Społeczeństwo

Polski stupor

 Biorę ja do ręki gazetę zwaną wyborczą i trafiam na tekst kolegi po piórze imieniem Mirosław. Zagłębiam się w lekturze i nagle mnie olśniewa – to przecież klasyczny przykład polskiego stuporu. Nikogo tu nie usiłuję obrazić, stupor bowiem w mojej intencji to nie epitet a diagnoza i to postawiona w trosce o pacjenta. Tym bardziej, że pacjent, to, być może, również Polska. A zdrowie obszaru i ludu na którym i wśród którego dożywam swych dni nie może być mi obojętne.

Otóż kolega Mirosław przypomina mi innego kolegę po piórze, który niedawno, przeczytawszy mój wpis (dziękuję) oznajmił, nie tylko mnie, że zmęczył się czytając. Jak się kolega męczy czytając, to niech może pisze, a nie marudzi pod tym, co napisał ktoś inny… Kolega Mirosław podobnie wydaje się zmęczony, ale myśleniem i uważa, że świat dobiegł kresu, a wszelkie próby jego poprawiania to – jak napisał gdzieś ktoś jeszcze inny (pozdrawiam) – kompleks Boga. Czyż jednak Bóg nie zostawił nam wolnej ręki, każąc czynić Ziemię sobie poddaną? Człowiek poznał swój własny genotyp, sięga teleskopami poświaty stworzenia, wybiera się spacerować po Marsie, wszystko to czyniąc z Bożego nakazu, ale od jednego mu, według Mirka i podobnych, wara. Z dala ma się trzymać od prób poprawiania warunków swego ekonomicznego bytowania na Ziemi. W tym szczególnie jakiejkolwiek próby ingerencji w podział wspólnie wytwarzanych dóbr, o którym to podziale nawet małe dzieci wiedzą, że coś w nim nie gra. Oczywiście chodzi o większość małych dzieci, nie zaś o te nieliczne, których rodzicom, bądź krajom w których żyją, „się powiodło”.

W szczegółach, to kolega Mirosław prawicy zarzuca, że ona stoi w miejscu a głowę ma odwróconą do tyłu. Co i szczęśliwie, że stoi, bo dopiero by był kłopot, gdyby próbowała ruszyć. Z prawicą tak już jest, kolego Mirosławie, że ona żyje przeszłością i zawsze jest cokolwiek spóźniona. Trudno jej to wyrzucać, a jeszcze trudniej wymagać, by miała jakiś projekt na przyszłość, bo z definicji przyszłość dla prawicy może być tylko gorsza niż przeszłość. Tak mają wszystkie ruchy zachowawcze i konserwatywne, te z Bogiem w sercu i te bez Niego. Według prawicy wystarczy uczęszczać na msze święte i być posłusznym – ojcu, matce, pracodawcy i władcy, jeśli władca jest, szczęśliwie, prawicowy. Jeśli nie jest, należy go zmienić na właściwego, a potem jak wyżej. Idealny świat prawicy wygląda tak, że wszyscy pracują, modlą się, a siódmego dnia odpoczywają, spacerując po parkach i wspominając chwałę przodków swoich, niechwałę zaś kwitując wyrozumiałym milczeniem. Co do podziału dochodu narodowego, to już dobry Bóg dba, by był sprawiedliwy i skoro nie masz, to znaczy, żeś nie zasłużył. Może dlatego prawica traci zwolenników, bo przyznacie, że nie jest to świat zbyt pociągający i dostarczający intensywniejszych bodźców, które są zakazane. Tak więc prawica Mirosława nie zachwyca.

Nie zachwyca go jednak i lewica. Cóż o lewicy można powiedzieć? Że to urodzeni wichrzyciele i wieczni reformatorzy. Nic im się nie podoba jakie jest, wszystko by wywracali podszewką na wierzch nicując bez opamiętania. Świat wymaga permanentnej rewolucji, chciałoby się zakrzyknąć, będąc lewicowcem. Jedyne szczęście, jakie Mirosław dostrzega w tym horrorze, to kondycja lewicy, a więc skrajne niedomaganie i brak poparcia w społeczeństwie. Lewica otóż jest na skutek tego niegroźna. Damy sobie z nią radę, grzmi Mirosław uspokajająco. Kto da sobie radę? Może jakieś zbożne centrum? Z sercem w okolicach mostka?

Wydaje się, że Mirosława po prostu zadowala to co jest, podobnie jak wszelkich krytyków kompleksu Boga. Najlepiej byłoby, według nich, żeby prawica odrobinę skręciła w lewo a lewica w prawo. To ja pytam, co wtedy stałoby się z demokracją? I znam nawet odpowiedź: mielibyśmy prawdziwy PRL-bis z PZPR, ZSL i SD, może nawet wymieniającymi się u władzy, ale ani o krok nie odstępującymi świętych dogmatów. Bo publicyści pokroju Mirosława zdają się mieć obraz rzeczywistości nieco uproszczony. Wiadomo co dobre dla ludzi a co złe. Wiadomo co wolno a czego nie. Ogólnie wiadomo jak jest i wiadomo, że lepiej być nie może, bo gdyby miało być inaczej, na pewno byłoby gorzej. Jest jak jest a próby zmian, znane z historii, nie kończyły się dobrze. Więc po cholerę coś zmieniać? Oczywiście ci, którym się powiodło, mogą tylko przyklasnąć, choćby i z przyklęku. Co z całą resztą? Resztę się postraszy totalitaryzmami i z głowy. Czy jest jednak większy totalitaryzm niż permanentny lęk o swój los ekonomiczny, o utratę pracy, mieszkania, zdolności utrzymania rodziny? Ten lęk lepiej i skuteczniej trzyma ludzi w ryzach, skuteczniej wymusza pokorę niż służby państw totalitarnych. I ci, którym „się powiodło”, mogą spać spokojnie. Dopóki coś w całej reszcie nie pęknie. I nie zacznie się ta reszta – ludzi i państw – zastanawiać, czy aby nielicznym nie „powiodło się” prawem kaduka?

Może to i kuszące, dla milczącej większości Polaków z Mirosławem na czele – zostawić wszystko jak jest, na przykład w rękach Platformy, bo naród ten wyjątkowo w historii był różnymi zmianami męczony i chciałby choć chwilę odsapnąć. Podobnie jednak umiarkowanie chory, dopóki gorączka nie za wysoka i bóle łatwe do uśmierzenia, niechętnie godzi się na operację. Tyle że stan taki – czyli znośne status quo – jest naturze nieznany. Natura wraz z całym Wszechświatem, choć irytująco powoli, to jednak ewoluuje. Człowiek ma ten dar, może od Boga a może od Natury, że nie tylko rzeczywistość rozpoznaje ale waży się w nią ingerować, przyspieszając bądź opóźniając różne procesy. Człowiek, jako część Natury, jest tylko wykonawcą jej woli, bo być może sama zirytowana  swoją powolnością wymyśliła ręce i umysł, by pewne procesy przyspieszyć a inne wręcz zapoczątkować i nadać im bieg. To dlatego właśnie świat ciągle wydaje nam się niedoskonały, o ile oczywiście nie jesteśmy prawicą. I dlatego raczej próbujemy leczyć chorych, niż zostawiać ich los w rękach Boga jedynie i publicystów Mirosławów.

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.