Paradygmat rozwoju

Prognoza PKB w dół – uczelnie w rankingu szanghajskim w dół

 Rząd obniża prognozę wzrostu PKB i ma w tym wiele racji, to rozsądne prognozowanie. W prestiżowym szanghajskim rankingu uczelni (Academic Ranking of Word Universities), w którym porównywane jest 1000 a wyświetlane 500 najlepszych uczelni świata nasi dwaj czołowi przedstawiciele właśnie mają spaść z czwartej do piątej setki. Dokładnych miejsc nie podaje się, poza pierwszą setką, później wyniki podawane są w paczkach, bo i tak w zasadzie nie mają znaczenia.

Czy jest sens z tego powodu w ogóle się przejmować? Czy w kraju, w którym państwowe odznaczenie może dostać każdy, a przede wszystkim osoba przypadkowa – skoligacona towarzysko z decydentami, w ogóle to ma jakieś znaczenie? Czy w kraju budowy wielu pomników tego samego wydarzenia obok siebie, w ogóle kogoś interesuje coś takiego jak nauka i jej kondycja, czy też efektywność? Nie mówiąc już o PKB? Przecież zawsze można powiedzieć, że PKB jest nieobiektywne i że mierzymy już tylko PNB, a jak ktoś nie rozumie różnicy, to może ją sobie doczytać w Wikipedii! Zresztą temat PKB kojarzy się z pewnym profesorem i jest to trudny temat, po co w ogóle go od razu ruszać? Rzeczywistość dostarcza nam tyle powodów do wzruszeń i emocji.

Być może pomoże nam jeszcze więcej śmieciowych kierunków, kształcących specjalistów od niczego? Najlepiej jeszcze psuć przyszłość młodzieży z Ukrainy, niech kończą wysoko opłacane polskie uczelnie, niech biorą swoje dyplomy w dłoń i zbudują sobie drugą Polskę! Powodzenia, na pewno powtórzą nasz sukces. Jest to horror, jakich mało, na pewno wyjątkowo nieuczciwy dla tych ludzi i wyjątkowo daleki od jakiegokolwiek sensu. Model naszego szkolnictwa wyższego, w którym zdecydowano się na masowość kształcenia został zepsuty, na co najmniej dwa pokolenia. Ponieważ łatwo zdające mamusie, chcą łatwego zdawania syneczków i córeczek – nie zdając sobie sprawy, że tak na prawdę robią krzywdę wspaniałym młodym ludziom, którzy mogliby się zrealizować np. w spawalnictwie lub produkcji garmażeryjnej, a same ograniczają swoje emerytury. Proszę się nie śmiać, tylko spojrzeć na strukturę naszej gospodarki – rozrost administracji w ogóle, jest odpowiedzią państwa na nadprodukcję humanistów w ogóle. Gdyby jeszcze, chociaż byli kreatywni np. pisali scenariusze do filmów, książki, wiersze, myśleli abstrakcyjnie w kategoriach sztuki, strategicznie o polityce – tymczasem, procent pierwiastka twórczości i kreatywności jest taki sam jak zawsze, bardziej wynika z samozaparcia i szczęścia młodych talentów niż systemowego wspierania ich przez system.

Nie oszukujmy się system szkolnictwa wyższego w Polsce, w zasadzie pełni głównie funkcję edukacyjną, kształcić – kształcą – na ilość, szału nie robią. Badania naukowe, wynalazczość, kreatywność, w ogóle nauczenie młodych ludzi wyjątkowo trudnej sztuki myślenia, to niestety na większości polskich uczelni jest rzadkim wysiłkiem nielicznych entuzjastów i rzeczywistych autorytetów naukowych. Niestety takich osób w kadrze jest może trzy setki, może cztery, niestety przeważnie idealiści i zajęci pracą, nie mogą się przebić przez zwarte futra gronostajów dzierżących berła. O tak, te struktury utrzymywane przez państwo w sposób bezkrytyczny i bez domagania się jakichkolwiek efektów – mają się świetnie, wręcz doskonale. W wielu przypadkach nawet udała się szlachetna tradycja przekazywania zawodu (i zapewne pasji) z czcigodnego ojca gronostaja lub czcigodnej matki gronostajowej na młode gronostajątko, które może „nie chce”, ale wie, że jak chce mieć „kasiorkę” jak mamusia i tatuś nie będą zarabiać to „musi”.

Niestety szczególnie to widać w systemie uczelni medycznych, które jak wiemy – w dominującej większości – zajmują się kształceniem niedoboru krajowych lekarzy i eksportem ich nadwyżek za granicę, głównie do Unii Europejskiej, ale także i za wielką wodę. Tym nie powinien zajmować się jednak Prokurator, albowiem “zawody” prawnicze, to osobna kategoria znakomitości. To, co się dzieje w kraju na wydziałach prawa i administracji, mogłoby posłużyć za materiał do nie jednej powieści w rodzaju „Wojna i Pokój”, a nawet do nakręcenia kilku odcinków sagi “Gwiezdne Wojny”. Tak, szczególnie Sci-fi, mogłoby skorzystać na badaniu naszych ośrodków naukowych.

Niestety, spadek spadkiem, możemy zaliczyć przysłowiowego „doła”, to nie ma żadnego znaczenia, chyba że dobra zmiana się obudzi i dostrzeże szansę na promocję “swoich” nazwijmy to talentów, z których próbkę znamy i doprowadzi do zmian w oczywiście niezależnych senatach itd.

Uczelnie wyższe nie mogą być towarzystwem wzajemnej adoracji, zwłaszcza te finansowane za państwowe pieniądze. Tutaj musi rządzić efektywność, realne osiągnięcia – naukowe i dydaktyczne. Bez wprowadzenia konkurencji o granty, łączenia uczelni w miastach oraz elitarności studiów wyższych, to dłużej nie ma sensu. Ilość jak wiemy samorzutnie nie przekłada się w jakość. To, jakie mamy społeczeństwo w znacznej mierze zawdzięczamy także ludziom w gronostajach i systemowi, który już nie wiadomo, kto stworzył i nie wiadomo, kto jest za niego odpowiedzialny.

Tego typu informacje, jak degradacja pozycji w międzynarodowym ratingu są obiektywnym weryfikatorem sprawności i efektywności działania całego systemu. Nie można z tych informacji nie korzystać, nie można poprzestać na przemilczeniu. Rząd powinien przedstawić i wymóc finansowo na środowisku – pięcioletni plan konsolidacji i naprawy istniejącego stanu rzeczy. Tak, żebyśmy za pięć lat mieli, co najmniej trzy krajowe uczelnie w pierwszej setce a jedną w pierwszej 50-tce. To jest możliwe, wymaga zmian organizacyjnych, innego przydziału środków i wymuszenia efektywności. Można to zrobić tylko przez konkurencję, czyli np. najsłabszy pod względem wyników w danym roku w przyszłym ma budżet o połowę mniejszy. Po dwóch latach z rzędu – likwidacja, albo jeszcze brutalniej. Dlaczego? Jest kryzys demograficzny, nie potrzeba tyle uczelni.

Ps. A temat o tym czy opublikowano jakieś wyroki czy nie, to sobie możemy w 27 roku działania procedur demokratycznych podarować. Jak ktoś tego nie wie i nie rozumie, tylko potwierdza zaprezentowane tezy o niskiej skuteczności edukacji na poziomie wyższym w Polsce.

10 komentarzy

  1. Gniewna Zjadaczka Ogórków

    To nikogo nie interesuje, ludzi interesuje pięć stów na ryj jeżeli to jest to jest ok tak dobrze nad Wisłą nie było od czasów Gierka

  2. Słuszny tekst, tylko wnioski zbyt delikatne.

    Gronostajom nic nie grozi, od kiedy zapanowała moda na “dr” przed nazwiskiem.

  3. To musi być, jakaś pomyłka. Od czasów PRL dobrze wiadomo, że polscy naukowcy, inżynierowie i lekarze są niezastąpieni, bez nich zachodnie społeczeństwa nie dałyby sobie rady. Zresztą nalepiej podsumować upadek zachodniej edukacji przykładem typowego amerykanina, który o zgrozo nie potrafi wskazać Polski na mapie! Nie to co Polacy, potrafiący z zamknietymi oczami wskazywać i nazywać poszczególne stany w USA. W końcu uruchamianie takich kierunków jak Space Marketing na polskich prowincjonalnych uczelniach zobowiązuje.

  4. Poziom nauki w Polsce leci na łeb na szyję i to od wielu lat. Wyższe uczelnie zaczęto rozliczać z ilości studentów. Wiadomo, że zdecydowana większość młodych ludzi nie pójdzie do uczelni gdzie są wysokie wymagania, zatem uczelnie państwowe opłacane przez podatników też obniżyły poziom, chcąc zyskać studentów. Były czasy (niektórzy twierdzą niesłuszne) gdy na pierwszym roku studiów było 80 osób natomiast magisterkę zaliczyło 30 osób ale to inna bajka i dotyczy PRL.

  5. Po 1989r. zlikwidowano wiodące biura projektowe, ośrodki badawczo-rozwojowe, ośrodki doradztwa technicznego, zakłady doświadczalne, szkolnictwo zawodowe, niemal wszystkie ośrodki oryginalnej polskiej myśli naukowej, technicznej, medycznej i rolniczej.
    To wszystko stało się w ramach wyrównywania poziomów gospodarek między Polską a Eurokołchozem. W dziedzinie nauki i szkolnictwa wyższego dla Polski przewidziano tylko pięć wyższych uczelni…
    PS.
    Jak to było możliwe, że w kraju o dziesiątkach tysięcy naukowców z ekonomii, historii, socjologii i nauk politycznych oraz dziennikarzy prasowych, radiowych i telewizyjnych, dzieci i młodzież polska uczyła się o nieistniejącym „planie Balcerowicza”, a gro zidiociałego społeczeństwa było i jest przekonana, że „nie było innej alternatywy”,a Balcerowicz zamiast gnić w krymnale dalej “wielkim ekonomistą” jest.
    (a banda dalej bez cienia społecznego sprzeciwu realizuje plan niszczenia Polski w każdej dziedzinie…)
    (…) Dorożkarz mówił w starej anegdocie, że jego szkapa była niebywale tania w utrzymaniu (dzięki czemu miał on sukces): „Już prawie nic nie jadła. Ale zdechła”. Ludzie tym różnią się od szkapy, że zanim „ZDECHNĄ” przeważnie się „WŚCIEKNĄ”.

    • Nu i czto? Pan to wiesz,ja wiem, “oni” wiedzą – i co
      z powyższego wynika. Absolutnie NIC.”Masło maślane”.
      Kogo trzeba – ‘zamknie sie’ – kto mocno uwiera –
      “sie obwiesi”….

      Aaaa, wścieklizna “muzułmanina”(określenie “dochodiagi” w powieści autobiograficznej “Pięć lat kacetu” Grzesiuka)niewiele już znaczy…
      “je demokracja – JE” -tzn.można demokratycznie “wściekać się”. Do woli.

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.