Ogólna, Technologia

Promowanie i wspieranie innowacyjności samo w sobie wymaga innowacyjności!

 Promowanie i wspieranie innowacyjności, samo w sobie wymaga innowacyjności. Wydajemy na to w Europie dość duże pieniądze, ale wolumen PKB wytwarzanego przez hi-tech, jakoś nie rośnie, jak również nie rośnie eksport tego typu produktów. Powoduje to, że nie tylko nie ma zauważalnych – namacalnych sukcesów, ale ich nie może być ponieważ system nie działa, a innowacyjności nie da się zadekretować.

W Polsce, co niestety nie będzie przesadą, najlepiej na innowacyjności zarabiają te podmioty, które zajmują się promocją i wspieraniem innowacyjności – moderowaniem branży, wspieraniem start-upów i innymi, pochodnymi, niezwykle modnymi rozwiązaniami. Natomiast jeżeli chodzi o same sukcesy, w rozumieniu sukcesu dzięki działalności operacyjnej, to można się pochwalić co najwyżej kilkoma podmiotami o randze globalnej, kilkudziesięcioma o randze ogólnopolskiej i szeroką tkanką, na której może coś zakwitnie.

Problem ze wspieraniem innowacyjności polega na tym, że inkubatory innowacyjności, nie działają tak, jak fermy pieczarek. To tak nie działa, nakłady w mury, klimatyzację, piękne foldery i atrakcyjne kobiece wizytówki innowacyjnego centrum biznesu – nie daje gwarancji sukcesu. Pieniądze publiczne niestety idą w te mury i dodatki oraz w promocję, natomiast nie ma wypracowanych mechanizmów wsparcia dla samej działalności operacyjnej takich podmiotów – a są one banalne i bardzo proste. Chodzi o zamówienia i zlecenia, udzielane do rozruszania branży. Tak działa Izrael, tak działają w USA, podobnie jest w Rosji i innych krajach, które postawiły na napędzanie innowacyjności przez zamówienia publiczne i korporacyjne. Mamy co prawda instytucje, które wydzielają granty, jednak o wiele łatwiej jest się tam dostać podmiotom, które są ukonstytuowanymi rządowymi instytucjami, niż małym start-upom, bazującym na pomyśle, energii i entuzjazmie założycieli.

W praktyce wspieranie innowacyjności to rozdawanie pieniędzy, ponieważ prawo unijne na to nie pozwala, należy działać poprzez zlecenia na konkretne rzeczy lub procesy, wpisujące się w zakres działalności operacyjnej danego podmiotu. Oczywiście do zleceń potrzebne są przetargi, jednak w tym kraju jakoś ostatnio się tymi problemami nie przejmujemy. Poza tym dla dominującej większości innowatorów, próg 30 tyś., Euro, to kwota jak najbardziej adekwatna do potrzeb i możliwości. Oczywiście są branże, gdzie inwestycja w same odczynniki do procesów chemicznych wymaga większych nakładów, mówimy jednak o generalnej zasadzie a nie o szczegółach.

Jak do tej pory wspieranie innowacyjności metodą ilościową dało najlepsze efekty tam, gdzie mieliśmy do czynienia z wytworzeniem masy krytycznej przemysłu nowych technologii i środowisk się tym zajmujących, właśnie poprzez zlecenia państwowe. Izrael poprzez stymulację wynikającą ze spraw bezpieczeństwa – zamówień od służb specjalnych, wojska i licznych organów bezpieczeństwa – zbudował swój przemysł wysokich technologii i obecnie posiada olbrzymią przewagę technologiczną nad swoim otoczeniem, jak również jest liderem w branży.

Ten sam mechanizm można powtórzyć i w Polsce, jednak się to u nas nie dzieje, w zasadzie dzięki zamówieniom od wojska udało się wykreować może trzy całkiem nieźle radzące sobie firmy. O służbach specjalnych nie wiadomo nic, poza kompromitacją służb państwowych z robieniem kopii binarnych dysków komputerów w pewnej redakcji. Jeżeli na tym poziomie technologii jest nasze państwo, że służby Prokuratury, czy też inne instytucje odpowiadające za bezpieczeństwo mają tak szokujące luki technologiczne, to wymaga nie tylko natychmiastowych przeciwdziałań, ale przede wszystkim akcji ratunkowej. Ponieważ jest bardzo źle i innowacje są potrzebne na już.

Innowacje mają tą wadę, że nie przyrastają linearnie wobec nakładów, to znaczy jest korelacja pomiędzy ilością środków i zaangażowanych sił, a przyrostem np. ilości wynalazków. Nie ma gwarancji, że jeżeli zbudujemy więcej inkubatorów innowacyjności, wydamy więcej pieniędzy na catering, reklamę i płace – będzie więcej wynalazków, chociaż wcale nie o ilość w tym przypadku tutaj chodzi. Przecież istotą innowacyjności jest praca kreatywna i użyteczna, ale o jakości tego typu pomysłów generalnie się nie mówi, ponieważ politycy przeważnie stawiają na ilość. Konsekwencje są w większości przypadków – mało odkrywcze, a kwestia komercjalizacji, czy w ogóle nawet użyteczności wynalazków jest na naszym podwórku sprawą wtórną.

W tym więc sensie promowanie i wspieranie innowacyjności samo w sobie wymaga innowacyjności. Na pewno wymaga pieniędzy, jednak bez ustanowienia kategorii jakościowych jako jakiejś formuły weryfikacji – kwalifikowalności, w ogóle trudno będzie mówić o innowacyjności. Na pewno jest na tym polu jeszcze wiele do zrobienia.

3 komentarze

  1. Innowacyjności nie da się zadekretować, tak jak nie da się wprowadzić zarządzeniem, uchwałą czy ustawą – obowiązku osiągania orgazmu przez kobiety przy każdym zbliżeniu seksualnym …

    Gdyby to było możliwe, to już decyzje dawnych Zjazdów PZPR uczyniłyby nasz kraj wyspą szczęśliwości i przodownikiem postępu w świecie.

    No ale należy się starać (nada staratsia) …

  2. W wielu kwestiach mamy do czynienia ze zwykłym przelewaniem kasy dla synków zakładających start-upy 🙂

  3. W Polsce to przejadanie funduszy. Nie ma żadnej serio innowacyjności. Kamieni kupa.

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.