Ekonomia

Produkt Krajowy Brutto – nowy powód do zmartwień premiera Tuska

 Główny Urząd Statystyczny, co prawda instytucja rządowa, jednakże obiektywna opublikował zagregowane wyniki dla naszej gospodarki z ostatniego kwartału ubiegłego roku. Niestety nie napawają one optymizmem, co do kierunku, w jakim podąża nasza gospodarka. Szczegóły można przeczytać w źródle na stronie internetowej GUS [tutaj]. Szczegóły poniżej podajemy za ww. informacją źródłową GUS.

Najważniejsza informacja jest taka, że PKB niewyrównany sezonowo, (czyli podawany w cenach stałych średniorocznych z roku poprzedniego) wzrósł realnie o 1,1% w porównaniu z IV kwartałem 2011r, natomiast w całym 2012 r. PKB wzrósł realnie o 2,0%. Natomiast w tym samym okresie PKB wyrównany sezonowo, (czyli w cenach stałych przy roku odniesienia 2005 – zgodnie z metodologią GUS) wzrósł realnie aż o 0,2% w porównaniu z poprzednim kwartałem (tego samego roku) i był wyższy niż odpowiedni kwartał przed rokiem o 1,1%.

Przyjrzyjmy się, zatem komu zawdzięczamy nasz sukces, kto wygenerował wartość dodaną naszej wspaniałej gospodarki – wolnorynkowej i liberalnej. Otóż wartość dodana brutto w gospodarce narodowej w IV kwartale 2012 r., czyli to, co realnie wypracowaliśmy, jako szczęśliwi mieszkańcy naszego pięknego kraju wzrosła realnie o 0,7%. W tym w przemyśle wzrosła realnie o 0,3%, w budownictwie niestety spadła realnie o 0,8%, w handlu i naprawach spadła realnie o 0,2%, w transporcie i gospodarce magazynowej wzrosła o 1,4%, a w działalności finansowej i ubezpieczeniowej odnotowano wzrost o 10,1%. Równie miło było w administracji publicznej i obronie narodowej, obowiązkowych zabezpieczeniach społecznych, edukacji, opiece zdrowotnej i pomocy społecznej łącznie, gdzie wartość dodana brutto wzrosła o 0,6%. Wnioski: naród mniej jadł, mniej kupował mieszkań i mniej budował czegokolwiek, na szczęście działalność przemysłowa się utrzymała, transport i magazynowanie oraz prawdziwy sukces działalność finansowa i ubezpieczeniowa.

Generalnie jak podaje GUS popyt krajowy w IV kwartale 2012 r. utrzymał się na poziomie notowanym w III kwartale 2012 r., czyli generalnie kupiliśmy tyle samo towarów i usług, co kwartał wcześniej. Podobnie spożycie ogółem w tym okresie pozostało na niezmienionym poziomie, natomiast zanotowano spadek realny spożycia indywidualnego, o 0,2%, czyli rzeczywiście jedliśmy mniej, nosiliśmy mniej butów, spodni, majtek, itd. Akumulacja wzrosła realnie o 0,6%, a nakłady brutto na środki trwałe w IV kwartale 2012 r. spadły realnie o 0,5%. Wniosek – firmy trzymają pieniądze w łatwych do upłynnienia aktywach nikt nie jest pewien, co będzie dalej.

Wedle diagnozy GUS na dalsze spowolnienie tempa wzrostu PKB w IV kwartale 2012 r. wpłynął, nienotowany od wielu lat, spadek spożycia ogółem oraz przywołany powyżej nieco mniejszy niż w III kwartale 2012 r., spadek akumulacji. W efekcie – popyt krajowy w skali roku obniżył się o 0,7%, podobnie jak w III kwartale 2012 r. Czyli wniosek z tego taki magiczny, że co prawda my Polacy kupujemy mniej za mniej, natomiast uroczo pracujemy na kogoś, kto kupuje i chwała mu za to, bo mielibyśmy jeszcze mniej i jeszcze gorzej. Wpływ popytu krajowego na wzrost PKB był negatywny i wyniósł -0,7 pkt. proc. Wg. GUS ujemny wpływ spożycia ogółem na wzrost PKB spowodowany był obniżeniem spożycia indywidualnego. Co można skomentować w ten sposób, że ludzie po prostu nie mają pieniędzy i nie kupują, – co negatywnie odbija się na gospodarce.

Prowadzi to do ogólnej konstatacji – niestety spadną znacznie dochody budżetu i dochody funduszów specjalnych (ZUS, KRUS, NFZ), co spowoduje znaczący spadek dochodów całego sektora publicznego i spowoduje korektę budżetu polegającą na zwiększeniu deficytu, albowiem skądś przy braku dodatkowych dochodów – pieniądze na wydatki trzeba wziąć. Będzie to oznaczać po pierwsze ekwilibrystykę finansową rządu przejawiającą się przede wszystkim w dalszym dociskaniu śruby podatkowej wszystkim uzależnionym od wypłat publicznych z wyjątkiem podmiotów i osób uprzywilejowanych, albowiem na to nie pozwolą ustawy. Dlatego dostanie po głowie realna sfera gospodarki oraz ludzie o niskich i przeciętnych dochodach, albowiem jak na złość rząd nie może przerzucić części deficytu na premię inflacyjną, albowiem nie da się oszukać praw ekonomii, – jeżeli ludzie nie kupują no, bo nie mają z czego – to nie ma podaży pieniądza, jak nie ma podaży to i nie ma kreacji przez system bankowy – nic się nie mnoży. W konsekwencji trzeba płacić realne odsetki od realnych kwot i wielkości, co powoduje konieczność usztywnienia polityki fiskalnej, no bo nie ma pieniędzy. Dodrukować natomiast nie wolno, jeżeli się jest poważnym rządem uzależnionym gospodarczo od międzynarodowego kapitału, albowiem skutkiem dodrukowania byłoby dyskonto i utrata zaufania, czyli po tygodniu zobaczylibyśmy Euro w cenie około 7 zł – jakby wyszła tylko sama informacja, że będziemy „luzować ilościowo złotówkę”, tak wzorem naszego wielkiego wzorca i „brata” – ojczyzny neoliberalnej demokracji i niewidzialnej pięści rynku – USA.

Co mogą, zatem zrobić zwykli Polacy – naszym zdaniem przede wszystkim próbować realnie cokolwiek odłożyć, to znaczy nawet, jeżeli mogą odłożyć miesięcznie tylko 5 zł – to i tyle warto odłożyć, albowiem może się okazać na koniec roku, że tyle im zabraknie na jakieś kolejne podwyżki opłat stałych urządzone przez rząd lub samorząd. Naprawdę nie jest łatwo – proszę oglądać każdą złotówkę z dwóch stron zanim ją wydacie.

Nie da się natomiast wyrokować, czy to już początek końca kryzysu, albowiem w tej chwili obserwujemy efekt spadku koniunktury, – po którym przedsiębiorcy dopiero ograniczą podaż pracy – dostosowując „produkcję”, czy też lepiej użyć tu słowo „wytwarzanie”, albowiem chodzi też o podaż usług i generalnie wszystkiego – do popytu. Jak to zmaleje, czyli wzrośnie bezrobocie a niewidzialna pięść rynku pchnie ileś tam osób do samobójstw, ileś do bezdomności a ileś tam tysięcy na nową falę emigracji – dopiero wówczas gospodarka dojdzie do równowagi i pojawią się pierwsze pierwiosnki ożywienia gospodarczego, jednakże najpierw musimy przetrwać 2013 rok. Przy czym uwaga – jest szansa, że to będzie się już działo w 2014 roku – a konkretnie jego drugiej połowie, bo kalendarz wyborczy wymusi na rządzących politykę stymulowania gospodarki, przy jednoczesnym uprawnieniu „wypłakania” u rynków lekkiego poluzowania uścisku rentierskiego. W efekcie coś powinno drgnąć przed wyborami do Sejmu, na tyle, że znowu przynajmniej mainstreamowe media nie będą bały się pokazywać zdjęć z supermarketów i galerii handlowych. Jednakże najpierw przetrwajmy!

2 komentarze

  1. Bardzo dobre i zwięzłe podsumowanie.
    Zaczynam odkładać po min. 10 złotych miesięcznie!
    Pozdrawiam @autora!
    P.S.
    A czytelnikom radzę: DUCHA (i światła) – NIE GAŚCIE.
    W sklepach jest już dużo więcej towaru niż tylko ocet z musztardą, więc przetrwamy nawet ograniczając zużycie papieru toaletowego.
    Idzie wiosna, więc cieszmy się nią!
    A Nasz najlepszy Rząd nie wywołał jeszcze żadnej wojny.

    • Co do Ducha, którego nie należy gasić, to widziano Go ostatnio w okolicach Watykanu.
      Jako Ducha Świętego.
      Ale dym nadal czarny, więc się nie przykłada.
      Może za niskie fundusze rezerwowe w Banco Ambrosianio?

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.