Społeczeństwo

Potrzeba reformy instytucjonalnej szkolnictwa wyższego

 W kraju funkcjonuje ponad 400 uczelni wyższych, różnych typów, profili, prywatnych i publicznych. Wszystkie one kształcą studentów oraz zapewniają utrzymanie kadry naukowej na stosunkowo przeciętnym poziomie. Teoretycznie powinny jeszcze zapewnić możliwość prowadzenia badań naukowych, jednakże z tym jest już problem, albowiem często poszczególne uczelnie wynikające z lokalnego popytu na dyplomy lub ambicji działaczy samorządowych, nie są w stanie nie tylko się utrzymać, ale zapewnić bazy naukowej do prowadzenia jakichkolwiek sensownych prac, poza badaniem literaturowym oczywiście.

Zadziwia przyjęty po PRLu model szkolnictwa wyższego, w którym co jest szczególnie zabawne odwzorowano układ zależności feudalnych. Nasze uczelnie państwowe, ulokowane w miastach – obwarowały się jak zamki na mapie średniowiecznej Polski i patrzą podejrzliwie na konkurencję – często z drugiej strony ulicy. Uczelni o randze ogólnonarodowej mamy niewiele, przeważają głównie podmioty oddziałujące regionalnie, a o ściąganiu studentów zza granicy, czy też poważnej wymianie naukowej opartej na pracy własnych naukowców nie mamy, co marzyć, z wyjątkiem niewielkiej listy chwalebnych przypadków.

Wyższe uczelnie finansowane z pieniędzy publicznych, co roku kosztują budżet określoną kwotę, w zamian za to nasza naukowa elita świadczy usługę zwaną darmowymi studiami wyższymi dla części wybrańców, którym udało się na te studia dostać. Cała reszta chętnych ma możliwość uczestniczyć w studiach częściowo odpłatnych lub całkowicie odpłatnych realizowanych poprzez uczelnie publiczne i prywatne.

Uczelnie „jakoś” funkcjonują, „jakoś” dając sobie radę, przy czym od wielu lat następuje produkcja mniej lub jeszcze mniej zdolnych absolwentów – mamy do czynienia z realną inflacją formalnego wyższego wykształcenia w kraju. Prawdopodobnie obroniłaby się teza, że dzisiejszy dyplom magistra jest poniżej poziomu przedwojennej matury, a może nawet PRL-owskiej szkoły średniej do końca lat 70 tych ubiegłego wieku. Dlaczego tak się dzieje? Uczelnie produkują znaczną ilość absolwentów różnych kierunków, nie badając rynku pracy. Spirala zwrotna regulująca runek absolwentów działa z potwornym opóźnieniem, albowiem po pewnym czasie są likwidowane kierunki, na które nie ma już chętnych. A roczniki, ze zmarnowanymi życiorysami pozostają. Nie ma tutaj jakiegokolwiek sensownego przemyślenia, nie działa system konsultacji, prognoz. Uczelnie produkują albo pewną stałą, która jest zwiększana na dochodowych studiach odpłatnych, albo nie. Realia rynku pracy mają się wtórne do otwieranych kierunków i zapotrzebowani naszych placówek naukowych.

Prowadzi to do wniosku, że student – interesariusz wewnętrzny nie jest celem dla organizacji zwanych wyższymi uczelniami, on jest zasobem, to znaczy produktem generowanym przez uczelnie w warstwie, jakości posiadanego wykształcenia kierunkowego oraz ogólnego rozwoju osobowego. Brak jest głębszej refleksji nad modelowaniem strumienia kształcenia, jak również samych profili kształcenia, z wyjątkiem takich wynalazków jak studia dwu stopniowe i możliwość równoległego studiowania na drugim kierunku. Tak wygląda nasza efektywność i wielowymiarowość kształcenia. Możliwości, jakie stwarzamy młodym ludziom są znaczne, zwłaszcza jak ktoś ma pieniądze i umie kombinować – wówczas mamy murowanych genialnych absolwentów, doskonale pasujących do kultury korporacyjnej. Widocznie tak musi być? Może to znak czasu? Nie liczy się wiedza, ale umiejętność jej zdobywania, a obsługa popularnego arkusza kalkulacyjnego jest lepszym zasobem umiejętności niż biegłość w ogólnej matematyce.

Jednakże to wszystko i tak blednie w porównaniu z generalną słabością polskich uczelni wyższych wynikającą z ich rozdrobnienia. Nasze uczelnie, jak wspomniane zamki mają się świetnie, doskonale poprawiając statystykę samorządom – dzielnie chwalącym się ilościami wyższych uczelni na swoim terenie. Tylko jak dochodzi do pytania o konkrety pojawiają się problemy. Badanie np. ilości patentów generowanych na wyższych uczelniach w danym mieście to droga przez mękę, poza tym ilości nie zachwycają. Podobnie jest w przypadku badań podstawowych i w naukach humanistycznych. Czym innym jest wykładanie podstaw matematyki, fizyki, chemii, a czym innym prowadzenie badań teoretycznych w tych zakresie jak np. słynna przedwojenna lwowska szkoła matematyczna Stefana Banacha i Hugona Steinhausa! Czegoś takiego nie ma, ba w ogóle nie ma wybitnych osiągnięć, zwłaszcza na skalę międzynarodową. Problemem nie jest tylko i wyłącznie zwykła koleżeńska zawiść tak normalna w relacjach naukowych. Wiadomo, kolega koledze zabierze grant, a drugi ożeni się z jego asystentką i już nienawiść pomiędzy katedrami na macierzystej uczelni gotowa. W naszym przypadku na tego typu drobiazgi nakłada się głębszy problem, a mianowicie brak korzyści skali, związany z totalnym rozdrobnieniem potencjału.

Dotychczas jedynie środowisko wrocławskie rozpoczęło dyskusję na temat połączenia uczelni wyższych w jedną – ogólnomiejską. Niestety plany tamtejszych znakomitości rozpadły się o rafy personalne, podsycane zaszczytami i pieniędzmi, albowiem niezależność budżetowa naszych uczelni to coś niesamowitego – można swobodnie wydawać z przydzielonej i wygospodarowanej puli. Wielka szkoda, albowiem Wrocław po skupieniu potencjału swoich uczelni wyższych zacząłby się liczyć na europejskiej mapie uczelni, pozostawiając w tyle obecnie największe uczelnie Krakowa i Warszawy. Taki krok wymusiłby konsolidacje także w tych ośrodkach, albowiem bez odpowiedniego potencjału ilościowego nie byłoby mowy o byciu zauważonym. Zdecydowanie zmniejszyłoby to koszty administracji i „gronostajowe”, efekt skali umożliwiłby wygospodarowanie środków na coś więcej, na przedsięwzięcia dorównujące potencjałowi czołowym badaniom na świecie – uczelnie samodzielnie, mogłyby finansować być może nie tak wiele badań jak ich konkurencja na zachodzie (i dalekich wschodzie), ale z pewnością nawiązać dialog konkurencyjny – współpracę jak równy z równym w wybranych – niszowych dziedzinach, gdzie istnieje możliwość wypracowania przewagi komparatywnej nad otoczeniem naukowym.

Nie od dzisiaj wiadomo, że większy może więcej. Nic nie stracimy, jeżeli paru panów i pań rektorów będzie zmuszonych odłożyć gronostaje do szafy. Liczy się interes kraju, a nie personalia i stanowiska – całe struktury. Oczywiście proponowany proces konsolidacji należałoby przeprowadzić w sposób umiejętny, kierując się efektywnością, gdyż produkcja kombinatów nie ma sensu. Innymi słowy, sama konsolidacja instytucji w obrębie danego terytorium nie ma sensu, albo inaczej ma sens jedynie w zakresie zwiększenia efektywności ekonomicznej ogólnej struktury, (czyli tam gdzie rodzi oszczędności). Bardziej pożądane byłyby zmiany funkcjonalne, tzn. takie łączenie struktur, żeby różne podmioty w kraju mogły łączyć swój potencjał w sposób zapewniający najbardziej efektywne wykorzystanie posiadanego potencjału i wzrost efektywności twórczej.

Pamiętajmy, że demografia i tak zrobi swoje! Mniejsza ilość ludzi, spowoduje zmniejszenie oblegania wyższych uczelni, a co wówczas z kierunkami płatnymi, jeżeli na bezpłatne będzie za mało chętnych? Uczelnie muszą się łączyć, chociażby z powodu na kryzys demograficzny.

Czas najwyższy na zmianę paradygmatu funkcjonowania uczelni, przestaje się liczyć praca edukacyjna. Wystarczy nam w kraju magistrów na długie lata! Trzeba się skoncentrować na badaniach naukowych oraz poszukiwać form kształcenia odpowiednich dla ludzi już pracujących – w taki sposób, żeby mogli zdobyć nowy zawód, bez ponoszenia ryzyka utraty pracy. Cały proces jest przed nami, najważniejszą zmianą jest zmiana myślenia decydentów, mających swój osobisty i branżowy interes w utrzymaniu nieefektywnego status quo.

2 komentarze

  1. Niestety do “gronostajow” nie dociera, ze kopia sami pod soba bedac po prostu niekonkurencyjnymi.
    Nie tylko demografia zrobi swoje. Fakt wejscia do UE spowodowal, ze uczelnie w Europie stoja otworem, a czesne tam placone spadlo o polowe w stosunku do tego co bylo przed akcesja. Nie trzeba dodawac, ze wielu perspektywicznych studenotw po prostu zapakuje sie jadac na Oxford, Sorbone czy do Bocconi, bo tam otzyma wiedze podparta rozpoznawalnym na swiecie dyplomem. To dodatkowe usczuplenie strumyka studenckich “owieczek” ktore polskie uczelnie straca i slusznie.
    W miedzynarodowych rankingach sa tylko dwa polskie uniwersytety, oba chyba w 3 setce.
    Tak naprawde tylko uczelnie medyczne trzymaja jako-taki poziom i to glownie w kwestii ksztalcenia lekarzy (czyli ksztalcenie zawodowe), a nie badan (research lezy).
    Wielka szkoda, ze inicjatywa we Wroclawiu sie nie powiodla i zoastala przez lobby gronostajowe utracona.
    Jedna duza Unia Uniwersytetow we Wroclawiu to by bylo cos na skale naszej czesci Europy, porownywalne prestizem z Jagiellonskim w czasach kiedy zostal utworzony. No coz, ale to by oznaczalo zwolnienie swietych krow z dziekanatow, a wiec pozbawienie dziekanow “tluszczy” do zarzadzania i zmniejszenie ich imperiow.
    Jest tak jak Pan pisal kiedys przy innej okazji, aby zaczeto powaznie myslec o reformach pozostalosci z poprzedniej epoki, albo musza one dojsc do sciany, albo zginac smiercia naturalna, innej opcji nie widze.

    • Pracuję w sekretariacie jednej z krakowskich uczelni, na co dzień mam możliwość obserwować “gronostajową” elitę (świetne określenie) – jak się sama do siebie odnosi, jak traktuje studentów, a nawet jak komentuje kontakty, wizyty i zachowania innych władców np. oficjeli szerokim strumieniem odwiedzających od jakiegoś czasu Kraków (rektor i inni zawsze przy takich okazjach wypełniają pierwsze ławy robiąc tło). W pełni podzielam treść artykułu i komentarz powyżej. Bez rozwalenia tego siedliska zła – nigdy nie dojdzie do normalizacji, nigdy nie przebijemy szklanego sufitu, a o standardach zachodnich to nawet nie ma co marzyć – byłam rok na stypendium w MIT… to było jak na innej planecie. Pozdrawiam

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.