Ogólna, Technologia

W poszukiwaniu nowego generalnego paradygmatu rozwoju

 W poszukiwaniu nowego generalnego paradygmatu rozwoju musimy sobie sami oraz w ramach dyskusji publicznej zadać pytania: o co nam wszystkim chodzi? Co chcemy osiągnąć i w jakim czasie? Co możemy osiągnąć? Czego i dlaczego nie odważylibyśmy się próbować? W końcu pytanie najważniejsze – czy w ogóle interesuje nas to, co będzie pojutrze? Jeżeli tak, to mamy problem. Jeżeli nie to można przestać czytać i przenieść się na jakiś portal mainstreamowy, jeżeli już ktoś koniecznie chce męczyć wzrok.

Oczywiście życie w wariancie nieprzejmowania się rozwojem sytuacji w przyszłości, a w tym w szczególności możliwymi konsekwencjami naszych decyzji lub ich braku jest o wiele prostsze. W ten sposób można znakomicie funkcjonować, w zupełnym braku świadomości dla spraw, które najdelikatniej mówiąc są trudne i wymagają od uczestników czegoś więcej niż konsumowanie wartości. Niestety chodzi o to, czego najbardziej nie lubimy wykazywać, to jest niestety wysiłek.

Jeżeli bowiem interesuje nas to, co będzie, a uściślając co może się wydarzyć w przyszłości, to musimy wykazać nie tylko wysiłek, ale przede wszystkim jeszcze zainteresowanie w poszukiwaniu najlepszego rozwiązania. Mamy, zatem do czynienia z wartościowaniem, które wymaga już nie tylko wysiłku i zaangażowania w sprawę, dochodzimy do problemów: skuteczności, efektywności, wydajności, poszukiwania alternatywy, teorii optymalnego wyboru, jak również wiecznego dramatu rzadkości (definicja dla wierzących: rzadkość to jest to, czym Bóg pokarał człowieka wypędzając pierwszych ludzi z raju, jest to wyraźnie na kartach Biblii opisane).

Standardowo wszelka ludzka aktywność i zarządzanie nią w zbiorowości stanowi właśnie odpowiedź na to biblijne wyzwanie rzucone ludzkości przez Boga. Wszelkie modele gospodarcze i w ogóle nasza cywilizacja – są budowane w oparciu o potrzebę radzenia sobie z problemem rzadkości przez całe zbiorowości. Doszliśmy do takiego etapu, że w wielu częściach świata ludzie są przekonani i mają empirycznie udowodnione, że lepsze efekty z podziału niewielu zasobów uzyskuje się współpracując w większej skali niż zamykając się w narodowych czy też rozumianych autarkicznie wspólnotach. Większa skala daje większe możliwości z tą różnicą, że należy opracować zasady umożliwiające podział w sposób nie wykluczający słabszych graczy. Wiedzieli o tym starożytni rzymianie, wiedzieli o tym Ojcowie założyciele USA, wiedzieli o tym Europejczycy – przynajmniej jeszcze do niedawna.

Wzrost gospodarczy może być i powinien być odpowiedzią na problem rzadkości, jednakże musi uwzględniać ograniczenia wynikające z kosztów jakie ponosi środowisko naturalne. To bardzo ważne, żeby to właściwie rozumieć, ponieważ „skonsumowanie” środowiska naturalnego przez wzrost gospodarczy będzie zawsze oznaczać docelowo wyższe koszty dla gospodarki, czyli ograniczenie części przeznaczanej na inwestycje i konsumpcje, ponieważ trzeba będzie ponosić koszty kompensacyjne. Jedynie postęp technologiczny poprzedzający lub towarzyszący wzrostowi gospodarczemu może umożliwić unikanie kosztów środowiskowych. Jedynie nieliczni to rozumieją, przy czym i tak w większości są hipokrytami ponieważ nie mają nic przeciwko outsourcowaniu produkcji do krajów, które nie tylko nie dbają o środowisko naturalne, ale nawet skala emitowanych przez nie zanieczyszczeń zagraża klimatowi w skali całej planety.

Wymyślono zatem zasadę zrównoważonego rozwoju, zwanego także ekorozwojem, którą mamy nawet w Konstytucji (Art. 5 Rzeczpospolita Polska strzeże niepodległości i nienaruszalności swojego terytorium, zapewnia wolności i prawa człowieka i obywatela oraz bezpieczeństwo obywateli, strzeże dziedzictwa narodowego oraz zapewnia ochronę środowiska, kierując się zasadą zrównoważonego rozwoju.). Niestety jednak zasada zrównoważonego rozwoju w gospodarce kapitalistycznej, rządzonej przez neoliberałów powoduje, że koszty „równoważenia” ponoszą głównie osoby o niższych dochodach. W większości przypadków modele gospodarcze ustawione są tak, żeby trzymać pod kontrolą przeciętną konsumpcję krańcową. Dzięki temu co system zaoszczędzi na najuboższych i ludziach o średnich dochodach – najbogatsi mogą konsumować więcej bez troski o środowisko ponieważ bilans się zgadza, ale to że ktoś nie je codziennie obiadu nikogo nie interesuje.

Wnioski? Zdecydowanie smutne. Niestety nie ma nowego paradygmatu! Ciągły wzrost musi być skorelowany z postępem technologicznym gwarantującym neutralizowanie jego kosztów środowiskowych. Bez zapewnienia tego elementu jesteśmy skazani na poważne problemy w skali na którą nie da się oddziaływać z poziomu nawet największego kraju. Walka o klimat ma sens, postęp techniczny jest koniecznością – jest motorem wzrostu produktywności, a to jedyna rękojmia wzrostu utrzymania poziomu konsumpcji. Być może dopiero przełom w rozwoju technologii produkcji czystej energii (fuzja jądrowa) – zapewniający jej ciągłe dostawy (w zasadzie na nieskończonym poziomie i po kosztach przesyłania) będzie mógł spowodować to, co kiedyś spowodowały wynalazki panów Stephensona, Edisona i Tesli? Inaczej będzie nam bardzo ciężko ewoluować jako społeczeństwu post-industrialnemu zapewniając wszystkim pracę, to znaczy w konsekwencji miejsce do życia i przeciętne dla poziomu rozwoju naszej cywilizacji warunki.

Jednakże proszę nie mieć złudzeń, nawet jakbyśmy mieli darmową energię w nieskończonej ilości, to i tak kiedyś znowu zderzymy się z barierą rzadkości…

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.