Ogólna, Technologia

Praktyki studenckie – część I

W ciągu minionych 30 lat, zmienił się nie tylko „system”, ale i cały świat. Wiele rzeczy jest lepszych, ale wydaje mi się iż w wielu sprawach cofnęliśmy się o dwa kroki… Sądzę iż taką sprawą są studenckie praktyki. Postanowiłem w dzisiejszym odcinku po prostu opisać jak to było w moim, konkretnym przypadku. Praktyka, tak zwana „zerowa” odbywała się tuż przed rozpoczęciem roku akademickiego. W moim przypadku, cały nasz rok Wydziału Elektrycznego wraz wieloma kolegami i Koleżankami z innych Wydziałów spędził na miesięcznej praktyce na… budowie Elektrowni. Oczywiście aż do niedawna ta cała „elektrownia” była wciąż zwykłą elektrociepłownią, bo zmieniał się system i były inne potrzeby niż doposażenie elektrociepłowni w jakieś turbiny. Nie mniej jednak w momencie rozpoczynania „wielkiej budowy” – pojawiliśmy się tam my – budowniczowie „Wielkiej Elektrowni”.

Większość moich kolegów „załapała się” na badanie czasoprzestrzeni czyli roboty ziemno-łopatologiczne od przysłowiowego muru do trzeciej. A że prace te były wykonywane zaraz przy samych zbrojeniach podstawy komina – do końca studiów nosili zaszczytne miano „kominiarzy”. Mnie, wraz kilkoma innymi kolegami przydzielono do budowlanego elektryka. Pałętaliśmy się po placu budowy donosząc na wskazane miejsce różne kable i kabelki. Pan Elektryk – jak to w tym systemie było powszechnie praktykowane, miał dewizę iż „tym chata bogata co ukradnie tata” – więc dzień w dzień „cuś” wychodziło z budowy wraz z Panem Elektrykiem, najczęściej dosłownie na nim. Najbardziej pamiętam procedurę okręcania Pana Elektryka przewodem miedzianym, który akurat właśnie pojawił się w magazynie. Trzech nas go okręcało – i aż dziw, że o własnych siłach mógł opuścić plac budowy… Jak widać praca była nie tyle zajmująca co dająca praktyczną wiedzę o systemie w jakim będziemy kiedyś pracować.

Milej wspominam praktyki na późniejszych latach studiów. Spędzałem je w jednym z dużych Zakładów. Zatrudniano tam wtedy prawie 27 tysięcy ludzi, więcej niż liczyło miasto przy Zakładzie, więc dowożono pracowników z innych miast i miasteczek, nawet z odległości 40 kilometrów. No cóż – każdy miał obowiązek pracować. Nie to co teraz…

System zatrudniania studentów na praktykach był doskonale zorganizowany. Jeżeli jakiś student odbywał w tym zakładzie kilka praktyk rok w rok – mógł zawsze liczyć na coś nowego. Na ogół też, każda czterotygodniowa praktyka była podzielona na dwie części w różnych wydziałach. Więc nie było nudno – no chyba że na obowiązkowym szkoleniu BHP – ale i teraz takie szkolenia chyba nie są bardzo zajmujące intelektualnie…

Pierwsze dwa tygodnie spędziłem na dyżurach w stacji energetycznej, kolejne dwa to miła odmiana – dyżury na nastawni w elektrociepłowni. Było dużo czytania instrukcji, asystowania w różnych przełączeniach, uruchomieniach a także w naprawach i konserwacjach – ale wiadomo że z daleka, bo często urządzenia były albo jeszcze w ruchu, albo pod napięciem…

Kolejna praktyka to naprawa i kalibrowanie manometrów w odpowiedniej, zakładowej placówce. Tu już można się było wykazać zdolnościami manualnymi oraz czasem pomysłowością. Bardzo zajmująca była praktyka wśród automatyków na produkcji. Dostałem za zadanie wykonywać czujniki indukcyjne. Nie to co teraz – zamawiasz i masz co chcesz! Wtedy był to ogromny problem. Na ogół czujniki które pracowały przy różnych obrabiarkach uszkadzały się mechanicznie. Dostałem swoistego „gotowca” – przez kogoś wyrysowany schemat i zaprojektowaną płytkę drukowaną. Należało wykonać druk, wytrawić, porobić otworki, polutować elementy. Następnie sprawdzić, skalibrować i zamontować w obudowy które zostały wykonane na jakimś innym wydziale. No i na koniec satysfakcja z podłączenia gdzieś na linii produkcyjnej przy obrabiarce.

Najbardziej zajmujące były zaś inne dwa tygodnie przy pracy z minikomputerem. Rok był to chyba 1980 – minikomputer zaś pierwszy w Zakładzie – pamiętam go jak dziś: piękny i niemal jak współczesny, marki Olivetti.

Z programowaniem pierwszą styczność miałem w liceum – pilotażowe zajęcia z nieprawdopodobnie nudnym Panem z tego Zakładu. Spotkałem też go na tej praktyce – okazał się niezwykle dowcipnym i zajmującym pasjonatem programowania. Szkoda, że nie umiał tego przekazać nam w liceum. Ten wydział automatyków-programistów mieścił się na hali gdzie pracowały frezarki numeryczne. Czy ktoś jeszcze pamięta te osławione „NUMSY”?

A produkowało się tam niezwykle istotne elementy. Zakład wykonywał zlecenie dla Wielkiego Brata – części do IŁ-a 76. Wszystko z tytanu. Tytan ma to do siebie, iż jest niezwykle trudny w obróbce. Na obrabiarkę przychodził taki tytanowy bloczek o wymiarach np. 30x60x15 cm. Automatyk przynosił odpowiednią perforowaną tasiemkę z programem. Robotnik jeszcze wszystko sprawdzał i… uruchamiał. Frezarka pracowicie rzeźbiła skomplikowany detal przez dwie, trzy doby. Zostawał z tego filigranowy element i sterta odpadów, która była skrzętnie i dokładnie pakowana do „odzysku”. Wszak materiał, o którym wyżej wspomniałem, miał wartość ówczesnego dużego Fiata! Najciekawsze było to, że ta wspomniana wcześniej trudna obróbka tytanu była powodem tego że średnio co drugi element okazywał się brakiem! Po dwóch czy trzech dobach pracochłonnego obrabiania!

Ale wróćmy do zgrabnej „Olivetti”. Pierwszy raz widziałem takie cudo. Na studiach spotykałem się z „Merami” oraz „Odrą-Riadem” – które były „potworami” w porównaniu z tą „zabawką”, a która to zabawka przewyższała te wielkie Odry we wszystkim. Po krótkim zapoznaniu się z klawiaturą, dostałem broszurę języka maszynowego, który miałem pracowicie wklepać do komputera. Zajęło mi to prawie tydzień. Dwa dni sprawdzania przez parę osób. Czy nie zrobiłem pomyłek. Sam z wielką satysfakcją znalazłem czyjś błąd w dostarczonym mi do wprowadzenia programie. Czyli jednak coś w głowie ze studiów zostało! No i w końcu wielki dzień! „Wyprodukowanie” efektu końcowego mojej pracy – czyli pięknej, różowej taśmy z dziurkami tworzącymi „mój” program. Pozwolono mi załadować „oprogramowanie” do frezarki. Jeszcze ostatnie testy i próby. I już ruszyła robota! Zaiste satysfakcja była wielka – szczególnie gdy po dwóch dniach się okazało, że frezarka zgodnie z „moim programem” wyprodukowała pierwszy detal.

Zacząłem od „Wielkiej Elektrowni”, pozwólcie, że coś o niej na koniec jeszcze napiszę. Elektrownia była zaiste wielka. A największy był i jest jej KOMIN! Co prawda ma „tylko” 200 czy 250 metrów, ale jest największy na świecie. Nie wierzycie? No to policzcie sami! Jak doniosła lokalna prasa w roku oddania Elektrowni do ruchu. „W dniu dzisiejszym nasze tegoroczne, Październikowe Święto Wielkiej Socjalistycznej Rewolucji, zostało uświetnione rozpaleniem kotła w naszej właśnie oddanej do użytku Elektrowni…”. Lud to przeczytał i dojrzał… dym unoszący się z komina Elektrowni w maju następnego roku! No i nie jest ten komin największy na świecie?

3 komentarze

  1. inicjator_wzrostu

    Świetny tekst!
    Proszę o więcej.

  2. Wierny_czytelnik

    Olivetti to znana marka mam maszynę do pisania elektryczną z funkcją pisania na ekranie podświetlanym na lekko niebiesko – 3 linijki się mieszczą. Można edytować błędy. Super sprzęt stara europejska produkcja nie psująca się.

  3. I pomyśleć, że ja to wszystko pamiętam, nie jestem związana osobiście z techniką/elektroniką jednak wiele lat przepracowałam (wówczas to było przedsiębiorstwo nie firma) gdzie przyjmowano na praktyki studentów uczelni technicznych. Bardzo dobry artykuł.

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.