Polityka

Polskie dylematy przed czerwcowym szczytem Unii Europejskiej

 Polska żyje piłką, czas jednak oderwać się od tych pustych emocji, albowiem z piłki nie da się upiec chleba, w przeciwieństwie do funduszy unijnych, o które powoli przegrywamy już przed bitwą właściwą.

Pod koniec czerwca odbędzie się szczyt Unii Europejskiej, gdzie można się spodziewać zdruzgotania ekonomicznego kontekstu dotychczasowej polityki Platformy Obywatelskiej i siłą rzeczą Polski – względem Unii. Kanclerz Angela Merkel przedstawi szefom rządów swój master plan, raczej nikt poza trzymającymi się z boku Brytyjczykami nie zdoła powstrzymać idei budowy IV Rzeszy – jak twierdzi w jednym z wywiadów pan Krzysztof Rybiński. Ten znany ekonomista apeluje o porzucenie pomysłu integracji narodowych nadzorów bankowych, albowiem grozi to jego zdaniem upadkiem podstaw organizacji naszego systemu funkcjonowania w ogóle. Ale to nie wszystkie niespodzianki, albowiem solidarność krajów bogatego zachodu już dawno się kończyła i dzisiaj liczy się tylko i wyłącznie własna kasa i własny dobrobyt, rozumiany w sposób nacjonalistyczny a nie wspólnotowy. Właśnie, dlatego duńska prezydencja w Radzie Unii Europejskiej przygotowuje na tenże szczyt propozycję struktury wydatków w nowej kolejnej perspektywie, przygotowując w ten sposób prezydencji cypryjskiej prostą ścieżkę do rozmów z poszczególnymi państwami na temat – nie oszukujmy się, – z czego są gotowe zrezygnować.

Dlatego szczyt w czerwcu będzie końcem pewnego okresu w dziejach Unii. Nic nie powstrzyma Niemców przed dążeniem do racjonalizacji – czytaj – federalizacji Unii Europejskiej, albowiem to jest jedyna możliwość trwałego zarządzania całą strukturą, bez takich przygód jak to, co właśnie zawdzięczamy naszym miłym południowym przyjaciołom.

Co możemy zyskać? Około 80 mld Euro subsydiów na budowę własnej infrastruktury oraz wsparcie dla rolnictwa na dotychczasowym poziomie. Co to dla nas oznacza? Dalsze rozbudowywanie infrastruktury kraju i dzięki temu podtrzymywanie wzrostu. Jest jednak pewien kluczowy problem, otóż jesteśmy krajem tak ekstremalnie zacofanym, że wszystko to, co inwestujemy w warunki do tworzenia wzrostu i rozwoju gospodarczego (rozwoju cywilizacyjnego), dopiero zapełnia dziury a raczej dziurę cywilizacyjną, jaką mamy w tym kraju – ze względu na procesy zapoczątkowane w 1772 roku pierwszym rozbiorem Rzeczpospolitej przez złodziejskie i bandyckie państwa sąsiednie. Skutkiem naszych inwestycji jest stopniowe wydźwiganie kraju z zapaści i otwieranie kolejnych poziomów możliwości do rozwoju jego potencjału, albowiem nasz kraj stale rozwija się poniżej swoich możliwości i to głównie nie z własnej winy. W tym tkwi pewna pułapka, albowiem generalnie nasze inwestycje idą jak para gwizdek, z punktu widzenia tego, co jest w tej chwili Unii Europejskiej najbardziej potrzebne a zarazem, czego wymaga od nas globalizacja. Niestety nie generujemy innowacji, które można by sprzedawać masowo na globalnych rynkach, a tym sposobem zagwarantować sobie i zarazem UE stały wzrost na tym poziomie, na którym odbywa się realna konkurencja międzynarodowa. Dlaczego? Prawdopodobnie musi upłynąć jedno pokolenie, żeby nasze drogi, koleje, infrastruktura, budynki itd., stworzyła masę krytyczną przy niskich kosztach funkcjonowania – dla umożliwienia gwałtownego wzrostu i rozwoju ludzkiej kreatywności. Innymi słowy, jeżeli nadal żylibyśmy niczym ludzie pierwotni, naszym podstawowym problemem byłoby zapełnienie żołądków pokarmem. Ciężko się chodzi po lesie i ściga jelenia, jeżeli ma się pusto w żołądku. A właśnie to upolowanie i zebranie materiału opałowego jest wówczas granicą ludzkich możliwości i aspiracji. Mając już pewne elementy infrastruktury, mamy jednakże problemy z jej efektywnym wykorzystywaniem, z tego powodu ona nie służy tak jak by mogła gospodarce. Prawdopodobnie najlepszym przykładem polskich idiotyzmów systemowych jest wyłamywanie bramek na nowo oddanej autostradzie przez pojazdy służb ratunkowych. Jest to dowód na to, że nawet mając infrastrukturę nie wiemy za bardzo jak stworzyć z niej system będący fundamentem komponentu trwałego w gospodarce. Pomijając już kwestię, że sposób odpłatności za drogi należy uznać generalnie za archaiczny, ale to raczej temat na inną dyskusję.

Na podstawie powyższego można stwierdzić, że dalsze wydatkowanie funduszy unijnych na wsparcie rozwoju naszej infrastruktury, jest mniej efektywne niż wspieranie tego, co w Europie mamy najcenniejszego. Przy całym, bowiem szacunku, budowa dróg w naszym kraju przysparza korzyści nam, naszym wykonawcom (podwykonawcom już mniejsze w kontekście afer) i robotnikom, a największe zagranicznym kontrahentom. Jednakże to są pieniądze włączone w akumulacje prostą. Nie da się wziąć naszej autostrady i wyeksportować jej do Chin. Natomiast te same pieniądze zainwestowane w europejskie know how – podarowane, jako granty uniwersytetom, instytutom technologicznym, biurom projektowym, generalnie naukowcom – lub jak kto woli zainwestowane w nasze możliwości twórcze i wytwórcze, zaowocuje wartością dodaną i postępem. Wzrostem ogólnego bogactwa, zamożności i rozwojem całej sfery koncepcyjno-wytwórczej w Unii Europejskiej. Zostanie rozwiązany szereg problemów technologicznych, liczne procesy będzie się dało zrobić jeszcze taniej, jeszcze lepiej, jeszcze więcej w tym samym czasie. Wzrośnie ogólna efektywność. Nowe wynalazki i patenty wzmocnią supremację technologiczną zachodu, umożliwiając dalsze inwestowanie, w jakość i efektywność. NIE MA INNEJ DROGI. Czy to się nam podoba czy nie, musimy to zaakceptować, albowiem póki, co jesteśmy na paseczku zachodu i sami taki model rozwoju wybraliśmy. Dlatego w momencie jak im skończą się pieniądze, u nas nie będzie najmniejszej szansy na cokolwiek, a nasza infrastruktura będzie marnieć w oczach, podobnie jak obecnie infrastruktura w Grecji, która przeinwestowała ponad swoje możliwości i potrzeby. Niestety nikt u nas nie zwraca uwagi na ten aspekt.

Natomiast samo obrażanie się na to, że bogaty zachód chce cześć wspólnych pieniędzy zatrzymać dla siebie, a w tym wydatkować je na wspieranie najbardziej istotnych elementów wytwórczych – to nasza samolubna głupota i brak właściwego rozumienia własnych potrzeb i interesów, zwłaszcza w szerszym, bo wspólnotowym zakresie.

Nie ma, co ukrywać, ale jesteśmy w trudnej sytuacji, zwłaszcza ze względu na uwarunkowania wewnętrzne, gdzie rządząca opcja polityczna z zupełnie nie zrozumiałych powodów, uczyniła z „300 mld”, swoje zobowiązanie wyborcze. Bardziej idiotycznie naprawdę trudno jest związać sobie ręce. No, ale stało się i mamy taką oto sytuację, że jedyną strategią polskiego rządu, w którą musi iść, żeby nie stracić wiarygodności nawet we własnych oczach musi być strategia walki o dalsza jałmużnę. Przecież nawet trudno będzie negocjować „coś za coś”, po tym jak wszyscy widzieli w telewizji spot Platformy Obywatelskiej z czołowymi politykami mówiącymi o obietnicy 300 mld z Unii i że oni to gwarantują! Panowie Buzek, Lewandowski, Sikorski no i nasz premier – publicznie się zobowiązali.

Reasumując, czeka nas trudny okres, będący rzeczywistym sprawdzianem dla naszej dyplomacji i możliwości negocjacyjnych. Rząd ma przed sobą niezwykle trudny orzech do zgryzienia. Nie może porzucić anonsowanej w wyborach strategii, albowiem opozycja go rozwalcuje, zarazem nie jest tajemnicą, że jej powodzenie jest praktycznie niemożliwe. Oznacza to, że z góry stoimy, jako kraj na straconej pozycji a wszystko, co możemy i będziemy robić, to ograniczać straty. W ten sposób sami się wyłączamy z debaty nad przyszłością Unii Europejskiej, pokazując, że zależy nam na naszych partykularnych interesach. Ale czy możemy przyjąć inną strategię? Obawiam się, że na to jest już zbyt późno. Niech to będzie nauczką – nigdy więcej żadnych dogmatów ekonomicznych! Ekonomia nie jest religią! Polskie dylematy przed czerwcowym szczytem Unii Europejskiej zostały określone i przegrane już przed szczytem.

3 komentarze

  1. Dobry, prawdziwy tekst. Pisany tak, że każdy może go zrozumieć. trzeba przypominać naszym władcom ich durne obietnice. Szkoda słów

  2. Jeśli te 80 mld Euro będzie na rok, to ja się zgadzam.

  3. … z tym spotem PO to już nudne “nadużycie”…
    mówili… bo politycy często gęsto mówią co wiedzą, a nie co jest… poza tym mówili oczywiście o 300 mld złotych… i wtedy nie ma się czego czepiać… po co przy solidnych argumentach diagnozujących sytuację wyciągać jakieś “spoty”, manipulując danymi (300 mld euro/zł?), bez znaczenia dla powagi sytuacji…

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.