewnienia swoich podstawowych potrzeb z nich, na co dzień korzystać. W praktyce jest to rozwiązywane przez bogate zachodnie samorządy, jako szeroko zakrojony system zasiłków, upustów i dodatków do opłat komunalnych „za mieszkanie” i związane z nim usługi. W niektórych miastach wprowadza się nawet darmową komunikację publiczną, rezygnując z pobierania jednorazowych lub okresowych opłat od mieszkańców – w zamian za to nakładając powszechny podatek lokalny.

W przypadku rynku usług komunalnych wszelkie tego typu rozwiązania prosocjalne mające na celu skorzystanie ogółu na korzyściach skali realizowanej działalności doskonale się sprawdzają. W efekcie powszechnej polityki ułatwiania dostępności do podstawowych zdobyczy cywilizacji mamy w kraju – i generalnie na zachodzie, szereg ułatwień, o których funkcjonowaniu dowiadujemy się dopiero wówczas, gdy zaczynają one szwankować, gdy wydarzy się jakaś nieplanowana awaria. Przeciętny mieszkaniec dużego europejskiego miasta – w ogóle nie zastanawia się jak to się dzieje, że w jego kranie jest woda – przeważnie czysta, nadająca się do użytku domowego, a nawet do picia po przegotowaniu. Zupełnie nie mamy świadomości tego, co dzieje się z naszymi odchodami, wszystko znika w odmętach urządzeń kanalizacyjnych a następnie jest unieszkodliwiane dla środowiska w oczyszczalniach ścieków. Po naszych miastach z większą lub mniejszą częstotliwością poruszają się autobusy, trolejbusy i tramwaje, a stolica posiada nawet metro. Kto z pasażerów zastanawia się nad komplikacją funkcjonowania nowoczesnego tramwaju lub specyfiką ciągłej eksploatacji pojazdów spalinowych? To wszystko i wiele więcej zapewniają nam firmy komunalne, dla których co już wspomnieliśmy – zysk nie jest nadrzędnym wyznacznikiem, jednakże odnotowują go, ponieważ muszą bilansować koszty swojej działalności – żeby zapewnić nieprzerwane dostarczanie świadczonych usług.

Teoretycznie można powiedzieć, że prywatyzacja usług komunalnych, czyli sprzedanie przedsiębiorstwa wraz z infrastrukturą lub jedynie prawem do korzystania z jej części – to doskonałe modelowe rozwiązanie. Autobusy będą nadal jeździć, woda w kranie nie zniknie, ścieki będą odbierane. I nie jest to żaden przywilej dla mieszkańców czy też łaska samorządu, sytuację wyreguluje rynek – gdzie jest popyt pojawi się także podaż i „każdemu” zostanie dostarczona usługa po określonej cenie. Wszystko się zgadza, bardzo często przedsiębiorstwa prywatne są o wiele bardziej efektywne nawet od przedsiębiorstw komunalnych (samorządowych) zarządzanych zgodnie z zasadami wolnego rynku i gospodarki kapitalistycznej. Jednakże pojawia się pewien drobny, skrzętnie ukrywany przez zwolenników wolnego rynku problem systemowy. Jest nim kwestia zysku.

Otóż, nikt rozsądny nie dokona inwestycji w spółkę komunalną – zajmującą się często całą sferą świadczeń komunalnych z pobudek socjalnych, pragnąć dostarczać mieszkańcom danego miasta powszechnych usług w danej dziedzinie. Każdy, kto dokona inwestycji w gospodarkę komunalną, liczy na to, że uda mu się wypracować z podstawowej działalności operacyjnej zysk, który umożliwi mu pokrycie kosztów kapitałowych inwestycji – i że będzie on, co najmniej taki jak powszechnie dostępne inwestycje alternatywne – np. lokaty bankowe.

Jeżeli zatem zgodzimy się na prywatyzację usług komunalnych, to musimy zgodzić się na prawo inwestora do zysku, to znaczy, że w każdym jednostkowym fragmencie usług komunalnych będzie zakodowany fragment zysku dla przedsiębiorcy.

W praktyce oznacza to, że dobra komunalne przestają służyć jedynie lokalnej społeczności, a stają się dobrami pozornie rynkowymi – pozornie, dlatego, gdyż nakładana jest na nie marża, ale najczęściej nadal nie ma konkurencji lub jest ona znacząco ograniczona. Odbiorca jest nikim i niczym wobec dostawcy, najczęściej nie ma prawa dokonać zmiany dostawcy, nie ma konkurencji, rynek jest oligopolistyczny, istnieje przymus odbioru (i rejonizacja), albo zmiana usługodawcy z powodu kosztów i trudności systemowych jest nieopłacalna. Dlatego można tu mówić o rynku dostawcy, usługodawcy. Odbiorca jest skazany na współpracę nawet, jeżeli by nie chciał – to zmusza go do niej lokalne prawo. Działanie powyższego mechanizmu oznacza, że dla strony podażowej, – czyli realizatora usługi tego rodzaju inwestycje to złoty biznes i to w długiej perspektywie czasowej. Nie muszą się oni liczyć z jednostkowymi interesami odbiorców, ponieważ nie są oni stroną umowy. W momencie komercjalizacji, tego typu przedsiębiorstwa zmieniają także swoje nastawienie względem władz lokalnych – samorządów, albowiem nagle z podmiotów wspierających samorządy – stają się kolejnymi klientami wymagającymi wsparcia, stawiającymi roszczenia, często posuwającymi się do szantażu, – jeżeli coś nie jest w ich interesie. Nie można mieć złudzeń, nikomu nie będzie się opłacało dotowanie samorządu lub lokalnych mieszkańców – masz pieniądze to korzystasz, nie masz to też korzystasz, – ale my domagamy się zapłaty od gminy.

Przed prywatyzacją należy policzyć, jaka jest stopa zwrotu z inwestycji, to znaczy, po jakim czasie inwestorowi zwróci się inwestycja przy zachowaniu poziomu istniejących taryf. Taka symulacja powinna być podstawą do kolejnych zmian taryfy, tak, żeby uniemożliwić drenowanie kieszeni mieszkańców – w tempie większym niż ustalony w umowie prywatyzacyjnej, aczkolwiek tego typu blokady inwestycyjne są na pograniczu prawa unijnego. W praktyce procent składany z dochodu z taryfy będzie w okresie 30-40 lat większy niż koszt zakupu danej infrastruktury. Kwestią ceny sprzedaży jest to ile razy.

Gminy decydujące się na sprzedaż swojego majątku powinny równolegle zadbać o konkurencję, na tyle na ile jest ona możliwa. Najczęściej np. w praktyce wodociągów i kanalizacji – to fikcja. Dlatego tak strategiczne przedsiębiorstwa jak te zaopatrujące w wodę nie powinny być prywatyzowane w części większej niż 49% kapitału. Utrata kontroli zarządczej, może być dla samorządu źródłem wieloletnich problemów i bolączek, albowiem rzeczy dotychczas regulowane za pomocą zwykłego polecenia lub przemilczenia pewnych kwestii – nagle zaczynają urastać do rangi problemów sądowych. Takie są prawa rynku, przedsiębiorcy nie interesują się dobrem wspólnoty samorządowej, powyżej pewnego stopnia nie będą bilansować krzyżowo strat w jednych obszarach – zyskami w innych (jak dzieje się to stale w przypadku sieciowych operatorów komunikacyjnych), ale będą dążyć do maksymalizacji zysku wszędzie tam, gdzie można go wycisnąć.

Polskie miasta decydując się na prywatyzacje majątku komunalnego w praktyce podejmują grę z rynkiem, którego nie rozumieją i nie znają. Często zdarza się po prywatyzacji, że eksponowane stanowiska w nowych firmach – już w procesie negocjacji obejmują byli prominenci lokalnej sceny politycznej lub wysocy urzędnicy administracji samorządowej. Są to przypadki zwykłej korupcji urzędniczej, – jeżeli był zakaz konkurencji. W praktyce takie przypadki powodują, że samorząd jest bezsilny wobec roszczeń przedsiębiorcy, ponieważ tenże – dzięki przejęciu pracownika – ma dostęp do całej wiedzy. To patologia, której należy się ze wszelkich sił wystrzegać. W zestawieniu z pieniędzmi wszelkie marzenia o służbie publicznej, trosce o interes wspólnoty itp., są warte tyle ile na ile ktoś się wycenia. Koniecznie trzeba o tym pamiętać zanim podejmie się jakiekolwiek działania w kierunku prywatyzacji.

Polskie miasta są obecnie w trudnej sytuacji finansowej, dominująca większość przeinwestowała w ramach dostępnych funduszy unijnych, zadłużając się na szereg inwestycji, które były niezbędne w ich infrastrukturze. Pokusa jednorazowego wzmocnienia budżetu, poprzez sprywatyzowanie spółki lub spółek komunalnych od pewnego etapu kryzysu będzie nie do odparcia. Jeżeli pozbycie się majątku ma być receptą na zadłużenie kredytowe i uratować miasto przed bankructwem, to można się na to zgodzić, jednakże najpierw warto spróbować innego modelu, – jakim jest zwiększenie powszechnego opodatkowania i podwyższenie opłat taryfowych. Infrastruktura raz sprzedana jest niezwykle trudna do odzyskania, zwłaszcza po latach. Należy rozważyć, czy ogólne koszty zmniejszenia zadłużenia związane z prywatyzacją majątku będą dużo niższe od ogólnych kosztów społecznych zwiększenia obciążeń podatkowych i taryfowych w danej perspektywie czasowej. A przy tym, o ile niższe będą sumaryczne obciążenia od prawdopodobnych podwyżek nowego właściciela.

Dokonując takich symulacji, należy pamiętać, ze oddłużenie samorządu tak ryzykownym ruchem oznacza, że kolejna ekipa polityczna może miasto ponownie zadłużyć w kolejnej kadencji. I co potem? Czym zapłacimy swoje długi?

Najważniejsze jest dobro mieszkańców, a powszechność dostępu do usług komunalnych powinna być najważniejszym dobrem. W realiach polskiej biedy nie stać całego społeczeństwa na swobodne ponoszenie kosztów podwyższenia usług komunalnych, tym różnimy się od społeczeństw krajów upadłych, że sami dyktujemy sobie warunki życia, nie jest potrzebny do tego prywatny kapitał. Prywatyzacja usług komunalnych zawsze w długiej perspektywie oznacza podwyżkę cen, zysk dla prywatnego inwestora to haracz dla mieszkańców lokalnej wspólnoty samorządowej.

One Comment

  1. Przeciętny mieszkaniec dużego europejskiego miasta – w ogóle nie zastanawia się jak to się dzieje, że w jego kranie jest woda – przeważnie czysta, nadająca się do użytku domowego, a nawet do picia po przegotowaniu. I tu autor myli się. W Holandii z kranu płynie woda źródlana o jakości wyższej niż butelkowa i wcale nie wymaga gotowania. Kosztuje 50 Euro rocznie na mieszkańca.

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.